sobota, 23 sierpnia 2014

Kiedy mówią za mnie inni

- Ale nie zawsze wygoda jest najważniejsza.
- Wiem o tym!
- Opowiadałem ci o najpiękniejszych wakacjach w moim życiu? 
- Niee...
Jest upalne sierpniowe popołudnie. Sadowię się wygodnie, jak dziecko, które ma wysłuchać kolejnej bajki. Toskańskie historie innych, czyli to co lubię najbardziej...
Mario zaczyna opowiadać:

- Miałem pewnie około piętnastu lat, bo mieszkałem już u ciotki we Florencji i pracowałem na swoje utrzymanie. O tym ci mówiłem prawda? (...) Pamiętam jak dziś - był początek sierpnia, a ja stałem z moim przyjacielem i z kuzynem przed budką z arbuzami. To tam zapadła decyzja, że trzeba pojechać na wakacje. Wybór padł na Sardynię, gdzie mieszkali rodzice mojego kuzyna. Wyjazd ustaliliśmy na następny dzień. Jednak wiadomo, że przed wakacjami człowiek musi się jakoś ubrać, aby czuć się jak pan, godnie! - Mario śmieje się na samo wspomnienie. - Wiesz co zrobiłem? Tego samego dnia odebrałem moją wypłatę. Od budki z arbuzami poszedłem zaraz do sklepu i kupiłem sobie kozaczki, na lekkim obcasie, szał był wtedy na nie! Do kompletu jeszcze koszula, spasowana - w jednym z najlepszych sklepów Florencji, gdzie ubrania szyli na miarę. Tak zestrojony paradowałem wieczorem po Florencji, trochę koślawo, jak kogut w ostrogach, bo za skarby w tych butach chodzić nie umiałem. Poza tym wyobraź sobie - sierpień we Florencji, czterdzieści stopni w cieniu... Jednak nie to było najgorsze! Chęć ruszenia na wakacje w dobrym stylu i ukochanie mody pozbawiły mnie ostatniego lira, więc o fundusze na podróż musieliśmy prosić ciotkę i wuja. (...)
Pamiętam naszą wyprawę doskonale... Pociąg, prom, znowu pociąg, taksówka ... I wreszcie najpiękniejsze miejsce w jakim byłem Sant'Antioco - rajska wyspa przy Sardynii. Moje wujostwo miało tam piękny dom raptem pięćdziesiąt metrów od morza. I my w tym raju mieliśmy spędzić nasze miesięczne wakacje. Pięniędzy oczywiście już nie było, więc pozostało nam opalanie się i łowienie ryb. Wędki rzecz jasna też nikt nie miał, ale w tamtych czasach wszyscy byliśmy bardziej kreatywni. Rachu ciachu, tu kijek, tam żyłka i wędka się zrobiła. Siedziałem tak nad brzegiem i łowiłem całymi godzinami. Wujek tylko pokrzykiwał z okna - "Nie siedź tyle na słońcu! Spalisz się! To nie to samo słońce, co u was we Florencji!" A ja zapewniałem - "Spokojnie wujku, nic mi nie będzie, moja skóra lubi słońce!" Tej samej nocy dostałem dreszczy i czterdziestostopniowej gorączki, skóra pokryła mi się bąblami, nawet leżenie było bolesne. Ciotka okładała mi ciało plastrami pomidorów. Przeleżałem tak trzy dni, nim doszedłem do siebie, ale i potem mogłem poruszać się mając na sobie jedynie lekkie szorty. O butach też mogłem zapomnieć, bo kilka dni chodzenia w stylowych kozaczkach przy piekielnym upale zrobiło swoje. (...)
Dom, w którym mieszkał mój wuj, był ogromny. Po środku znajdowało się coś w stylu patio. Stał tam stół, nad którym winorośl utworzyła niby daszek. Kiedy siedziało się przy nim ręka mimo woli leciała ci w górę i kolejne owoce lądowały w buzi. Wujek znów przestrzegał ... - "Nie jedz tyle świeżych winogron, mają działanie przeczyszczające". A ja tak jak i wcześniej odcinałem się - "Mój żołądek jest z żelaza! Nic mi nie będzie!" Niestety wujek znów miał rację - jeszcze raz czterdzieści stopni gorączki i takie rewolucje jelitowe, że całą noc kursowałem pomiędzy zewnętrznym wychodkiem a łóżkiem, aż w końcu padłem niemal bez życia - Mario śmieje się sam z siebie. 
- Jesteś pewien, że to były najlepsze wakacje w twoim życiu?
- Oczywiście! To były tylko drobne wypadki, ale wakacje były niezapomniane. 
- Opowiadaj dalej ...
- Najbardziej lubiłem wieczory, bo wieczorami wszyscy wychodzili na nadmorski deptak i do późnej nocy kursowali spacerem w te i we wte. Ciao, buona sera, ciao, salve, buona sera ... - i tak przez kilka godzin! Uwielbiałem to. Trzeba się było pokazać!
Każde wakacje niestety kiedyś się kończą. Tak jak już na starcie skończyły się nasze fundusze. O sfinansowanie powrotu musieliśmy więc poprosić wuja. Dojechaliśmy do Cagliari, skąd odchodziły promy, ale tam okazało się, że firma odpowiadająca za transport morski ma strajk! Cóż było robić ... wróciliśmy znów szczęśliwi na Sant'Antioco, aby przeczekać całe zamieszanie. Jednak kiedy po tygodniu ponownie przyjechaliśmy do Cagliari strajk wciąż trwał, a my oczywiście nie mięliśmy już pieniędzy, by wracać na wyspę. Pieniędzy nie mieliśmy też na takie luksusy jak przechowalnia bagażu. Postanowiliśmy więc poprosić carabinierów, którzy mieli wówczas swoje budki na ulicy, czy nie mogliby naszymi walizkami się zaopiekować. Problem był w tym, że w mojej upchnąłem małego rekina, którego ktoś mi podarował, bym go sobie zmumifikował i miał piękną pamiątkę z wakacji. Jak latwo się domyśleć ryba w tym upale szybko zaczęła wydawać nieprzyjemną woń, więc moja walizka wylądowała na zewnątrz. Kiedy przyszliśmy odebrać bagaże, carabinierzy, trochę zdenerwowani pytali - co tam masz do cholery? Trupa?
Strajk po trzech dniach się skończył, kiedy transport z lądem się odblokował, kolejka do kasy po bilet zrobiła się tak długa, że staliśmy tam dzień i noc. Dobrze, że było nas trzech, więc pełniliśmy wartę na zmianę, modląc się przy okazji, by pięniędzy na bilety w ogóle nam starczyło - Wszak od trzech dni koczowaliśmy w stolicy wyspy. Na szczęście wszystko się udało, jednak znów zostaliśmy bez złamanego lira. W ostatnich dniach spędzonych w Cagliari poznaliśmy dziewczynę - cudzoziemkę włoskiego pochdzenia, to ją poprosiliśmy o pomoc. Kiedy statek już odbijał, ona rzucała nam na pokład monety, byśmy na miejscu mogli zatelefonować po ciotkę, by przyjechała nas odebrać z Civitavecchia.
Nigdy nie byłem tak beztroski, radosny, jak w czasie tych kilku tygodni na Sardynii...

WYGODNY to po włosku COMODO (wym. komodo)

1 komentarz:

  1. Pani Kasiu,
    cudowne opowiadanie!!! dawno się tak nie śmiałam. Dziękuję
    pozdrawiam z Krakowa
    Edyta

    OdpowiedzUsuń

Drukuj