poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Scarpinata - wersja ekstremalna


To była nasza czwarta już scarpinata i z całą pewnością będziemy ją pamiętać do końca życia. Jak już pisałam - bieg, który miał się odbyć w zeszłą niedzielę, został przesunięty na następny tydzień ze względu na złą pogodę. Tym razem dzień był słoneczny i parny, do czasu ... Po południu nad Marradi zaczęły nadciągać groźne chmury. Przed 16.00 tak jak zawsze pojechaliśmy w wyznaczone miejsce, gdzie czekała już długa kolejka oczekujących na busy, które wywożą uczestników scarpinaty do Campigno. W ostatniej chwili wychodząc z domu, Mario złapał parasole. - Na wszelki wypadek - jak sam powiedział. Wszelki wypadek nadszedł szybciej niż zakładaliśmy, bo już po minucie stania w kolejce w niebie ktoś mocno odkręcił kurek. Ale żeby to tylko deszcz! Gromy rozłupywały niebo na pół. Staliśmy wszyscy przyklejeni do muru biblioteki i patrzyliśmy z nadzieją w górę. Po kolejnym grzmocie, mniejsze dzieci się rozpłakały, a potem ... powoli, powoli zaczęlo się wypagadzać. 



Kiedy podjechał nasz bus, słońce znów wyszło zza chmur, a my złożyliśmy z ulgą ociekające wodą parasole. Po 9 kilometrach dotarliśmy do Campingno, atmosfera w drodze jak zawsze była przednia, wszyscy przerzucali się niewybrednymi żartami, wywołując co chwilę salwy śmiechu. 

Przy circolo znaleźliśmy stanowisko Vilanzedy, bo jak wiadomo z Biforco w tym roku wyszło jak wyszło i z bólem serca musieliśmy startować w barwach "nie naszego" regionu - rzecz jasna ku ogromnej uciesze mieszkańców Vilanzedy. Kiedy wypisywalam karteczki z naszymi danymi, na moje plecy spadły grube krople wody. Znowu! W ciągu kilku chwil nadciągnęły nad Campignio jeszcze groźniejsze chmury, niż pół godziny wcześniej nad Marradi. Część osób schowała się pod dach, do starego kościoła, do restauracji i do circolo, pozostali koczowali pod gęstymi koronami drzew. I my również zostaliśmy na zewnątrz, bo przecież ZARAZ PRZELECI! Mikołaj nie podzielał naszego optymizmu, więc oczywiście będąc wyczulonym na pewne zjawiska pogodowe, przezornie schował się w sali circolo. Zaczęło grzmieć, raz i drugi i coraz mocniej, więc i Paw się przestraszył i zaczął nas pod dach zaganiać, bo jak to tak pod drzewem w czasie burzy i to jeszcze w górach! Posłuchaliśmy go natychmiast tym bardziej, że korony drzew przestały już chronić. 

Tym sposobem przez blisko godzinę staliśmy w circolo ściśnięci w tłumie pozostałych biegaczy, zerkając co i jakiś czas w niebo i prognozując - odwołają czy nie odwołają?


Koniec końców - nie odwołali. Niestey deszcz zrujnował trochę imprezę, rowerzystów nikt aplauzem nie witał, część uczestników poddała się jeszcze w Marradi, inni zrezygnowali w Campigno i zjechali busami, ale ja tak łatwo się nie poddaję! Czekałam na scarpinatę cały rok, to co mi tam kilka kropel deszczu i nawet marudzenie innych nie było w stanie zaburzyć mojego dobrego humoru. Sztuką jest się dobrze bawić, kiedy warunki są niesprzyjąjące!

Deszcz odpuścił, kiedy ustawialiśmy się na starcie, choć nad wzgórzami z każdej strony wisiały gęste chmury. Zrobiliśmy więc podział parasoli, jeden dla mnie i dla dzieci, drugi wziął Paw i Mario. Od początku takie były ustalenia, że ja za chłopcami gnam do przodu, a panowie idą swoim rytmem. I w tym roku słowo "gnam" nabrało dla mnie innego znaczenia. 
Poza parasolem, miałam na plecach szmaciany worek, a w nim telefon, zapas wody no i oczywiście aparat! Zapas wody, jak się zaraz mięliśmy przekonać, okazał się zbędnym balastem, bo o to zatroszczyła się natura. 

Wystartowaliśmy. Chłopcom dałam wolną rękę, że jeśli mają ochotę walczyć o dobrą lokatę, to niech pędzą, spotykamy się na piazza!!! I tyle Tomka widziałam, po moich słowach wystartował jak rakieta i do końca biegu zniknął mi z pola widzenia. Mikołaj też twardo parł do przodu i ze wstydem muszę przyznać, że ja niedoszła uczestniczka maratonu ledwo mogłam za nim nadążyć. Zwalniał co jakiś czas, wtedy udzielałam mu szybkiej lekcji na temat oddychania, bo kolka czasem mu dokuczała, ale zuch naprawdę biegł na równi z dorosłymi. 


