piątek, 31 października 2014

Marradyjskie kasztany w "raju"



W zeszłym roku przytaszczyliśmy do domu kilkadziesiąt kilo kasztanów, w tym roku oczywiście takich zapasów nie będzie, bo lato było jakie było, co niestety przełożyło się na wszelkie zbiory. Tak czy inaczej jesienny spacer po górskich ścieżkach, kiedy mgła przedwieczorna kładzie się w dolinach, kiedy brązowe, suche jeżyki uciekają spod stóp, a cisza wszechobecna koi skołataną głowę, to jedna z moich największych, jesiennych przyjemności. Znów zachwycam się gajami, które chyba o tej porze roku wyglądają najbardziej niezwykle. Na ziemi ścielą się dywanami jeżyki i pierwsze uschnięte liście. Jak urzekająca jest Toskania jesienią, jak nieprawdopodobnie piękne są wzgórza Mugello. 



Ugrzęzłam ostatnio na długie dni przy komputerze, aż oczy piekły skupione na monitorze, a palce nabawiły się zakwasów. Taki spacer, choćby krótki był mi bardzo potrzebny. Nasycić oczy wzgórzami, znów głęboko odetchnąć, zachwycić się wszystkim dookoła. A potem upchnąć do worka kilka garści brązowych kasztanków i w ostatnich promieniach popołudniowego słońca, zjechać wolniutko do miasteczka, ciesząc się każdym zakrętem, kamiennym domem przy drodze, kolorami i kozami za płotem ... 


W czasie drugiej sagry kasztanowej do Marradi zawitała telewizja RAI, a dziś można objerzeć krótki materiał, który tu Wam prezentuję. Przenieście się na kilka minut do Marradi. Zdjęcia mówią wiele, ale taki materiał jeszcze pełniej pozwala poczuć październikową atmosferę miasteczka.   


TAPPETO to znaczy DYWAN (wym. tappeto) 

czwartek, 30 października 2014

Więcej niż kilka słów o szkole



Zebrań w szkole jest mało. Takie grupowe są chyba trzy w roku, a dodatowo jeszcze dni otwarte i odbieranie świadectw. Pierwsze spotkanie jest głównie po to, by wybrać przedstawicieli klas spośród rodziców - po jednej osobie, nie tak jak w Polsce - trzy. Jak to wygląda pisałam szczegółowo rok temu, więc powtarzać nie będę. Już przed szkołą czekając na rozpoczęcie, rodzice między sobą naradzili się na kogo głosujemy. Ot tak, normalnie, ktoś się zadeklarował, inny obiecał wspomóc. Miło i sympatycznie, wszystko w zupełnie innej atmosferze niż w Polsce, kiedy to pierwsze zebranie trwało nie wiadomo ile czasu, bo na hasło "wybieramy trójkę", wszyscy wbijali spojrzenia w podłogę.

Klasa Mikołaja.
Obecnie liczy tylko czternaściowo dzieci! Jest więc kameralnie, a nauczycielki każdemu mogą poświęcić dużo czasu. Ponieważ tu dzieci już w trzeciej klasie zaczynają poznawać inne przedmioty: geografia, historia, "scienze", muszą powoli przestawić się na inny, doroślejszy system nauki, co dla nich na początku jest czystą abstrakcją. Rodzice na zmianę opowiadali jak to maluchy "studiują" w domu, a śmiechu było co nie miara - wykuwanie na pamięć, nocne koszmary, bunt na miarę dwulatka. Spotkanie było bardziej wspólną naradą jak te nasze dzieci motywować, jak zachęcać do nauki, by była dla nich przyjemna, a nie jawiła się jako zmora i nie dawała w nocy spać. Za każdym razem robi mi się ciepło na sercu, kiedy widzę pasję i zaangażowanie nauczycielek. Chłopcy mają naprawdę dużo szczęścia, aż czasami nie chce mi się wierzyć. 
Plan na wycieczki tegoroczne to, poza stałymi punktami jak chociażby lekcje w bibliotece miejskiej, zwiedzanie muzeum paleontologicznego we Florencji i wiosenny wyjazd do parku "Italia w miniaturze". 
Na koniec zamieniłam dwa słowa z nauczycielkami już czysto personalnie i znów z dumy serce spuchło, bo jak tu się nie puszyć, kiedy inni dziecię me rodzone chwalą pod niebiosa, że tak się zmienił ten nieśmiały kiedyś Mikołaj, otworzył, że mądry i ciekawy świata i pisze pięknie i błędów nie robi i... i ... i ... .  Sama siedząc na zebraniu w jego ławce, zeszyt jeden spod blatu wyłowiłam, a tam dyktanda niemal wszystkie bezbłędne i tylko wpisy nauczycielskie na pół strony - bravo!! bravissimo!!! 

