piątek, 11 lipca 2014

Mała podróż, co stała się wielką.

Z czerwonego notesu, czerwiec 2014, godzina 6.00 rano, Lotnisko Okęcie.

 

Obserwuję twarze na lotnisku. Niemal bez pudła można zgadnąć, kto jest Włochem, a kto Polakiem. Można się też pokusić o bardziej szczegółowe teorie. Jestem prawie pewne, że starsza blondynka w wytartych dżinsach jest w Italii badante, że grupa młodzieży z plecakami to polscy turyści, że dwóch mężczyzn stylowo ubranych to Włosi. Szatynka w kozaczkach jest Włoszką na pewno, już leciała ze mną do Warszawy. Dwóch panów ubranych "metkowo" (nie mylić ze stylowo) to z pewnością Polacy w podróży "biznesowej". Oni też siadają w samolocie przy wyjściu awaryjnym, a każdy kto lata samolotem wie, że tam siadają ci, którzy język angielski dobrze znają. Panowie utrzymują przed stewardesą , że oni z angielskim to za pan brat, nie ma problemu, no problem! Jak łatwo się domyśleć nie przechodzą szybkiej weryfikacji i zbesztani przez obsługę za głupie kłamstwa szybko się przesiadają. Takie trochę polskie cwaniactwo. Warszawa żegna mnie pięknym wschodem słońca, a ja wracam do domu. Do domu!!   


 
A potem... Wysiadam w Bergamo. Cap łapię bilet w kasie na kurs autokarem do Milano, żeby szybciej! Wychodzę przed budynek lotniska, a tam ... chyba 5 takich firm transportowych ma swoje "zatoczki", autobusy stoją prawie gotowe do odjazdu, bilety sprzedają przed wejściem na pokład, za tyle samo, choć moje miały być najtańsze. Tylko jedna zatoczka pusta. Moja (sic!). No nic, czekam grzecznie, a chłopak odpowiedzialny za przystanek informuje mnie, że ZARAZ będzie i pojedzie. Czekam i czekam, a inne autobusy przyjeżdżają i odjeżdżają. W końcu zjawia się i mój i po prawie godzinie czekania startuje. Patrzę z niepokojem na zegarek, bo to zaburza nieco mój podróżny schemat tak skrupulatnie opracowany. Po kilku metrach autostrady stajemy w gigantycznym korku! Nic dziwnego jest 9.00 rano, a Mediolan wioską nie jest. Tym sposobem podróż zamiast 50 minut trwa prawie 1,5 godziny. Klnę w myślach, bo już bym chciała być w DOMU, bo już mi się chce na leżak, na słońce. Kiedy docieramy na parking przed stacją i kierowca z uśmiechem wskazując na okazały budynek informuje mnie, że to jest właśnie dworzec kolejowy, mam ochotę się rozpłakać! To moloch, w życiu nie zdążę kupić biletów i dotrzeć na peron przed odjazdem mojego pociągu. Jednak siła gna mnie na przód, a upór smaga jak pejcz. Dopadam do kasy. Kolejka. O rzesz... Nareszcie moja kolej. Pytam bileterki czy zdążę na najbliższy do Florencji, a ta z żalem potwierdza moje obawy - nie ma szans:( Trudno, za godzinę następny. Idę na kawę do baru. Potem piętro po piętrze wjeżdżam na nie wiem które, gdzie znajdują się perony. Kto był na mediolańskim dworcu, wie o czym piszę. Na bilecie nie ma numeru peronu, informacja ta pojawia się na monitorze na kilkanaście minut przed odjazdem pociągu. Stoję więc w tłumie gapiów, którzy niemo wpatrują się w wielki ekran. W końcu pokazuje się i mój! Rozsiadam się wygodnie w czerwonej strzale, obok holenderskie turystki emerytki, na przeciwko miły chłopak. Ten wyciąga komputer, podłącza kabelki i zadowolony zaczyna surfować w sieci. - To tu jest internet? - pytam jakbym była z innej planety. - Tak, tylko trzeba mieć hasło, to chyba dodatkowa opcja dokupiona do biletu - odpowiada wyczerpująco mój współpodróżnik. No tak! Za pięknie by było - myślę sobie! Chłopak grzebie przez chwilę w telefonie, potem podaje mi go i mówi - spróbuj z tym hasłem. Och !!!! Jestem w sieci i ja! Nie myślcie, że poszło mi łatwo! Potrzebowałam niestety chwilę, nim enigma przestała być dla mnie tajemnicą. To teraz prawie dwie godziny relaksu - fejsbuk, blog, poczytam głupoty. Piszę do brata na chacie, a ten zdziwiony, że ja już w domu. - A nie, nie kochany - odpowiadam z dumą - mknę czerwoną strzałą 300km/h. Co to znaczy żyć w XXI wieku! Po prawie dwóch godzinach z głośników pada wyczekiwane przeze mnie Firenze, Santa Maria Novella! Hura! Eeee hura hura, ale pociąg wjeżdża na stację równo w czasie jak powinien odjeżdżać mój do Borgo San Lorenzo! 
Opis - jak latam po stacji i kupuję bilety i myślę nie zdążę, więc zwalniam, a za chwilę - a może jednak zdążę, więc znów gnam - ten sobie daruję. Ważne, że zdążyłam. Wariactwo! Plan był taki, że aby nie czekać kolejną godzinę na pociąg bezpośrednio do Marradi łapię ten do Borgo, a tam już Paw i chłopcy po mnie wyjadą. Cudem pociąg się opóźnia i po chwili już siedzę wygodnie i odliczam minuty do spotkania z rodziną. Jednak mój entuzjazm pryska, kiedy głos z głośników wylicza kolejne stacje. Jakie Vicchio? Jakie Dicomano!!!?? Tu niecenzuralne słowa, które sobie daruję. W tym całym ferworze wsiadłam do pociągu, który do Borgo dojeżdża z drugiej strony, czyli jego trasa jest dwa razy dłuższa. Zamienił stryjek siekierkę na kijek! Nie pozostaje mi nic innego jak się wyciszyć i cieszyć mijającym za oknem toskańskim krajobrazem. Potem Borgo San Lorenzo! Upał, całusy i uściski. O 15.00 jestem w DOMU. W tym samym czasie wjeżdża na peron w Biforco pociąg z Florencji... Co tam! Po 12 godzinach bycia w podróży, co to miała być niby szybka jestem w końcu na miejscu. Taxi, samolot, autokar, pociąg, drugi pociąg, samochód i casa dolce casa!

AVERE FRETTA to znaczy SPIESZYĆ SIĘ

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj