niedziela, 31 sierpnia 2014

Marradi żegna się z latem


Choć do końca lata kalendarzowego jeszcze ponad trzy tygodnie, to już wczoraj wieczorem odbyła się w miasteczku festa "fine d'estate". Oficjalnie nawet tu kończą się wakacje. Od poniedziałku zmienia się  wiele rzeczy. Zostaje zamknięty basen, a sklepy i lokale przyjmują znów "pozasezonowy" rozkład godzin otwarcia. Zaraz oczywiście zacznę cieszyć się toskańską jesienią, bo o tej już tu pieśni pochwalne pisałam, ale to zaraz, jeszcze za moment. Dziś żal mi lata, tak banalnie, po dziecięcemu.


 I choć śmiałam się wczoraj jak iluzjonista wyłowił z tłumu moich chłopców i mogli asystowć przy sztuczkach, bo Marradi jak zwykle zatroszczyło się o dzieci, choć muzyka na żywo przed teatrem przyspieszała krążenie krwi i chciało się tak podrygiwać do rana, i choć fajerwerki, które rozświetliły niebo nad Marradi zapierały dech, i choć miałam na sobie jeszcze białą, letnią sukienkę, to w środku jednak lągł się smutek, jak zaraza jakaś i szeptał upiornie - koniec lata, koniec lata ...


Żal mi lata, bo w tym roku było go zadziwiająco mało, bo skupiona byłam na innych i mnie samej jakoś ono przez palce przeleciało, umknęło. Pocieszam się tym, że na pewno jeszcze przed nami dni gorące, mimo że najbliższe prognozy nie napawają optymizmem. Mam nadzieję na choć jeszcze jeden plażowy dzień, na górskie wyprawy w pocie czoła, mam nadzieję ...




UFFICIALMENTE  to znaczy OFICJALNIE (wym. ufficialmente)

sobota, 30 sierpnia 2014

Popatrzeć z góry...

Przygotowanie do drogi



Planowałam pokazać naszym przyjaciołom Monte Lavane, ale pogoda postawiła wtedy veto, o czym już donosiłam. Jednak taka mnie na tę wyprawę wzięła ochota, że nie mogłam przestać o niej myśleć. Wczoraj więc, zamiast iść na jeżyny, tak jak ustaliliśmy wcześniej, zadecydowałam za wszystkich, nie zważając na argumenty "przeciw". Przygotowałam plecak wycudowanych kanapek i ruszyliśmy w kierunku San Benedetto. Dojechaliśmy do Passo della Peschiera, gdzie zostawiliśmy samochód i dalej już pieszo objuczeni plecakami, krok za krokiem, zachwyt za zachwytem, bo tu widoki już od progu zapierają dech... 
Start
Dziarskim krokiem


 Szlak nie jest trudny, przecież kilka lat temu dojechaliśmy samochodem pod sam szałas partyzanta, jednak wymaga wytrwałości i cierpliwości, bo do krótkich nie należy, są i spadki i wzniesienia i kamyki uciekające spod stóp, ale mimo wszystko to jedna z najpiękniejszych dróg. 

Uwaga na byka!

- Musisz zanotować jak nazywają się poszczególne miejsca. Niech to będzie profesjonalna relacja ze szlaku - instruuje mnie Mario już na starcie. - Najpierw przejdziemy przez Gattoleto, potem Inferno, a dalej il Taglio della Regina. 
Uwielbiam tą manię nazywania miejsc! Zawsze siłą rzeczy przypomina mi się Ania z Zielonego Wzgórza. Może nazwy tu nie są zbyt poetyckie, mają służyć głównie myśliwym, by ci mogli dokładnie określić swoje położenie. Jednak sama będąc maniaczką nadawania nazw chłonę te informacje z największą radością i wysłuchuję kolejnych anegtot związanych z drogą. O krowie, która porwała namiot Mario na Inferno, legendę o królowej, która chciała zmienić bieg wody, o zaginionym rowerzyście i całe mnóstwo innych. 



- Patrzcie! - Wyciąga rękę Paw, a na niej kieł dzika.
- O jasny gwint! - przeklina Mario - Porta fortuna! Ty to jesteś szczęściarz, teraz rozejrzyj się, może gdzieś przy drodze ktoś zgubił portfel z tysiącami euro. Takie znalezisko przynosi szczęście! 
Chowa Paw swój skarb bezpiecznie na dnie kieszeni. Droga znów zaczyna piąć się w górę, powoli, noga za nogą, przed siebie ...