Klasa Tomka.
Oczywiście rozerwać się nie mogłam, więc Paw odważnie postanowił podjąć wyzwanie. Przywitałam się tylko z paniami i radośnie oznajmiłam, że męża im zostawiam, na co komentarze radosne się posypały, a Paw spłonął rumieńcem. Szczęśliwie sporo zrozumiał i skrupulatnie zdał relację. Okazało się, że i w Italii są rankingi szkół, ale podejście do tego jest bardziej zdystansowane, niby dzieciaki pisały jakieś testy, ale ot tak, bez zapowiedzi, bez napięcia. I tu niespodzianka - okazało się, że nasza maradyjska szkoła podstawowa, uplasowała się wysoko w rankingu, a jeszcze wyżej szkoła średnia, zwłaszcza jeśli chodzi o matematykę i języki obce. Piszę to jako ciekawostkę, bo sama do wszelkich rankingów mam stosunek ambiwalentny i dla mnie najważniejsze jest to, że po roku wciąż widzę u chłopców entuzjazm i szkolną radość, nawet jeśli o 7.00 kręcą nosem i deklarują, że woleliby zostać w domu i spać:) 
A wracając do Tomka - klasa jego wciąż bierze udział w programie internetowym, wraz z innymi europejskimi szkołami (są też dwie szkoły z Polski!), nauki jest sporo, ale dzieci dają sobie radę. To ostatni rok szkoły podstawowej, więc powoli są przygotowywani do wejścia na wyższy poziom. Tomek odnalazł kolejną dziedzinę, która go fascynuje, zgłębia tajniki historii, geografii, a im więcej się uczy tym silniejsza jest w nim chęć poznania. I tak sobie myślę, że na tym chyba tak naprawdę powinno polegać mądre nauczanie - rozbudzić w człowieku pasję i ciekawość.
Wybaczcie mi ten przydługi wywód, ale wciąż podkreślam, że jedna z moich największych obaw emigracyjnych okazała się najpiękniejszym zaskoczeniem.    
Oczywiście by było sprawiedliwie i obiektywnie dodam na koniec, że i tu nauczyciele muszą zmierzyć się z obwarowaniami programowymi, z cięciami budżetowymi, ale ... szkołę tworzą ludzie, a ci tutaj są niezwykli, jak wszystko dookoła...

STUDIARE to znaczy UCZYĆ SIĘ (wym. studiare)

