wtorek, 8 lipca 2014

Wypisane na twarzy


Postanowiliśmy zabrać gości na krótką wycieczkę do Pianorosso, aby pokazać im miejsce naszego pierwszego zadurzenia, oczarowania. Dzieci piały z zachwytu kiedy przejeżdżaliśmy koło "naszej" starej, wakacyjnej siedziby: - Różowy domek! Różowy domek! - wołał Mikołaj z tęsknotą. Zadziwiające, że tak dobrze go pamięta, miał przecież zaledwie cztery lata, gdy byliśmy tu po raz ostatni. 

Przy różowym domku jednak się nie zatrzymywaliśmy, bo prawdziwym widowiskiem jest główna część agriturismo niemal na szczycie wzgórza. O samym miejscu pisałam już wiele razy więc opisywać od nowa nie będę. Tym bardziej, że nic się nie zmieniło. Prawie nic...
Wszystko było jeszcze bardziej zadbane, niż kiedyś, wypielęgnowane, dopieszczone. Kwiaty i stoliczki i trawnik, równiutki i miękki jak dywan. Obok basenu ustawiono jacuzzi. Starą ławeczkę zastąpiono nową, pozostał ten sam hamak, stół do ping ponga i huśtawka. Niby to samo, ale jakby brakowało życia. Życia i gwaru, które ja pamiętam z naszych wakacji. Ktoś musiał się tu pojawiać, bo na sznurze suszył się rząd prześcieradeł, ale miejsce zdawało się zapomniane. Przecież w lipcu basen aż kipiał od wodnych szaleństw, z baru zwykle unosił się dyskretny zapach kawy, Emiliana pokrzykiwała, że już podaje do stołu... 
Po kilku minutach naszego szwendania pojawiła się Emiliana, przestraszona, bo zobaczyła na monitoringu samochody na polskich rejestracjach. Przekonana była, że zapomniała o jakiejś rezerwacji, że coś poplątała, zatem kiedy zrozumiała, że to "tylko" my - błogi uśmiech spłynął jej na twarz. Pożartowałyśmy chwilę, powspominałyśmy i obiecaliśmy zaglądać częściej.



O ile w Pianorosso życie ucichło, o tyle w Marradi nie da się nie zauważyć, że są wakacje. Na poniedziałkowym mercatino przechadzają się całe rodziny obcokrajowców, a rozpoznać ich można z daleka i to niekoniecznie po aparacie fotograficznym na szyi. Chodzi o karnację, kolor włosów, ale przede wszystkim to, co nas zdradza, to wyraz twarzy, rysy, mimika. Tu widzę to wyraźnie i zastanawiam się z czego to wynika, bo jak twierdzi Mario, my straciliśmy już "wygląd" turysty, zwłaszcza chłopcy. Czy inaczej układają się mięśnie twarzy w zależności od tego w jakim języku mówimy? Czy mieszkając we Włoszech częściej się uśmiechamy, bo to przychodzi samo, naturalnie? Czy znika napięcie, poczucie tego, że wciąż gdzieś się pędzi, a zamiast niego widać spokój? Wiele można snuć teorii, ale zadziwia mnie to, jak wiele można wyczytać z naszych twarzy...
TWARZ to po włosku FACCIA albo VISO

3 komentarze:

  1. jeśli to możliwe podaj namiary na to miejsce? drogi jest pobyt?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. http://www.pianorosso.com/ bardzo proszę. Nie wiem jak ceny teraz, chyba są na stronie.

      Usuń
  2. Cześć Kasiu! Czy można się w jakiś sposób skontaktować z Pawłem? Miał mi napisać jak ominąć miejsca radarowe jadąc do Włoch-ma jakąś alternatywną trasę. Jak nie ma adresu, to niech skrobnie na m.fedyk@wp.pl.

    OdpowiedzUsuń

Drukuj