Co jakiś czas przystajemy i omiatamy wzrokiem krajobraz. Tu jesteśmy dość wysoko w porównaniu do Marradi. W oddali, w dole doliny widać maleńki słupek. To castello w Biforco, u stóp którego mieszkamy. Co za przestrzeń!

Entuzjazm opuszcza dzieci

Jakby jednak pięknie i oszałamiająco nie było, dzieci zaczynają marudzić - a kiedy dojdziemy? A daleko jeszcze? A ja chcę kanapkę! I tak do znudzenia, bo i moje dzieci są normalnymi dziećmi, które po kilku kilometrach trasy zaczynają kręcić nosem. Mario zagaduje ich jak może, tocząc nierówną walkę z coraz wyraźniejszym poirytowaniem Tomka. 
- Kanapki będą na górze! - wykrzykuję po raz kolejny.
- Jeszcze dziesięć minut - pociesza ich cierpliwie Mario. - Zaraz za tym zakrętem.
- To już kolejny zakręt, że miało być "za tym zakrętem" - zauważa Paw, ale cicho, by dzieci nie usłyszały. Rzeczywiście trasa jest jeszcze dłuższa niż ją pamiętałam z wyprawy samochodowej.

Emblemat toskańskich wzgórz

W końcu jednak zasłużona nagroda! Spomiędzy drzew wyłania się kamienny szałas partyzanta...


Wszyscy rzucają się na kanapki i już martwią, że ich nie wystraczy. Wilczy głód dopada piechurów! A ja zamiast kanapkami chcę się nasycić widokiem ... Jest laweczka, są wzgórza w kilku wymiarach, wszystko tak jak dawniej. Może tylko jeszcze bardziej niezwykłe. 


Tomek przysiada się ze swoją kanapką i przeprasza za fochy.
- Rozejrzyj się kochanie - zaczynam swoją pogadankę. - Popatrz dookoła i pomyśl sobie, że gdyby wszystko było "normanie", tak jak dawniej, to dziś zamiast siedzieć na Monte Lavane i zachwycać się panoramą Toskanii pakowalibyśmy walizki.
- Dlaczego?
- Bo dziś jest 29 sierpnia, piątek, wyjeżdżalibyśmy w sobotę, jeśli szkoła zaczyna się w poniedziałek. 
Tomek patrzy przed siebie. Zaczyna wracać uśmiech.
- Widzisz kochanie, czasem warto się natrudzić, nawet kiedy człowiek z sił opada, nawet kiedy nogi odmawiają posłuszeństwa, nie można poddawać się przed szczytem. 
W teorii jestem mistrzem, sama muszę częściej o tym pamiętać ...



Słońce już zniża się do szczytów. Światło gra z cieniami w chowanego...  - Ruszajmy nim zastanie nas noc ...


Dzieci biegną teraz w podskokach, odzyskały humor i siły, rzucają kamyki, zrywają kwiatki, walczą na patyki zaśmiewając się przy tym, a echo ten ich śmiech niesie daleko po górach. 
 - Dzyń, dzyń - słychać nagle przed nami, to samo "dzyń dzyń" co w Lutirano, kiedy krowy schodziły do doliny. Jakież jest moje zaskoczenie, kiedy zamiast krów oczom naszym ukazuje się para koni! Klacz ze źrebięciem. Niestety uciekają, nim zdąrzę wziąć do ręki aparat. Stoję jeszcze chwilę i patrzę na pustą drogę w nadziei, że wrócą, ale zostaje po nich tylko stłumione "dzyń dzyń"...

Koni już nie widać ...

Wieczór rozsiada się przy toskańskim stole.
Kiedy wsiadamy już do samochodu, myślę sobie - ja to mam jednak szczęście. Mogę obudzić się rano z nieodpartą ochotą na oglądanie świata z góry i wystarczy tylko założyć wygodne buty, zrobić kilka kroków i już jestem ... jakby ponad światem ... Ten mój "ponad świat" jest tu, na wyciągnięcie ręki, jak okiem sięgnąć, dookoła...