środa, 29 października 2014

Lekcja z mitologii


- Mamusiu! - wpada po lekcjach do domu rozentuzjazmowany Tomek. Rzuca plecak, sadowi się wygodnie na moich kolanach i zdaje relację - mam dla ciebie nową historię!
- O! Umieram z ciekawości.
- Ty ją pewnie znasz, ale tak czy inaczej muszę ci ją opowiedzieć, tylko nie wiem czy po włosku czy po polsku? - zastanawia się na głos.
- Tak jak ci wygodniej.
Decyduje się na język ojczysty i zaczyna streszczać opowieść o Helenie, Parysie i jabłku.
- ... I wtedy Sabina, bo Sabina była Venere, zaczęła krzyczeć! O tak ... - tu demonstruje z przejęciem dźwięki wydawane przez koleżankę. - Bo widzisz mamusiu, my zazwyczaj jak omawiamy utwór, to go w klasie wystawiamy, żeby nam łatwiej było zrozumieć.
- Naprawdę? - nie mogę się nadziwić - to kim ty byłeś?
- Tym bogiem co miał skrzydełka przy butach. No jak on się nazywał...
- Hermes - podpowiadam.
- O właśnie Ermes! (opowieść jest po polsku, ale imiona bogów już serwuje mi po włosku). I ja robiłem o tak ...
Tu zeskakuje z moich kolan i całym ciałem wciela się w Hermesa.
- I gdy my się kłóciliśmy, zagrzmiał głos Zeusa.
- A kto był Zeusem?
- Maestra Rita! Czy ty wiesz mamusiu jak maestra świetnie gra! A jak nam czyta na lekcji, to zawsze zmienia głosy, naśladuje dźwięki - Tomek z przejęciem opowiada o swojej nauczycielce. - Trafił swój na swego - myślę sobie.
Wysłuchałam historii z najdrobniejszymi detalami i nacieszyć się nie mogłam Tomka zaangażowaniem. Jak musi być szkoła ciekawa, jak interesująco można poprowadzić lekcje, że dziecko wraca do domu i aż kipi od nadmiaru emocji, z przejęciem opowiada i przeżywa ile się nauczył, co nowego zrobił i jak wspaniale się bawił. 
Znałam w swoim życiu tylko jednego takiego nauczyciela. W pierwszej klasie liceum - profesor języka polskiego. To był jego pierwszy rok w naszej szkole. Pierwszy i ostatni, bo po roku wyrzucono go z hukiem za niestandardowe metody parcy z uczniami. Zbyt odstawał od ogólnie przyjętych schematów... Szkoda, że tak bezpardonowo tłamsi się w ludziach indywidualność... Ja Antygonę, którą wtedy wystawialiśmy w klasie - w ramach "przerabiania" lektury, tak jak Tomek mity na swoich lekcjach, pamiętam do tej pory i pamiętać pewnie będę nawet za sto lat ...
Jutro o szkole maradyjskiej więcej refleksji, bowiem odbyło się pierwsze zebranie, zatem czas na szkolny raport i jeszcze więcej bezkrytycznych zachwytów.

MITO to znaczy MIT (wym. mito)

Wybaczcie, ale pisanie po nocy owocuje czasem błędami. Tekst już poprawiony, pomyłka w imionach bogów, dziękuję za czujność:) 

wtorek, 28 października 2014

Rocznicowo, sentymentalnie, z niespodzianką.




Za chwilę minie rok, od kiedy zamieszkaliśmy w Biforco. Rok piękny i trudny. Trudny, bo nie jest łatwo stawać na nogi zaczynając wszystko od zera. Piękny, bo zdaje się mieć teraz inną wartość, życie zwolniło, nabrało kolorów i nowego smaku. Dzieci rozwinęły skrzydła. Nigdy w czasie tego roku, nawet przez ułamek sekundy nie żałowałam decyzji. Wielokrotnie już pisałam, że w najcięższych chwilach świadomość tego, że jestem tu była dla mnie prawdziwym pocieszeniem.





Rok temu zaczynaliśmy bez światła i gazu w części domu. Piliśmy prosecco z plastikowych kubeczków, bo nagle dotarło do nas, że nie ma szklanek, jedliśmy tramezzini, bo to danie nie wymagało obróbki termicznej. Brakowało tysiąca rzeczy. 
Światło cudownym zrządzeniem losu włączyli, w momencie gdy siadailiśmy do pierwszej kolacji. Z gazem, jak pewnie pamiętacie trwało to TROCHĘ dłużej.





