piątek, 8 sierpnia 2014

Festa goni festę


Grafik gminny napięty jest do granic możliwości. Tak naprawdę każdego dnia coś się dzieje, a zwykle dzieje się więcej niż w jednym miejscu i znów jestem jak ten osiołek, co mu w żłoby dano. Choćby dziś - znów kolejna konkurencja graticoli, gdzie być muszę, bowiem występują i moi chłopcy, ale też żal, bo takie chociażby Mulino, tańczy w latynoskim rytmie, nie wspominając nawet o tym, co dzieje się w sąsiednich miasteczkach. Rozdwoić się nie sposób, ale żeby człowiek miał tylko takie problemy!


W środę pierwszy raz uczestniczyliśmy w maradyjskim święcie polenty. Już od lat się wybieraliśmy i wybrać nie mogliśmy, ze względu na mieszkanie w oddaleniu od cywilizacji, ale tym razem festa pod bokiem, więc przegapić jej nie mogliśmy. 



Oczywiście tego typu imprezy, to zwykłe gminne biesiadowanie przy daniach z plastikowych talerzyków, ze swojskim winem, oczywiście za symboliczną opłatę, nie można ich porównać do tych bardziej spektakularnych - święta kasztanowego czy nocy czarownic. Tak czy inaczej ja osobiście to swojskie świętowanie uwielbiam, bo znów wszyscy są razem, bo znów można z kimś porozmawiać, ktoś się uśmiechnie, ktoś pozdrowi, znów ma się poczucie bycia częścią wspólnoty. 


Polenta została przygotowana przez Alpini, wśród których był też nasz przyjaciel Franco. Biesiadnikom przygrywała swojska jak polenta muzyka liscio, wygrywając mazurki, walczyki i polki. Oczywiście po kolacji orkiestra porwała większość do tańca, na parkiecie zawirowało, zakręciło, a ja nadziwić się nie mogłam po raz kolejny ileż w mieszkańcach zamiłowania do tańca - skomplikowane kroki, wyuczone figury, piruety, obroty, zsynchronizowane podskoki, nic w stylu "jeden na jeden" czy "jeden na dwa". 


Kiedy Alpini wydali już wszystkie dania, do mojego stolika podszedł Franco i postawił przede mną plastikowe naczynko pełne smażonych prawdziwków. To są takie drobne chwilki, kiedy czuję namacalnie, że ktoś rzeczywiście mnie lubi, że jestem dla kogoś ważna, wie co sprawia mi przyjemność, że choćby małymi gestami, chce by było mi dobrze, bym się uśmiechnęła. Musiałam przejechać ponad tysiąc kilometrów, by spotkało mnie to wszystko ... 
SENTIRE to znaczy CZUĆ (wym. SENTIRE)

6 komentarzy:

  1. Cudowne chwile, momenty pełne wzruszeń i radości... Chciałabym móc być częścią czegoś tak wyjątkowego.
    Pozdrawiamy Was serdecznie i mocno ściskamy.
    Bawcie się dobrze! :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kasiu, masz wielkie szczęście bycia w tak cudnym miejscu. I tyle się dzieje. Łapię wszystkie włoskie słówka i gdybys Kasiu mogła stawiać akcenty na sylabie akcentowanej, to nic więcej do szczescia w nauce włoskiego nie jest mi potrzebne. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Och Kasiu! Dzień dobry. Od kiedy odkryłam Twojego bloga, a w zasadzie Twój świat, robię sobie kawę i czytam, czytam... Póki co mam urlop, więc tak zaczynam dzień, ale wczoraj wieczorem też byłam u Ciebie w "gościnie". Pozdrawiam serdecznie, podziwiam Twoją determinację w dążeniu do celu i życzę spełnienia tych najbardziej skrytych marzeń. I jeszcze jedno - uwielbiam "słówka" na końcu postu.Ściskam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Widać imprezka udana :) Bardzo przyjemny post, tylko mam wrażenie, że w naszym kraju ludzie bardzo Cię skrzywdzili, że było Ci źle i to jest smutne... ale też skłania do refleksji. Po przeczytaniu kilku postów sama staram się być milsza i lepsza dla rodziny i sąsiadów, żeby żyło się nam lepiej.
    Pozdrawiam i życzę samych takich szczęśliwych chwil!

    OdpowiedzUsuń
  5. Napiłabym się winka z panami w kapelutkach :) - emerytka D.

    OdpowiedzUsuń
  6. Gdyby nie rozpoczeta budowa domu już bym się moooocno zastanawiał nad przesiedleniem z rodzinką:) Opowieści bardzo fajnie się czyta,a piękno Italii znam z autopsji:)Pozdrawiam Jacek

    OdpowiedzUsuń

Drukuj