wtorek, 12 sierpnia 2014

Bo dzieci są najważniejsze.


Obiecuję, że to już ostatnie wywody na temat graticoli, do następnego lata nic już w tym temacie nie napiszę. Ale jeszcze ten jeden raz muszę, bo znów jestem pod wrażeniem, bo znów tak miło, bo znów zachwycam się włoskością. Tym razem ta włoskość przejawiła się w miłości do dzieci. Powiecie - wszyscy kochają dzieci, dla wszystkich są ważne - a ja odpowiem - w Italii kocha się dzieci jeszcze bardziej, w Italii cudownie jest być dzieckiem, bo tu dzieci są rzeczywiście dobrem najwyższym, nie tylko teoretycznie. 
Organizatorzy graticoli stwierdzili, że tak naprawdę to dzieci nakręcają cały turniej, to one najbardziej go przeżywają, angażują się i sprawiają, by dorosłym wciąż chciało się go organizować. I póki będą dzieci, będzie i złoty ruszt! Tradycja na pewno jeszcze nie upadnie. Takie słowa padły wczoraj ze sceny nad basenem, gdzie zorganizowano dla dzieciaków dyskotekę, by za ich uczestnictwo, za ich pasję, za chęci z przytupem podziękować. Dyskotękę nie jakąś tam byle jaką, ale taką prawdziwą z "didżejem" i konferansjerką.   



I znów nadziwić się nie mogłam ileż tu w ludziach radości. To bez dwóch zdań kwestia mentalności! Widać to już u najmłodszych. Dwa latka, pięć, dziesięć? Gra muzyka - no to bawmy się do utraty tchu. Oni to mają we krwi, rosną z tym. Do szlejących na parkiecie maluchów oczywiście już po kilku minutach dołączyła starszyzna i wszyscy razem, bawili się do północy. Zatrzymując się tylko na chwilę, by złapać łyk wody. Zadziwiające, że nikt się nie wstydzi, nikt nie przejmuje się tym, co powiedzą inni. Nikt nie potrzebuje kilku głębszych, by pozbyć się hamulców. Jak dobrze znaleźć się wśród ludzi, którzy widzą świat podobnie, którzy tak jak ja uwalniają radość i smakują życie naturalnie, bez wspomagczy, bez granic.



Niesamowite też było to, że mali bawili się z większymi, duzi z mniejszymi, nie było podziałów. Maluchy naśladowaly ruchy starszych. Starsi porywali do tańca młodszych, wszystko takie proste, tak pełne nieskrępowanej radości. Ileż wartości przekazują marradyjczycy swoim dzieciom od najmłodszych lat...




IMPORTANTE to znaczy WAŻNE (wym. importante)

14 komentarzy:

  1. Użyłaś dziś zwrotu, którego mi brakowało, nieskrępowana radość to jest sedno sprawy.
    Zazdroszczę pozytywnie i podziwiam umiejętności radosnego współuczestniczenia, zauważania dobrego wokół.
    Asia op.

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudowne :-) Tak mi tego brakuje w Polsce... Najgorsze jest to, że jak próbuję zorganizować coś podobnego, to wszyscy na mnie patrzą jak na wariatkę i się krzywią :-( Tak samo było gdy opowiadałam niektórym o wspólnych zabawach jakie organizowały wychowawczynie dla dzieci i rodziców w klasie starszej córci. Niestety nie wszyscy rodzice przychodzili, ale na szczęście większość. I powiem, że to były jedne z fajniejszych imprez. Wszyscy się bawili: rodzice, nauczycielki, dzieci... nikt się nie krępował, każdy cieszył, a dzieciaki najbardziej, bo rodzice potrafią się bawić, nie przejmują z przegranej itp., itd. A w przeciągu tych trzech lat były nie tylko wspólne Wigilie z Jasełkami, kolacją, śpiewaniem kolęd przy gitarze i pianinie, ale i andrzejki, mini zawody sportowe, wspólnie granie w piłkę itp. Sama się nie mogłam nadziwić i bardzo się cieszyłam, że trafiliśmy na tak fajne Panie, "którym się chce" i, że większość rodziców się na to zgodziła, bo niestety z zewnątrz spotykałam się z krytyką, czego nie rozumiem... Teraz jestem bardzo ciekawa jak będzie od 4 klasy... Chociaż do tej pory nie słyszałam, żeby w starszych klasach były organizowane tego typu spotkania.

    PS. Kasiu, odebrałaś pocztę? Udało się otworzyć zdjęcia?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Asiu! przepraszam!! Wydawało mi się, że Ci odpisałam. Jak widać tylko mi się wydawało!!! Tak tak, mam zdjęcia, wszystkie się otwierają! Bardzo dziękuję!!!

      Usuń
    2. Uff! To dobrze, bo już kombinowałam jak w inny sposób w razie czego Ci wysłać ;-)
      Całuję!

      Usuń
  3. To brzmi fantastycznie! Gdyby w Polsce mogła się zmienić mentalność...