Przez ten rok dom "nasiąkł" już nami, oswoiłam go, nauczyłam się każdego zakątka. Umiem poruszać się w ciemności, wiem gdzie schodek, gdzie próg, gdzie włącznik światła. Spiżarnia zapełniła się moimi przetworami, na półkach stanęły ulubione książki. Wciąż jest wiele do zrobienia, ale na wszystko przyjdzie czas. "To piękny dom" - tak mówią miejscowi. Ja sama też tak myślę. Jest w nim coś dobrego, coś co poczułam, jak tylko Stefania otworzyła przede mną drzwi. 

Dla wielu moich rodaków jest rozpadającą się ruderą. Pamiętam doskonale ironiczne komentarze internautów. Ale przecież, sama wielokrotnie mówiłam, że na kamienny dom wciąż czekam. Teraz jest ten, stary, co i rusz coś nawala, okna są nieszczelne, farba tu i tam odpada, ale mimo wszystko to dom wyjątkowy, jest w nim ciepło i przyjaźń, emocje i zapach toskańskich dań, jest moim azylem, choć tak naprawdę przecież nie jest mój. 

Z każdym dniem warszawskie życie zdaje się być coraz odleglejszym wspomnieniem. Mam nadzieję, że kiedyś po okresie biforcowym, przyjdzie w końcu czas na prawdziwy kamienny dom. Nie umiem nie marzyć. Niech będzie to góra kamieni, niech będzie to rudera. Chęci, siły i cierpliwości mi nie brakuje. Mam nadzieję, że kiedyś będzie, mój, mój własny ...



Zrobiło się chłodno. Nadszedł czas żeby uruchomić ogrzewanie. I tu ... niespodzianka! Piec zrobił nam psikusa. Bezczelnie odmówił współpracy! Czekamy na fachowca i rozgrzewamy się tymczasem przy kominku. Już się nawet nie przejmuję takimi DROBIAZGAMI, bo i po co? Lepiej się roześmiać i przygotować na rozgrzewkę garneczek vin brule'.

METTERE IN MOTO - to znaczy URUCHOMIĆ (wym. mettere in moto)

poniedziałek, 27 października 2014

Pożegnanie kasztanowej sagry



Minęła ostatnia niedziela pięćdziesiątej pierwszej sagry kasztanowej. Pogoda, mimo złych prognoz, zaskakująco dopisała, choć patrząc na zeszły tydzień, teraz nagle znaleźliśmy się w innej porze roku. Kurtki i szaliki, a w powietrzu zapach grzanego wina. 
Wchodziliśmy do Marradi przy dźwiękach muzyki Vasco Rossi w wykonaniu zespołu, który przygrywał z tej strony miasteczka, bo jak pisałam w poprzednich artykułach, co zaułek to inny zespół i inne klimaty muzyczne. Wmieszałam się w tłum z nostalgicznymi nutami w głowie, a te towarzyszyły mi już do wieczora ...




Znów przeszliśmy miasteczko wszerz i wzdłuż, w górę i w dół i jeszcze raz. Chłopcy byli przeszczęśliwi, kiedy znów udało nam się trafić na bańkowy spektakl, tym razem wzbogacony o nowe atrakcje. Entuzjazm dziecięcy nawet u dorosłych, śmiech i niegasnące brawa. A na koniec, kiedy aktor dziękował publiczności i stowarzyszeniu Pro Loco, które go zaprosiło, wyciągnął też kapelusz i skromnie napomnknął, że to oczywiście jego praca i jeśli ktoś coś do niego wrzuci, będzie mu bardzo miło. Kiedy sama zaczęłam szperać w portfelu, w tym samym czasie ludzie szturmem obstąpili wyciągniętą rękę i hojnie wynagradzali artystę, nie szczędząc mu przy tym słów uznania. Piękny gest i jakoś tak przez chwilę cieplej się zrobiło...