Niestety już na 2 kilometrze zaczęło padać. Padało coraz silniej i silniej, a ja modlilam się tylko by przynajmniej burza już sobie darowała. Martwiłam się o Tomka, gdzie on tam sam biedny w drodze, że mu pewnie okulary zalalo, zaparowało i jak ten mój krecik na metę trafi. Mikołaj o dziwo deszczem się nie przejmował, za to ja uświadomiłam sobie, że cienki woreczek na plecach jest mokry, a mój ukochany nikon raczej o kąpieli nie marzy. Pozostało mi więc rozłożyć błogoslawiony parasol. Co  dla pozdrawiających mnie przy ulicy było potwierdzeniem ich wyobrażenia, że ja nawet na bieg to z klasą i elegancko. Zbyt byłam zmęczona, by tłumaczyć, że to nie dla mnie, a dla aparatu. Wolałabym zmoknąć do suchej nitki, niż biec 7 km z parasolem!

W Biforco przy drodze stał kolega chłopców. Spytałam czy widział Tomka, na co Mattia, że owszem, już dawno, przemknął jak strzała!!! 
Kiedy mnięliśmy tabliczkę Marradi, minął nas skuter, który odliczał pierwszą setkę najlepiej premiowanych, czyli tych, którzy najwięcej punktów przyniosą swoim regionom. Przejeżdżając koło nas powiedział: ottantasei, ottantasette (86,87)!! Co za radość! Tego jeszcze nie było! Zaraz wstąpil w nas nowy duch i choć na ostatnim kilometrze odezwalo się moje kolano, to choćbym miała doskakać na jednej nodze, za nic bym się nie poddała. Parasol złożyłam dopiero w Marradi około 300 metrów przed metą. Udało nam się ukończyć bieg z takim wynikiem, jak podany wcześniej, a Tomek, który czekał na nas już od dobrego kwadransa ... był 64!!! Mój mały maratończyk!!! Brak mi słów, ileż to siły w tych chudych nóżkach!

Tak wyglądają ofiary biegu na 9 km w deszczu:)
Zarejestrowaliśmy swoje wyniki i poszliśmy wypatrywać Mario i Pawła, którzy zjawili się jakieś 20 minut po nas. Po nich dopiero zaczęli tłumnie na plac przybywać kolejni uczestnicy i nie jestem przekonana czy ostatni będą pierwszymi, natomiast patrząc na niebo pomyślałam - dla ostatnich na pewno wychodzi słońce!


BAGNATO to znaczy MOKRY 
(wym. baniato)

Po biegu i po deszczu

10 komentarzy:

  1. Obserwuję blog od "czasu onetu" :) Fajna z Was rodzinka i jaka wysportowana! Przyślijcie mi proszę trochę burzy i deszczu, bo u nas w pomorskim upał i susza totalna.
    Kiedyś odwiedzę Twoje ukochane rejony:) Przeczytałabym tez książkę przez Ciebie napisaną, więc czekam.....i życzę powodzenia.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. BRAWO! Brawo, brawo! Gratulujemy! :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jesteście niesamowici. Wszystkim malkontentom poradziłabym Twój blog.Energia i radość wylewa się bokami, tylko brać , nie oglądac się, Dzielne masz dzieciaczki.

    OdpowiedzUsuń
  4. Gratulacje wysokich lokat w maratonie! W Polsce parówa straszna, więc trochę za deszczem tęsknię :)

    Pozdrowionka!

    OdpowiedzUsuń
  5. Jesteś WIELKA . I Twoi chłopcy też. Z parasolką musiałaś wyglądać zjawiskowo. Szkoda ,że mnie tam nie było bo na pewno Bym Cię uwieczniła. Pozdrawiam nadal upalnie

    OdpowiedzUsuń
  6. Gratulacje. Zaśmiewam się w duchu mysląc o parasolce i aparacie:-)))

    OdpowiedzUsuń
  7. Tomek i 9 kilometrów? W jednym ciągu jak to możliwe? Cudnie i wspaniale i fajny czas taki, niezależnie od pogody. Piękni jesteście już na mecie!!!
    Pozdrowienia
    Asia op.

    OdpowiedzUsuń
  8. super chłopaki fantastyczna impreza :D rosną chłopaki na potęgę prawdziwi Maratończycy:D Jeszcze raz brawa i gratulacje

    OdpowiedzUsuń
  9. Imponujący wyczyn, świetnie wyniki. Wielcy jesteście! A ten deszcz... Kapie Ci jeszcze z parasola? Bo może machnij w naszą stronę? W Polsce totalna Sahara i ruszamy się jak muchy w kleju. Ty mocniej Wasze biegi zadziwiają

    OdpowiedzUsuń
  10. Dziękuję Wam! Brawa nalężą się glównie chłopcom! Mięśnie nóg czują do tej pory, ale satysfakcja... bezcenna:)))

    OdpowiedzUsuń

Drukuj