    OdpowiedzUsuń
  4. U nas bywa różnie. Bywa też byle jak i tu podam przykład. Jako instruktor teatralny pracuję z dzieciakami. Nasze zajęcia min. powodują, iż stają się one bardziej otwarte i bez zahamowań. To fakt. Ale do czasu. Pamiętam dzieci, z którą tworzyliśmy cuda od ich II klasy podstawówkę aż po środek liceum. Bardzo byliśmy zżyci, zaprawieni w pracy, niezliczonych pogaduszkach, we wspólnym i ogólnym świętowaniu. Było nam razem wspaniale. Aż w którymś momencie ujrzałam je w krzywym zwierciadle. Organizowałam Dzień dziecka dla dzieciarni z okolicy i te swoje, już nastoletnie, poprosiłam o pomoc w prowadzeniu imprezy. Już w trakcie zabawy pojawił się chłopiec z zespołem Downa. Prosił do tańca po kolei wszystkie dziewczyny, także "moje" - każda odmówiła, niektóre przezornie uciekały wcześniej. Wstałam i sama zaprosiłam chłopca. Tańczyliśmy na puściutki parkiecie, dzieciarnia stała, siedziała wokoło, niektórzy uciekali oczami, inni chichotali w kułaki. Żadna "moja" panna nie podeszła, by odbić. A wcześniej tyle godzin z nimi przegadałam o każdej możliwej społecznej postawie. Górę wzięło zaściankowe wychowanie i wzór ogółu. Tak myślę, że to była jedna z największych moich porażek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Inność, w jakimkolwiek rozumieniu tego słowa to w ogóle temat na obszerny artykuł. Tu, paradoksalnie ta inność jest akceptowana w każdym wydaniu. Mówię paradokslanie, bo przecież to miescina a jak wiadomo w takich miejscach trudno o tolerancję. Zadziwia mnie to na każdym kroku,ta maradyjska akceptowalność wszystkiego co niekoniecznie mieści się w utartych schematach.

      Usuń
    2. Dlatego podziwiam i bardzo bym chciała poczytać o przykładach takiej postawy. Skąd wynika? Z ogólnej radości życia - każdego życia? Z miłości do niego? U nas, jak wiesz, bywa różnie. Głośno mówi się choćby o tolerancji, z praktyką jest różnie.
      Tu na marginesie wtrącę o mojej własnej prawie nietolerancji. Czy odwrotnie - miłości do słowa?. Pisałam w pośpiechu, zaraz miałam wyjść i właśnie widzę, że popełniłam kilka gramatycznych okropności. Aż mi wstyd! Pozdrawiam z uśmiechem.

      Usuń
  5. Jeśli mogę jeszcze do Asi powyżej (lavanna), też próbowałam organizować u siebie w wiejskiej szkole i na dziwaczkę wyszłam, rodzice sami siebie się krępują, bo to mała gmina, brak "nieskrępowanej radości", koleżanki patrzą jak na dziwaka i niestety gasnę nieco i coraz bardziej, uciekam w "nieistnienie" o czym już Kasi pisałam. My dziś ruszamy do Włoch trzymajcie kciuki za podróż.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też trzymam. Bawcie się dobrze! :-)
      Szkoda, że tak nas mało... ale się nie poddawajmy i pokazujmy naszym dzieciom, że można ;-)

      Usuń
  6. to jest to dzieci i ta naturalna radość spokój tego u nas brakuje w Polsce... ech

    OdpowiedzUsuń
  7. rybkaB - ja mieszkam w małej irlandzkiej miścince i tu mnie bardzo pozytywnie zadziwiła postawa ludzi w stosunku do "innych".
    Teraz jest to dla mnie powszechne, ale na początku było szokiem, że dzieci, a właściwie to młodzież z Zespołem Downa w grupkach przyjeżdżają Busami do "miasta" z wychowawcami robią zakupy, idą na plac zabaw, spacerują i są wszystkim życzliwi, kłaniają się - "hello', a wszyscy z uśmiechem im odpowiadają. Ba!!! W Super Valu (to sieć supermarketów) widziałam kilkoro młodych ludzi z Downem, którzy tam pracują. To jest wspaniałe - skoro stopień upośledzenia pozwala im na to i chcą kontaktu z innymi ludźmi - to dlaczego im tego nie umożliwić??? Czują się wtedy ważni, potrzebni i dowartościowani.

    Kasiu - moze w Irl nie jest to robione z takim profesjonalizmem, jak u Was, ale tez dla dzieci robi sie tu bardzo dużo. W dużych miastach pewnie rodziny nie są takie liczne, ale w mniejszych miejscowościach - tak jak np. nasza, rodziny są wielodzietne, czworo, pięcioro dzieci to norma. Dlatego jest komu te imprezy organizować, a dzieci lubią gdy okazuje się im zainteresowanie.

    Pozdrawiam - Kasia z Irl.

    OdpowiedzUsuń
  8. takie zabawy do dzieci jestem za

    OdpowiedzUsuń

Drukuj