poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Jeszcze jeden dzień na Cavallarze


Ileż to już było obiadów, popołudni, kolacji i wieczorów spędzonych na cavallarze. Przestałam je odróżniać, zaczęły zlewać mi się w jedno, ale tak czy inaczej, te momenty u Lorenzo to zawsze czas wyjątkowy. Nikt się nigdy nie nudzi, nikomu nie brak weny, ni pomysłów. Rzeczy wielkie, wyjątkowe rodzą się z niczego, samoistnie... A może nawet trudno mówić o czymś wielkim, ale już sama celebracja zwyczajności, zamienia wszystko w niezwykłość. 


W niedzielne popołudnie znów pojechaliśmy do domu z wieżyczką, znów za sterami kuchni stanął nasz szalony kucharz, który pół świata zwiedził, znów było wesoło, smacznie, swojsko i tak toskańsko. Nim mnie Bruno zaangażował jaką swą kuchenną pomoc, mogłam nacieszyć się do woli promieniami słońca i lekkim półcieniem drzewek oliwnych. Czas znów się zatrzymał...


Chłopcy mieli dla siebie całą posiadłość i korzystali z tego przywileju do woli, wyciągając co i rusz kolejne skarby z cantiny i warsztatu naszego przyjaciela albo próbując uruchomić zastałe od lat maszyny. 


Nim Bruno skończył pitrasić, nim dojechali pozostali goście, był czas na krótki spacer, na pokazanie Mamie niektórych zakątków. Odkryłam, że na jednym ze stoków znów zakwitły ginestre, że jabłonka nieopodal rodzi słodkie, soczyste jabłka, że powoli dojrzewają jeżyny i figi.


Wszystko w Italii kończy się przy stole, więc i tym razem nie mogło być inaczej... Stół był długi, ustawiony w poprzek obszernej sali, a na nim pojawiło się wkrótce wino, makaron z pieca z ragu' z trzech rodzajów mięs: wieprzowego, jagnięciny i jelenia, potem dzik pieczony i ziemniaczki na boczku i rozmarynie. A Bruno nie bez powodu nazywany przez jest przeze mnie szalonym kucharzem - i tym razem poszedł do lasu, za nim pognali podekscytowani chłopcy. Wrócili z naręczem patyków, które potem wylądowały w brytfance pod ziemniakami, bo jak twierdził kucharz, miały im nadać delikatny posmak goryczkowy. To sanguinella - zdradził kucharz z szelmowskim uśmiechem.  


Piszę o tym przede wszystkim dla Was, ale też przyznam uczciwie, że w dużej mierze i dla siebie samej, by te moje zwyczajności w jedno się nie zlewały, by każde z nich było odrębnym, autonomicznym wspomnieniem, niepowtarzalnym i wyjątkowym. 


Wariacja na temat nowej wizytówki bloga:) 

CELEBRARE to znaczy CELEBROWAĆ (wym. czelebrare)

4 komentarze:

  1. nie zmieniaj głównej fotki... Ta, która jest jest genialna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To były tylko żarty:) A zdjęcie zmienię, kiedyś, kiedy znajdę MÓJ własny dom z kamienia.

      Usuń
  2. Szukaj swojego Domu z kamienia Kasiu. Tylko nie za długo. Czas tak szybko płynie. Realizuj swoje marzenia i ciesz się życiem. Powtarzam to swoim dzieciom, bo mnie się nie udało. .. a teraz już za późno. Żyj zdrowo i szczęśliwie. Kochaj i bądź kochana życzy ci tego 60 Latka z Częstochowy z dwójką dorosłych dzieci. Dorota.




    OdpowiedzUsuń

Drukuj