Koniec. Wracamy do domu. Z żalem oddalam się od centrum, bo niby to już czwarta niedziela prawie taka sama, ale kiedy myślę, że na następne przyjdzie mi czekać blisko rok, to smutek zaczyna się zakradać. Źle znoszę zakończenia, czegokolwiek. 
Idziemy Via Francini, wolniutko, wolniutko, ślimaczym tempem, a w Tomku budzi się bajarz. Jedna legenda za drugą, baśnie regionalne, opowieści zasłyszane od kolegów.
- Opowiem ci legendę o "Pungitopo" (myszopłoch), chcesz?
- Koniecznie!
Tomek opowiada ....
- A o "Rubinowym księciu" znasz? To baśń arabska.
.....
- Poczekaj, co tu jeszcze mógłbym ci opowiedzieć ... - zastanawia się na głos! - Wiem! Baśń o cykorii, rumuńska.
- O cykorii??? 
- Mhm!
Kolejna opowieść ...
- Niesamowite ile ty znasz tych historii i wszystkie tak dobrze pamiętasz! Opowiedz mi jeszcze jakąś! - proszę entuzjasztycznie.
- Mamusiu! Nie jestem audiobookiem! 
Po chwili jednak przypomina sobie kolejną historię ...   
Próbuję odwdzięczyć się i zaskoczyć czymś mojego bajarza.
- A teraz ja opowiem ci o kosie. 
- Aaa to znam! 
No tak! Zna! Wszystko zna! Znów jest moim nauczycielem. Jakim wspaniałym towarzystwem stały się moje dzieci ... I jak nastrojowo popołudniowe słońce oblewa żółtym światłem jesienne Biforco.
ZNOSIĆ to znaczy SOPPORTARE (wym. sopportare)

Biforco w popołudniowym słońcu.


niedziela, 26 października 2014

Powrót na murawę

W sobotnie popołudnie drużyna Mikołaja rozegrała pierwszy turniejowy mecz tej jesieni. Żeby być szczerą, muszę napisać, że przegrali z kretesem, bo aż 13:2. Ja mam jednak swoje małe powody do dumy, bo ta dwójka jest całkowicie zasługą Mikołaja, znów uratował honor miasteczka. 


Stać na trybunach i słyszeć doping innych rodziców skierowany do Mikołaja, to coś niesamowitego, małe radości, które odrywają mnie od ziemi, a potem jeszcze za plecami pełne uznania komentarze rodziców z przeciwnej drużyny, dopełniają szczęścia. Co tam, że przegrali! Tu dorośli - trenerzy, rodzice - podkreślają wciąż, że piłka na tym etapie ma być dla nich przede wszystkim zabawą, uczą się przy okazji. Sport ma być przyjemnością, a nie zaciętą rywalizacją. Bardzo jest mi bliskie takie podejście do sprawy, bo rywalizacja, to coś czego w życiu nie mogę znieść i nie ważne czy chodzi o sport, czy o inne aspekty. Tak zatem sromotna porażka nie popsuła dzieciakom humorów, szalały w przerwach na murawie, bawiąc się w najlepsze i nie tracąc na chwilę uśmiechów. A Mikołaj... miał powód do zadowolenia tak czy inaczej. 

RIVALITÀ - to znaczy RYWALIZACJA (wym. riwalita









sobota, 25 października 2014

Gitarzysta


Dają się słyszeć pierwsze skonkretyzowane dźwięki. Ćwiczy ten mój mały Santana i ćwiczy i tylko mniej tolerancyjni domownicy co jakiś czas pokrzykują: 
- Mikołaj! Nie tu!
- Mikołaj! Idź do drugiego pokoju!
Nic zrozumienia dla sztuki! Tylko ja - matka bezkrytyczna - w chaotycznym brzdękaniu doszukuję się prawdziwej muzyki i latam jak oszalała wokół gitarzysty z aparatem. 