GUARDARE to znaczy PATRZEĆ (wym. głardare)

piątek, 29 sierpnia 2014

Mały "sbandieratore"

- Mamo, mamo - woła Mikołaj z dworu - chodź coś ci chcę pokazać!
- Co takiego? - wychodzę na taras i moim oczom ukazuje się ten oto obrazek: 


- Popatrz - mówi Mario z uznaniem - masz już w domu małego sbandieratore!
A ja sobie myślę - gdzie on to widział?? Bo przecież sam sobie nie wymyślił! Jest tylko jedna możliwość - festa w Marradi otwierająca turniej graticoli d'oro. Tam na zamówienie wystąpiła grupa żonglująca flagami, podarowując publiczności niezapomniany spektakl. Nie byliśmy natomiast nigdy w żadnym ze znanych włoskich miasteczek w czasie najsłynniejszych fest, kiedy można oglądać takie pokazy. Szczerze mówiąc najbardziej z flagami kojarzyła mi się do tej pory scena z filmu "Pod słońcem Toskanii". 


Patrząc na Mikołaja łza mi się w oku kręci. Przeszedł nieprawdopodobną metamorfozę przez ostatni rok. Poza tym przy dzieciach czas bezlitośnie gna. Wydaje się, że nie tak dawno raczkował wokół kamiennego domu Pianorosso, "chwilę później" biegał już po Sienie z plastikowym mieczem, potem dziarsko jak mały alpinista, wspinał się na wzgórze Gamogni, a dziś ściąga z budynku "biforcowe" flagi i dalejże nimi wywija, jakby stał na piazza w Arezzo w otoczeniu tłumu... Co będzie jutro? Widząc jak rozwija się w nim mały mężczyzna zapatrzony w starszych maradyjczyków, mogę go sobie wyobrazić wsiadającego ciemnym świtem do starej terenówki i ruszającego wraz z innymi myśliwymi w góry, na łowy ...

PRZYSZŁOŚĆ to po włosku FUTURO  



czwartek, 28 sierpnia 2014

O strzelaniu w Lutirano


Przez tyle miesięcy od wyprowadzki z Casaluccio, nie dane nam było powrócić do doliny, a potem nagle raz za razem znalazły się preteksty. I tak w kilka dni po wyjeździe mojej rodziny znów zawitaliśmy do Lutirano, tym razem - popatrzeć na zawody w strzelaniu. Już nie raz pisałam, że polowanie w naszych rejonach to nieodłączna część życia. Chyba większość mężczyzn ma w domu szafę pancerną z bronią i całym myśliwskim zapleczem.  Nim jednak zacznie się prawdziwy sezon, myśliwi rozgrzewają się rywalizując pomiędzy sobą w strzelaniu do papierowego dzika czy do rzutek. Nie jest to na pewno tani sport, poza tym wymagający odpowiednich zezwoleń i ku mojemu zdumieniu nawet tak kameralne zawody jak te na wzgórzu Casaluccio miały dozór carabinerów. 


Takie zawody to oczywiście cały rytuał - tak jak i wszystko w Italii, można więc było zjeść swojskie kanapki, słodkości, napić się wina czy kawy. Poza samym strzelaniem, to też rzecz jasna okazja do nawiązania ciekawych znajomości, poznania nowych osób, a tego nigdy nie mam dosyć. Dla Włochów każdy pretekst jest dobry, byle pobyć trochę razem, porozmawiać, pośmiać się. Kiedy zatem mogę usiąść pomiędzy przyjaciółmi, powspominać, pożartować, usłyszeć nowe opowieści, to już mi więcej do szczęścia nie trzeba. A jeśli chodzi o powroty do Lutirano, to już w niedzielę zlot byłych mieszkańców doliny. O ile jeszcze w zeszłym roku nie byliśmy pełnoprawnymi "ex-abitanti" to w tym roku jak najbardziej tak i jeśli czas i pogoda pozwolą, znów zasiądziemy z innymi przy stole nad prostym daniem, wśród gwaru włoskiego, wśród śmiechów niegasnących...


 I jeszcze dwa słowa oderwane od tematu. Ponieważ dopiero dziś pożegnałam ostatnich gości i ciężko było z wolnym czasem w minionych dwóch miesiącach, wybaczcie więc jeśli komuś nie odpisałam na maila, na komentarz, na zadane pytania. Wciąż jeszcze nie wyszłam na prostą po onetowej publikacji, choć każego dnia poświęcam chwilę na korespondencję. Obiecuję odpisać każdemu, ale proszę o odrobinę cierpliwości. Poza tym piszecie do mnie w różnych miejscach: google, fb, mail, blog i nie zawsze każdą wiadomość uda mi się odebrać tego samego dnia. 
Tak czy inaczej mam nadzieję, że teraz będę miała więcej czasu, tym bardziej, że jesień nadchodzi wielkimi krokami i tyle się dzieje dookoła. Żal byłoby tego nie opisać. 

STRZELAĆ to po włosku SPARARE (wym. sparare)

Drukuj