czwartek, 18 września 2014

Poranek wśród pajęczyn, paproci i kasztanowców





Pajęczyny skropione rosą rozciągają się na jesiennych trawach. Niskie jeszcze o tej porze słońce przeciska swoje promienie między delikatnymi nitkami. Już mi się buzia cieszy, pal sześć grzyby...
Idziemy znów noga za nogą wśród gajów kasztanowych, wśród lasów dębowych, bukowych, wśród połaci paproci.




Prawdziwków nie ma, co było do przewidzenia, ale ja przystaję co dwa metry, bo cyklameny fioletowe, bo wrzosy znajome, bo kanie, bo słońce znalazło przesmyk w koronie drzewa. Upajają mnie widoki, zapach wilgotnego lasu, świergot ptaków i dzwonki krów w oddali. Znów czuję się jak mała dziewczynka, rozdeptuję purchawki i cieszę się, kiedy spod buta wydobywa się dymiaste "pufff", szturcham patykiem gigantyczne ślimaki i znowu słyszę - uważaj, nie spadnij, uważaj nie przewróć się...

Jeszcze raz mam osiem lat...



- Tam ktoś chodzi - mówię teatralnym szeptem.
- Słyszę. Za pewne inny grzybiarz.
Trzaskają łamane patyki, a po chwili spośród drzew wyłania się postać z koszykiem, z plecakiem, z kijem w ręku i w czapce na głowie. Jak z filmu - myślę sobie - albo lepiej jak z bajki o Czerwonym Kapturku.


Witamy się serdecznie, grzybiarz opowiada skąd idzie i dokąd zmierza, pokazuje co ma w koszyku. Zaledwie parę kurek i 1 prawdziwek - słownie - jeden. Mężczyzna dzieli się wiedzą, gdzie dobre miejsca na te czy na tamte grzyby. Rozmawiają z Mario o jakiś trąbkach umarlaków, to znaczy o grzybach czarnych jak trąbki, a ja słucham z przejęciem i martwię się, że połowę z tych opowieści pozapominam nim dopadnę do mojego notesu. Idziemy razem do rozdroża, tam życzymy sobie miłego dnia i się rozstajemy. 


Schodzimy w dół. Porcini? Ani, ani. Ale znów grupka ludzi na drodze. Pozdrawiają się serdecznie z Mario. Jeden okazuje się być przyjacielem z klasy, drugi natomiast przedstawia się jako właściciel domu. TEGO domu! O mamma mia! Ja to mam szczęście! Znów stoimy i słuchamy paplaniny i sami tę paplaninę podkręcamy. - A przyjdźcie, a zobaczcie, a wypijemy, zjemy coś razem. Mężczyzna opowiada o domu. Mówi w dialekcie, najwidoczniej nie zdając sobie sprawy, że ma do czynienia z cudzoziemką. Jestem mile połechtana, ale muszę uwagę mocno skupić, by wątku nie stracić i wszystko zrozumieć. Znów się żegnamy i schodzimy jeszcze niżej. Kiedy docieramy do samochodu, dojeżdża też wspomniany wcześniej, przyjaciel Mario. I co? I wysiada z samochodu i znów bla bla bla ...

Widząc moją pasję i miłość do górskich wędrówek doradza nowe ścieżki. 


- Na Gamognę musisz iść, takie piękne opactwo! 
Mario się śmieje.
- Gamogna była dla mnie przez trzy lata jak drugie podwórko - opowiadam w skrócie o czasach Casaluccio. 
- Musisz się wysilić, żeby ją czymś zaskoczyć - dodaje Mario. - Zna i Trebbanę i Lozzole i Monte Lavane...
- A Acquacheta? 
- Byłam dwa razy. 
Mój rozmówca uśmiecha się i kręci głową z podziwem.
- Jedyne co mniej znajome, to właśnie ścieżki wzdłuż tej drogi.
Ta rozmowa trwa dłuższą chwilę, przytaczam tu tylko skromne jej wycinki. 


Wreszcie i my wsiadamy do samochodu i wracamy do Marradi.
- Widzisz jak to jest? - podsumowuje Mario. - Tu nawet jak idziesz na grzyby, to spotkasz kogoś z kim można porozmawiać. Czy zdajesz sobie sprawę, że więcej czasu spędziliśmy na gadaniu, niż na właściwym szukaniu grzybów? W Marradi zegarek na niewiele się zdaje, lepiej zawczasu się go pozbyć.
- Ja nie narzekam! A zegarka nie noszę!

RAGNATELA to po włosku PAJĘCZYNA (wym. raniatela)



7 komentarzy:

  1. Te zdjęcia, te góry, te widoki! Zapierają dech w piersiach:D Na żywo to dopiero musi wzruszać i zachwycać! Wiesz, czytam teraz książkę, w której jest prawie cały pierwszy rozdział nawiązaniem do Italii, akcja akurat na tych pierwszych kilkunastu stronach rozgrywa się w Rzymie. Jest trochę ciekawostek historycznych jak również lingwistycznych, powiedzonek i zachwytów na Włochami w ogóle. Od razu pomyślałam, że mogło by Ci się spodobać, chociaż może czytałaś : Jedz, módl się i kochaj - Elizabeth Gillbert Polecam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przedostatnie zdjęcia naprawdę zapiera dech w piersiach - a to tylko zdjęcie, pomyśleć, że można być tam na miejscu :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Codziennie budzę się rano /o świcie już nie muszę, ze względu na wiek/ , otwieram komputer, wchodzę na Pani bloga ..... i znowu świat jest piekny, chce mi się żyć. A dzisiaj byłam na grzybach w lasach Toskanii. Cudownie. Dziękuję. Bożena

    OdpowiedzUsuń
  4. Widoki cudowne :D. A na grzyby zapraszam do Polski ;)- wczoraj z lasu wróciliśmy ze 107 prawdziwkami, od maleńkich do kilkunastocentymetrowych :D. Pozdrawiam, Karolina

    OdpowiedzUsuń
  5. Kasiu, jak Ty pięknie piszesz, słowa, które trafiają wprost do serca. Oblekłaś w słowa myśli i uczucia piękniej, niż mogłam sobie wyobrazić. "...Pajęczyny skropione rosą rozciągają się na jesiennych trawach. Niskie jeszcze o tej porze słońce przeciska swoje promienie między delikatnymi nitkami..." albo "...Znów czuję się jak mała dziewczynka, rozdeptuję purchawki i cieszę się, kiedy spod buta wydobywa się dymiaste "pufff", szturcham patykiem gigantyczne ślimaki i znowu słyszę..." - jesteś cudowna! Oj, kiedy będzie ta Twoja książka?!

    OdpowiedzUsuń
  6. ale boskie zdjęcia do Tego Te opisy.... chce się tam być...

    OdpowiedzUsuń

Drukuj