W tym wszystkim tak naprawdę najpiękniejsze jest widzieć pasję u własnego dziecka. Za jakiś czas to on sam zdecyduje czy to granie jest w nim, czy mu się podoba, czy chce iść dalej tym torem, czy zakończy przygodę na brzdękaniu, ale póki co ja - na ile mogę - chcę dać jemu i Tomkowi możliwość sprawdzenia się, rozwinięcia swoich pasji. Do niczego nie zmuszam, a tylko motywuję i podpowiadam. Sama w ciszy, z żalem wspominam moje pasje z dzieciństwa, z którego tylko pisanie udało mi się ocalić. Marzyłam przez lata o malowaniu. Jako nastolatka stawałam przed bramą warszawskiej ASP i wyobrażałam sobie, że kiedyś i ja przez tę bramę będę przechodzić z teczką pod pachą. Nigdy nawet nie spróbowałam ...  Nikt mnie nie poprowadził, nie było możliwości, ale żal pozostał. A gdybym tak znów wzięła kredki, ołówek i sprawdziła czy to dalej jest we mnie. Skoro Tomkowi powtarzam, że Marradi sprzyja artystom, może zatem sama powinnam wziąć to sobie do serca?


Na gitarze też chciałam grać, nawet gitarę już miałam, ale znów zabrakło motywacji, pomocy, możliwości. Czasy też były inne. Teraz kiedy Mikołaj jest w szkole i gitara leży w pokrowcu,wyciągam ją i staram się przypomnieć sobie akordy, sama brzdękam bez ładu i składu, a to brzdękanie dawne tęsknoty we mnie budzi. 

SUONARE LA CHITARRA to znaczy GRAĆ NA GITARZE (wym. słonare la kitarra)

piątek, 24 października 2014

Białe sukienki idą spać



Poszły spać jasne, białe sukienki, moje ulubione, delikatne i zwiewne. A wraz z nimi poszło sobie lato... A ja do ostatniej chwili nie mogłam się przemóc, by przeopakować swetry i szaliki na pierwszą półkę, by na dno garderoby zepchnąć białe zwiewności, ale mimo ciepła niesłychanego, nie wypadało już tą bielą ostentacyjnie powiewać, bezczelnie kpić sobie z jesieni. 
Ale ze mnie lato zakpiło - w ogródku wykiełkowały nowe roślinki pomidorów! W donicach lęgną się słoneczniki ... Krótki będzie ich żywot, bo zimno przyszło dotkliwe, nawet jeśli to zimno toskańskie, to i tak przeżyć im nie pozwoli.  


Będę się zaraz zachwycać ogniem w kominku, kolorami, fioletowym swetrem na ramionach, mgłą która położy się na wzgórzach, gwarem myśliwych przed barem nim słońce wstanie ... Znów pewnie się ktoś oburzy, przewróci oczami - "ona się wszystkim zachwyca! I kwiatkiem i ptaszkiem i sąsiadem..." A ja... ja się muszę zachwycać, by nie zgnuśnieć, nie dać się porwać smutnym myślom. Czy naprawdę byłoby lepiej gdybym każdego dnia opowiadała tu o swoich problemach, które przecież są i to nie małe. Czy wtedy byłoby lepiej? Czy zaglądalibyście do kamniennego domu po kolejną dawkę pesymizmu i szarości? Każdy ma tego pewnie aż nadto w swoim własnym życiu. A narzekanie nie jest niczym trudnym, tylko nic dobrego z tego nie wynika. Większym wyzwaniem jest - po trudnym, przepłakanym dniu - mimo wszystko znaleźć siłę, by wyjść na spacer i uśmiechnąć się do drzew, do liści na asfalcie, do kaczek podrywających się do lotu, do zeschniętych winogron ... Uśmiechnąć się szczerze i docenić to co się ma. 




Pozwólcie więc, że wciąż niezmiennie będę się zachwycać w oczekiwaniu na wiosnę, na lato, na dni ciepłe i długie, w oczekiwaniu na leniwe spacery w moich białych sukienkach ... 

