czwartek, 16 października 2014

Wizyta


Jest późne popołudnie, zaszywam się w mojej sypialni i piszę, Tomuś na piętrze też pracuje w ciszy, Paw i Mikołaj poza domem. Nagle słyszę dobiegające z salonu głosy.
- Halo, signorina! Jest tam kto?
To Tina i Mario. Dla tych, którzy goszczą na blogu od niedawna wyjaśniam, że Tina jest bratową Mario i  zarazem moją serdeczną przyjaciółką.
- Wyszłam do ciebie już jakieś dwie godziny temu, ale spotkałam po drodze znajomą i jakoś się zeszło. Dobrze, że wpadłam na Mario to przynajmniej mnie podwiózł - mówi Tina na powitanie i ściska mnie serdecznie.
Uwielbiam te niezapowiadane wizyty, ot takie to niby zwyczajne. Ktoś siedział w domu i nagle naszła go ochota, by mnie odwiedzić, więc wkłada buty i  idzie. Tak bywało w naszym domu, kiedy byłam mała. Tak jest też tutaj.
Siadamy przy kominku i zaczynamy gawędzić o tym i o tamtym. Traf chciał, że jestem akurat po bardzo niemiłej dyskusji na fejsbuku, a tu Tina i Mario zaczynają między sobą wymieniać ostre uwagi na ten sam temat. Szkoda, że nie może tych komentarzy usłyszeć moja poprzednia rozmówczyni, ale dajmy spokój polityce!
- Caterina, a co robisz w poniedziałek - pyta Tina - bo ja mam sprawy do załatwienia we Florencji, ale po 10.00 jestem już wolna. Może byś do mnie dojechała i poszwendałybyśmy się razem. Pokazałabym ci nowe miejsca.
- Chętnie! Co tym razem mi zaproponujesz?
- Jest taka stara biblioteka u sióstr zakonnych ...
- Aaaaa..... och! Ach! - kto mnie zna, ten wie jak działają na mnie takie miejsca i wszelkie tematy okołoksiążkowe. Na myśl o zwiedzaniu wiekowych księgozbiorów Florencji mam ciarki!
- A potem poszłybyśmy ....
- Gdzie chcesz! Potem zabierz mnie gdzie tylko chcesz! Ale najpierw biblioteka!!!! O matko, aż mi się serce telepie ze wzruszenia!
Jesteśmy umówione.
Tina siedzi jeszcze chwilkę zagaduje ciekawa co słychać u chłopców, pyta co jest na kolacje i obiecuje, że jeśli następnym razem będę robić coś dobrego, to ona się stawia.
- Ale wiesz, że najpierw musisz pokazać zdjęcia na fejsbuku jak zawsze, a jak stwierdzę, że ładne i pewnie smaczne to przychodzę natychmiast.
Śmiejemy się obydwie, ironia to znak rozpoznawczy Tiny, za to ją uwielbiam.

Zdjęć z tego spotkania nie mam, bo to już byłby szczyt wszystkiego, gdybym wyciągała aparat za każdym razem, kiedy ktoś mnie odwiedza, ale w zamian zapraszam Was na kasztany pieczone w kominku. Pierwsze w tym roku! Mmmmm.... che bontà!

WŁÓCZĘGA to po włosku VAGABONDO (wym. wagabondo)

2 komentarze:

  1. Pani Kasiu, codziennie czytam Pani wpisy. Jak ja je uwielbiam. Zawsze przed praca sprawdzam czy pojawil sie nowy.

    Serdecznie pozdrawiam

    Agnieszka Sieniawska

    P.S. Nie moge sie doczekac pierwszego tomu Pani ksiazki - bo Pani pewnie jeszcze nie wie, ze bedzie to pierwszy z cyklu :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Biblioteka... ach jak żałuję, że nie ma mnie gdzieś blisko, bo bym się chętnie wprosiła na taką wycieczkę z Tobą. Kocham książki już od dzieciństwa, ich zapach, szelest kartek... zawsze gdy miałam w ręku jakiś stary tom, z pożółkłymi kartkami, z tym specyficznym zapachem już jako mała dziewczynka trzymałam go jak najdelikatniejszą rzecz na świecie, jak by zaraz miała się stłuc... i wyobrażałam sobie ludzi którzy przede mną ją czytali, o czym marzyli... Ach... uwielbiam stare biblioteki, książki z duszą. Mogłabym w takim miejscu przesiedzieć wiele godzin i się zupełnie zatracić ;-)
    Będę niecierpliwie wypatrywać wpisu i relacji na ten temat.
    Ściskam z całych sił :-)

    OdpowiedzUsuń

Drukuj