środa, 24 września 2014

NIEzwykłe grzybobranie



Jak ja się na te toskańskie grzyby nie mogłam doczekać! Zawsze w sezonie po nocach mi się śniły. A potem aż mnei ściskało z żalu, jak znajomi kolejne okazy fotografowali i na zdjęciach mi prezentowali! Prawdziwki! Prawdziwki jak malowane, jak potraktowane "fotoszopem". I dziś się wreszcie doczekałam, moje pierwsze aż tak piękne, czarniawe kapelusze, nóżka grubaśna, że ledwo się w dłoni mieści, po kilka w jednym miejscu, na bogato! Cieszyłam się jak dziecko, jak wariat! Już niby mieliśmy latem pierwsze zbiory na koncie, ale jednak jesień i prawdziwe grzybobranie - prawdziwkobranie, to zupełnie inny wymiar przyjemności

Ale od początku... 



Wczoraj z samego rana brat Mario zabrał nas ze sobą na grzyby. Uwaga! To nie lada zaszczyt, bo ot tak nikomu się takich miejsc nie pokazuje. Wędrowaliśmy przez kilka godzin, z panoramą za plecami albo przed nosem jak z pocztówki, a w koszyku pojawiały się kolejne okazy. Wróciliśmy do domu z około czterema kilogramami prawdziwków. Tylko co z tego, jeśli ja nie znalazłam nawet jednego. Złościłam się nie na żarty, kiedy kolejny raz Franco czy Mario wołali - "chodź, zobacz jaki piękny!" albo "chodź, ty go wyciągnij". W nosie takie grzyby! Ja chciałam łyk mojej własnej grzybowej adrenaliny. Co mi tam wyciągać grzyby znalezione przez innych! Foch! 



Dziś zatem z samego rana, cap za plecak, buty na nogi i powrót w to samo miejsce. Przecież wszystkich nie mogliśmy wyzbierać. Tym razem po mojemu, sama sobie, nie zwracając uwagi, że tam to nie rosną, czy że ściółka zła. Zbierałam gdzie chciałam, gdzie mnie nogi grzybiarza niosły, oczywiście mając na uwadze nauki dnia poprzedniego! I co? I zostałam grzybowym mistrzem dnia. 
Doczekałam się! 
Na takie cudaki czekałam przez jesienne warszawskie miesiące:


Mistrz drugiego planu, czyli znaleźć grzyba przez obiektyw:)


I w dębach i w dzikich kasztanowcach i w trawie. Nauczyłam się jak nazywają się poszczególne miejsca. Franco dał nam naprawdę konkretną lekcję z grzybobrania. A samo miejsce ... jak wszystko tutaj - cud nad cudy! Piękne, niewiaryodne. Znów człowiek ponad światem!


Kiedyś słuchając opowieści, przekomarzałam się, że w Polsce lepiej, wygodniej, że z całą miłością do Toskanii, to chyba jednak na grzyby niekoniecznie... 
Teraz odszczekuję wszystko, bo jeśli - tak jak dziś - poza kolejnymi kilogramami prawdziwków, z którymi już nie wiem co robić, mam też górską wyprawę z bajkowymi widokami w pakiecie, to już porownań robić nie zamierzam.



Wczoraj pisałam, że czasem są dni średnie, ale na szczęście w przyrodzie panuje równowaga, więc po średnich przychodzą te niezwykłe. I choć wciąż problemy kładą się na barkach, to jednak często na śmiech i zabawy wszystkim się zbiera. Potrzeba tylko odrobiny fantazji i nieskrępowania. 

Kiedy wracaliśmy i grzyby już nas nieco znudziły, żarty się do nas przyczepiły jak rzepy. Odezwała się w Mario tęsknota za długimi włosami, zainscenizował więc scenkę pod tytułem - dzikus - drwal - człowiek lasu. 




Wyrwy pod drzewami budziły skojarzenia ze sceną z Waładcy pierścieni, zatem i Frodem byłam, co to przed czarnym jeźdźcem w plątaninie korzeni się chronił. Czego chcieć więcej??? 

Może tylko kilku dobrych wiadomości, ale wierzę, że i te kiedyś nadejdą. Góry i las nastrajają mnie optymistycznie.    

" Nie śmiej się! Frodo był przecież przerażony!"
 I jeszcze na koniec kilka impresji, co to wzruszyły, poruszyły, zapadły w serce...

Ślady kamiennych domów nawet w środku lasu.
Wzgórza w zieleniach i niebieskościach
Mój świat
Klasyka - znajdź castello!
Język wołu, czyli grzybowe cuda.

DRWAL to po włosku BOSCAIOLO (wym boskajolo)

9 komentarzy:

  1. BOSKO! Wiem, wiem, też się tu ciągle u Ciebie powtarzam, ale brak mi już słów na wyrażanie zachwytu ;-) Od razu przypomniały mi się moje wyprawy na grzyby z Tatą gdy byłam dzieckiem... Ach... piękne wspomnienia, chociaż to nie było wśród takich krajobrazów, ale dla mnie dzieciaka, wszystko co robiłam z Tatą było wspaniałe. A lasy, tak samo jak góry kocham miłością bezkrytyczną :-)
    Gratuluję znalezienia tak wspaniałych okazów :-) Oj przydałoby mi się kilka takich grzybków ;-)
    Ściskam i przesyłam pozdrowienia z prawdziwie jesiennej W-wy

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniałe widoki a Mario w tym kapeluszu wygląda wspaniale:).Czy ten język wołu jest jadalny?
    Pozdrawiam z jesiennych Mazur-Joanna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak ten grzyb jest jadalny. Przyrządza się go na ruszcie:)

      Usuń
  3. Hahaha, świetny ten trawiasty kamuflaż :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bosko to pięknie powiedziane! Dodaję pięknie i wspaniale i też się powtarzam. Przestrzeń urzeka i daje oddech. Widok sprawia, że czujemy zachwyt i piękno miejsca w którym jesteśmy. Widok Kasiu cudny.
    Bardzo mocno pozdrawiam.
    Asia op.

    OdpowiedzUsuń
  5. ale super grzyby, u nas w Polsce można pomarzyć o takich grzybach, widokach i.. pogodzie przede wszystkim.
    pozdrawiam
    www.creativamente-o-sztuce.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. A wiecie, że BOSKO pisane oczywiście BOSCO to po włosku LAS?:))

    OdpowiedzUsuń
  7. Mario wygląda bosko, za pomocą Pani bloga zrobi jeszcze w Polsce furorę. Powtarzam się blog rewelacja. Magda C.

    OdpowiedzUsuń
  8. Fajnie, że masz z kim chodzić na grzyby. U mnie nikt oprócz mnie nie lubi zbierać. A samej jakoś tak strach po lesie chodzić!

    OdpowiedzUsuń

Drukuj