KAŻDEGO DNIA to po włosku OGNI GIORNO (wym. oni dziorno)


czwartek, 23 października 2014

Pani Mądrala szuka toskańskiej jesieni


Początek tygodnia. Muzyka w głowie.
- Moglibyśmy przejechać się w stronę Brisighelli? Chciałam zrobić toskańskie zdjęcia jesieni. A tam widziałam ostatnio z drogi piękny dom, wiejski, kamienny na zaoranym polu.
-  A gdzie dokładnie? - pyta Paw.
- Nie wiem, może to było gdzieś koło Fognano albo San Cassiano, no może bliżej Brisighelli jednak - próbuję zlokalizować zatrzymany w głowie kadr.
Jedziemy. Pogoda piękna, wciąż 25 stopni na termometrze. To już ponoć ostatnie podrygi lata tej jesieni.
- I co tam takiego szczególnego widziałaś?
- Ten dom z kamienia był taki stłumiony na tej burej ziemi, wszystko w jednej tonacji, jak kamuflaż - zachwycam się jak dziecko - taka właśnie toskańska jesień.
- Mnie osobiście to się z jesienią bardziej liście kolorowe kojarzą - ocenia Paw moją wizję.
- Pfff! Liście! Banalnie! Jak w przedszkolu! Może chcesz jeszcze kasztanowe ludki zrobić? Mój blog, moja jesień!
- Tak tylko mówię - Paw przewraca oczami, nieco zbity z tropu.
Za Marradi zaczynają się pola ziemiste, pobrużdżone równiutko.
- O, a tam? Zobacz jaki ładny! - Paw pokazuje okazałe domostwo.
- Ale ten jest biały! A ma być z kamienia.
- To sobie go "ukamienujesz" w fotoszopie - zaczyna się podśmiewywać - o tam też ziemia zaorana!
- Ale bez domu. Może mam go sobie dorysować? Wytnij - kopiuj - wklej ...?
Jedziemy i jedziemy i widoki zachwycające jak okiem sięgnąć, ale jesieni z mojego wyobrażenia ani ani!



- Zatrzymaj się tutaj to choć sfotografuję...................
Przystajemy, a ja biegam z aparatem i oliwki i droga i .... no właśnie! Czy ktoś zgadnie co to za owoce?





Tak słonecznie... tak ciepło... letnio... zielono... Aż się wierzyć nie chce, że za kilka dni ma przyjść prawdziwa jesień...  

Swoją drogą nie wiem, gdzie zaginął dom z zaoranym polem, przejechaliśmy raz i drugi, a kadru zapisanego w mojej głowie nie ma. Do prawdy nie wiem... może światło było inne, może kąt padania promieni słonecznych się zmienił, a może to wszystko tylko mi się przyśniło ...

WSZYSTKO to po włosku TUTTO  (wym. tutto)

środa, 22 października 2014

Malarz i perliczki



To już ostatni przystanek naszej kulturalnej wyprawy z trzeciej sagry kasztanowej. Po zeszłotygodniowej wizycie w Centrum Studiów poświęconych Dino Campana, postanowiliśmy wrócić w to miejsce zachęceni reklamą wystawy inspirowanej twórczością miejscowego poety. 
Kiedy doszliśmy do budynku, zastaliśmy drzwi jeszcze zamknięte, ale niemal w tej samej chwili pojawiła się osoba odpowiedzialna za wystawę. Od razu uspokoiłam zmachaną kobietę, żeby spokojnie wszystko powłączała, pootwierała, a my przejdziemy się kawałek i za kwadrans wrócimy. "Ależ nie! Absolutnie! Proszę, zapraszam! Już otwarte".
Przemiła kobieta widząc w nas szczere zainteresowanie postacią Dino, zasypała nas opowieściami i anegdotami, a ja zastanawiałam się, jak wielkim nietatktem z mojej strony byłoby poproszenie o zgodę na nagranie jej wypowiedzi. Po dłuższej pogawędce - w między czasie wplotłam kilka słów o nas, a pani w rewanżu o sobie, zapraszając nas z serca do swojego domu, bo tam też ma rysunek, szczególny, pamiątkowy ....itd... itd... - zaprosiła nas tymczasem na piętro, byśmy mogli zobaczyć wystawę inspirowaną twórczością Campany, obrazy wykonane przez artystów z całego świata! 
Niezwykłe, jak różnorodnie można zobrazować słowa poety! A dla zwiedzających jaka to ciekawa zabawa, by w obrazach doszukać się treści utworów.







