wtorek, 16 września 2014

O niezwykłościach, które daje mi włoskie życie




Od pierwszego momentu, kiedy to wszystko się zaczęło, nie mogłam się doczekać, by Wam o tym opowiedzieć. Oczywiście wczoraj pierwszeństwo mieli chłopcy, którzy wrócili do szkoły i jeszcze raz za wszelkie słowa otuchy skierowane do nich dziękuję. Tak czy inaczej, teraz czas na kolejną opowieść o włoskim życiu! 

Zostaliśmy zaproszeni na "rinfresco" komunijne kolegi Tomka i koleżanki Mikołaja. Tak się składa, że najbliźsi przyjaciele moich chłopców też są rodzeństwem, co oczywiście ułatwia nasze spotkania towarzyskie. Poza nami zaproszone zostały też obydwie klasy, a ja ciekawa byłam, co to też będzie się działo. 




Zdarzenie miało miejsce w Crespino - miasteczku, o którym nie dawno tu pisałam, oddalonym od naszego domu o 9 kilometrów. Już w witrynach miejskiego klubu można było zauważyć plakaty informujące o wydarzeniu. Cały czas jednak zachodziłam w głowę - o co chodzi z tym "rinfresco". 
Schodzący się powoli ludzie kierowali się w stronę głównego placyku, zatem i my zdaliśmy się na innych. Kiedy już byliśmy dwa kroki od kościoła, nagle rozdzwoniły się dzwony, a spośród kamiennych murów wyłoniła się procesja z Madonną na traktorze, z księżmi, z orkiestrą oraz rzecz jasna z odświętnie ubranymi "komunistami" Emmą i Filippo. 


Niewiele myśląc przyłączyliśmy się do tłumu. Jakież było moje zdumienie, kiedy do procesji dołączyli również reprezentanci władzy z Marradi, z burmistrzem we własnej osobie. Procesja przeszła wzdłuż całego miasteczka, zatrzymała się na krótką modlitwę, a potem zawróciła i zakończyła swój przemarsz na małym, kamiennym placyku, który już przy innej okazji Wam pokazywałam. Tam ustawiono ołtarz, gdzie została odprawiona msza, przy której asystowały dzieci komunijne, ludzie rozsiedli się na kamiennych murkach i schodkach. I tu moje kolejne zaskoczenie: nikt nie wstawał, nikt nie klękał. Nie było "nadętej" powagi stytuacji, takie naturalne i proste. Jako ciekawostkę, być może dla większości z Was jest to wiadome, dodam, że tu hostia jest podawana do ręki, a nie do ust. Wszystko niby podobne, a jednak tak bardzo INNE. 


Po skończonej mszy Filippo i Emma zostali wyściskani, prezenty symboliczne od klas przekazano, a cały tłum przeszedł w kierunku baru. Wzdłuż wąskiej uliczki, prowadzącej do niego ustawiono stoły, a na nich smakołyki. Wszyscy świętowali razem - dzieci, dorośli, rodzina, sąsiedzi, ksiądz, orkiestra... do wieczora. Kiedy natknęłam się na mamę "sprawców zamieszania", poprosiłam - "a teraz proszę wytłumacz mi od początku - o co w tym wszystkim chodzi i jak to z tą komunią było". 


Komunia dzieci odbyła się rankiem tego samego dnia tylko w otoczeniu najbliższych. Ponieważ ta niedziela była też dniem Madonny, która jest patronem miasteczka, po południu zorganizowana została opisna wyżej procesja, w której  uczestniczyli wszyscy mieszkańcy Crespino i dzieci szkolne wraz z rodzicami. A potem jak wiadomo wszyscy spotkali się przy stołach, każdy na stojąco z plastikowym talerzykiem w ręku zajadając schiacciaty z szynką, focaccię z pomidorkami, czekoladowe ciasto, tarty, owoce i inne łakocie. Zupełnie inne świętowanie komunii. Zupełnie inne podejście do religii. Może być komunia bez góry drogich prezentów? Bez przyjęcia z pięcioma daniami głównymi? Bez restauracji? Bez sztucznej pompy? Może! Choć jak zapewniała Marta, komunia jej dzieci nie była standardem nawet tu. Crespino to po prostu małe miasteczko, wszyscy są jak jedna rodzina i bardzo dbają o to, by miejscowe tradycje były kontynuowane.


A jeśli chodzi o komunię to i majowa, pozostałych dzieci z Tomka klasy, też daleka była od nadęcia i materializmu. Warto się chwilę nad tym zastanowić.

A ja ... Ja jestem szczęśliwa za każdym, razem kiedy mogę wziąć udział w takich wydarzeniach. Włoskość w pigułce, tradycja, radość i prostota.

  MESSA to po włosku MSZA

14 komentarzy:

  1. Nie no, rozwalilas mnie ta Madonna na traktorze ;-) Na przyczepce do traktora chyba... Piekna uroczystosc i nie trzeba robic fryzury jak dziob Kaczora Donalda? I zamawiac kateringu za ciezka kase? Bo co powie ciotka Zdzicha? U nas to impossible.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cudowne podsumowanie, nie miałam odwagi na taką dosłowność:) Tym bardziej więc dziękuję za taki komentarz:)) Dokładnie tak jest. Poza tym jeszcze na wiosnę miałam możliwość uczestniczyć w "przygotowaniach" do komunii Tomka klasy - to zupełnie inna bajka! O matko nie mam sznura do alby - spokojnie jadę jutro do Faenzy, wezmę ci dwa metry. Czy ktoś jeszcze nie ma alby? Ja mam zapasową po starszym synu! Bez hien, które zarabiają na takich wydarzeniach. Zwróćcie uwagę na buty Filippo - może na zdjęciu nie widać - sportowe "najki" czy "adidasy". Nikt tu nie świrował i nie biegał dwa miesiące przed w poszukiwaniu lakierowanych "trumniaków" (sama tak robilam). Naprawdę miło mi było popatrzeć. Sama przecież jestem na świeżo, bo rok temu jeszcze w pl do komunii przystąpił Tomek i mieliśmy szczęście, bo i ta uroczystość była bardzo rodzina, nietypowa, dlatego też jedną z moich bolączek bylo to że Mikolaja czeka to już na obczyźnie ... a teraz? A teraz cieszę się bardzo !!!!

      Usuń
    2. Ze nie wspomne o sraczce typu co kupic na prezent? laptopa? A moze koperte? Ile dac stowek? A potem co to biedne dziecko zapamieta z tej komunii...Moja cora pamieta nieustajacy stres. 150 modlitw na pamiec, proby, ogarnac to wszystko a jaka sukienka? A kolezanka bedzie miala taka.. Ja tez nie mam milych wspomnien z tego czasu. Ale doskonale pamietam ile kasy mi poszlo.

      Usuń
    3. Kaiu opisz kiedys jak wyglada wesele w Waszych okolicach. Mysle ze rownie ciekawie...Kasia z Pragi (polskiej)

      Usuń
    4. Marzę o tym by być jeszcze gościem na wloskim weselu i chrzcie:)

      Usuń
  2. Kasiu, macie tyle szczęścia, że możecie w tym uczestniczyć, obserwować na własne oczy... Naprawdę tylko pozazdrościć. Przydało by się wprowadzić wiele tych zwyczajów u nas, w Polsce.
    OlaK

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie znałam wcześniej tej tradycji :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pięknie :)) zgadzam się z tym wszystkim, też jestem wrogiem "nadęcia". Z tym że akurat komunia do ręki i messa na stojąco, bez klęczenia - można to spotkać w Polsce, np. we wspólnotach neokatechumenalnych. Dla mnie to normalka, choć w Krakowie żyję :)
    A chrzciny, komunie itd - sprawa poważna i trzeba ją przeżyć, a nie utopić w imprezie dla dalekiej rodziny... Także u nas po chrzcie dzieci żadnej restauracji nie było, a prezenty też na takie pamiątkę, np. ikony.
    Dziękuję że opisujesz to wszystko :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo ciekawy czas. Bardzo ciekawe wydarzenie i to, że dzieci współorganizowały mszę jest piękne, bo nie tylko obserwacja (która dla nich jest nudna) ale i działanie, które porusza, uczy. Nam też się udało komunię młodszej córki zrobić w rodzinnym gronie, w domu z zabawami, grami bardzo radośnie bez nacisku na prezenty. Prawda taka, że byli inni rodzice, którym alby nie pasowały, bo nowe potrzebne ( w tej parafii były wypożyczane i są nadal, co jest wspaniałe). A dobrych miejsc z wiarą prawdziwą trzeba szukać i starać się w nich być, nam się udaje.
    Pozdrawiam.
    Asia op.

    OdpowiedzUsuń
  6. W Irlandii komunie też podaje się do ręki i robi to nie tylko ksiądz, oprócz Niego komunię rozdają jeszcze 3 osoby. Ksiądz i jeden "dyżurny" przy ołtarzu i dwie osoby na środku. I tu też chrzciny (to osobne nabożeństwo, które trwa ok. 15-20 min., nie w trakcie mszy), komunia, bierzmowanie - to są uroczystości dzieci i dla dzieci (czy młodzieży), a nie powód do "nadęcia". Owszem najbliższa rodzina ubiera się odświętnie, jest jakiś obiad dla rodziny w restauracji - z tym, że ta restauracja, a nie obiad w domu, to chyba bardziej wynika z tego, że rodziny tutaj są bardzo duże i mogłoby byc ciężko ze zmieszczeniem wszystkich przy stole.
    Prezenty sa też normalne - PAMIĄTKI komunii, a nie wariactwo prezentowe.
    A co do samej mszy - nie tylko tej uroczystej, tylko każda msza - jest bardzo podobna do tej w Polsce - tzn. elementy stałe sa identyczne, tylko w innym języku, kazanie na ogół jest bardzo krótkie - kilka zdań. Raz przeżyłam mały szok - była mowa o miłosiernym samarytaninie - kazanie brzmiało mniej więcej tak - "jeśli widzisz, ze ktoś potrzebuje Twojej pomocy, to rusz tyłek i pomóż mu!" - koniec. Krótko i na temat.
    Pozdrawiam - Kasia z Irlandii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwielbiam relacje z innych krajów! Pozdrawiam Cię Kasiu serdecznie!

      Usuń
  7. :) U nas nie ma nawet alb (nie lubię, jestem jeszcze z roczników pre-albowych), dzieci były ubrane jak na jakąkolwiek uroczystość w rodzinie. Jedna dziewczynka miała czarną sukienkę i do tego biały sweterek, co dla mojej mamy było trudne do strawienia. Ksiądz wcześniej powiedział, że nie życzy sobie sukienek-bezów. Poza tym nie było żadnych prezentów dla księdza i katechetów, to oni przygotowali dla dzieci małe podarunki na pamiątkę komunii.
    Obiad był w restauracji, bo to tak bardziej uroczyście i przy garach nie trzeba skakać, tylko matka też może poświętować.

    OdpowiedzUsuń
  8. bardzo ciekawy wpis :) ale zwyczaj podawania Hostii na rękę uważam za zły i nie podoba mi się próba wprowadzana go w Polsce. Przecież, gdy jesteśmy świadomi czym, KIM jest Hostia, to kolana same nam się uginają! Komunia Święta tylko na klęcząco.

    OdpowiedzUsuń

Drukuj