Jednak Dino Campana to był dopiero początek moich artystycznych wzruszeń! W innych salach zorganizowano jeszcze dwie wystawy! I tak odbyliśmy wspaniałą lekcję o miejscowych artystach, w której rolę nauczyciela przejął ... Tomek. 


- Mamusiu, ja tu już byłem - powiedział teatralnym szeptem. 
- Aa, pewnie z klasą? Popatrz! Jakie one są niezwykłe! Absurdalne, kolorowe, niemal infantylne.
- Ten mi się najbardziej podoba! 
- A mi ten! 
- A mamusiu czy widzisz na tych obrazach jakiś wspólny element? 
Patrzę i patrzę, a Tomuś rękę wyciąga jak profesor sztuki i zaczyna objaśniać: - Popatrz na każdym z tych obrazów wkomponował swój dom. O tu i tu ... 
- I tu też - dodaję zaskoczona. 
- I jeszcze perliczki! - zauważa Paw. 
- Aha! - potwierdza nasz nauczyciel - bo ten pan je hodował i uwielbiał. 
- Proszę spojrzeć - wtrąca się do rozmowy przewodniczka - oto jak artysta podpisywał swoje obrazy. Wszystkie mają z tyłu taką adnotację. 

Malarz wiejski (chłopski), S. Adriano, Tytuł: Ja i moje perliczki. Autentyczny mój obraz. Francesco Galeotti (1994)

- Francesco Galeotti, nigdy nie pobierał nauki ze sztuki, z malarstwa, urodził się i żył w S. Adriano. Był artystą - naturszczykiem, artystą - chłopem - opowiada nam nasza przewodniczka. - Jego obrazy to kalsyczne przykłady malarstwa naïf, sztuki prymitywnej.  


- A tu, popatrz mamusiu czy widzisz jakiś błąd - na jednym z obrazów jest tekst.
- Podpowiedz mi!
- Napisał "sara", a powinno być przecież "sarà".
- Masz rację, brakuje akcentu.



- A to? Wiesz, że wszystko jest jego? Sztaluga, paleta z zaschniętymi farbami, nawet czapka!
Jak dużo już wie to moje dziecko, niby małe a takie duże. Przyszedł czas, że to ja uczę się od niego, ale wcale nie jest mi przykro z tego powodu. Duma mnie rozpiera ... 

Przechodzimy do ostatniej sali. Kolejny malarz. Ten dla odmiany się tu nie urodził, ale kiedyś przyjechał i już pozostał na zawsze. Ukochał Marradi, a to oczywiście znalazło odzwierciedlenie w jego sztuce.



Lanfranco Raparo przyjechał do Marradi w 1962 roku, po ciężkich przeżyciach, po dzieciństwie, które przypadło na lata wojny. Szukał spokoju i stabilizacji. Świadomy był swego talentu, podpartego też wykształceniem zdobytym we Florencji. 
W Marradi został nauczycielem sztuki. Nauczycielem nie poddającym się schematom, nauczycielem brawurowym, nauczycielem niezapomnianym, wydobywającym z młodego człowieka to, co najlepsze. Dla Marradyjczyków szybko stał się wielkim artystą ich małego społeczeństwa. Tworzył wszędzie - w szkolnej auli i poza nią, w domach przyjaciół, na ścieżkach wokół miasteczka. To ono stało się tematem wielu jego prac. Marradi, miasteczko, które tak bardzo ukochał. 





- Widzisz Tomeczku - powiedziałam, kiedy już pełni wrażeń opuściliśmy budynek. - Ty - taki artysta - nie mogłeś trafić w lepsze miesjce. Marradi to miasto artystów, tu znajdują spokój i inspirację, mam nadzieję, że i Tobie jest tu dobrze ...

PITTURA to znaczy MALARSTWO (wym. pittura)


Drukuj