czwartek, 12 czerwca 2014

Mecz, tańce, swawole - niedziela po włosku


W zeszłym tygodniu przyszedł do mnie sms. "Cześć robimy obiad wspólny na boisku w S. Adriano na zakończenie roku piłkarskiego, potwierdźcie czy będziecie i w ile osób". Oczywiście potwierdziliśmy się z miłą chęcią i kolejny raz przekonaliśmy się, że tu każda okazja jest dobra by usiąść razem przy stole. Najważniejsze jednak w tym wszystkim było to, że nasi toskańscy przyjaciele znów pokazali, że im się zwyczajnie CHCE! 


Obok rzeczonego boiska jest letnia kuchnia i stoły pod namiotami. Kilkoro rodziców z drużyny Mikołaja, "wypożyczyło" od gminy miejsce, zrobiło zakupy, przygotowało jedzenie, skrzyknęło resztę rodziców i takim sposobem bawiliśmy się setnie do późnej godziny. 


Najpierw przystawki i aperitif, było więc i prosciutto, i kiełbasa dojrzewająca, i mortadella, i pecorino. Potem kus kus z warzywami i kurczakiem, przygotowany przez innych rodziców, którzy do Italii przybyli z innego kontynentu. Potem była pasta z sosem pomidorowym, potem jeszcze mięso i sałatka, piadiny, wino, piwo, czereśnie, arbuzy, słodkości i ... pewnie o czymś jeszcze zapomniałam. Dzieci zjadły tort, bo jeden z małych piłkarzy świętował swoje urodziny. 


Po jedzeniu większość towarzystwa stanęła na murawie - mecze: dorośli przeciwko dzieciom, "koszulkowcy" przeciwko "bezkoszulkowcom". Jeśli spotkały się rodziny piłkarskie, to nie mogło tego zabraknąć, a sama z dzieciństwa pamiętam, że kiedy do zabawy włączali się dorośli, to była pełnia szczęścia. 

Nicoletta! Bramka przeciwników jest tam!!!
goooool
goool raz jeszcze

A potem były też tańce - jeden z trenerów pokazał, że jest nie tylko trenerem, ale też świetnym animatorem, wywijał z dzieciakami, jakby był na prawdziwej dyskotece. Niektórych zajęło łowienie kijanek w rzece, innych partyjki briscoli, a jak ktoś się zmęczył pozostawało mu słodkie dolce far niente, na kocu w cieniu drzew. Na koniec i tak atrakcji okazało się za mało, więc ktoś wsiadł w samochód, pojechał po karaoke, zatem na śpiewaniu włoskim wszystko się skończyło! To znaczy - chyba się skończyło, bo my na tym etapie z przyczyn wyższych i z żalem niestety imprezę musieliśmy opuścić.

 
I o czym to ja mówiłam? Aha! Że Włochom się chce! Mimo tego, że przecież na końcu wszyscy składkę za zakupy zapłacili, to przecież, tak czy inaczej ktoś to musiał przygotować, poświęcić swój czas, pojechać, przywieźć, ugotować i przede wszystkim wpaść na pomysł i resztę zmobilizować.    



To są dla nas szczególne momenty. Po pierwsze to zawsze okazja do nawiązania nowych znajomości. Dla mnie za nowymi znajomościami idą nowe historie. Ludzie chętnie z nami rozmawiają, przebywają. Wiedzą już prawie wszyscy, że piszę o nich każdego dnia. Są dumni, komplementują zdjęcia i wciąż się pytają - dlaczego właśnie Marradi? A ja po raz setny, tysięczny opowiadam naszą historię i "śpiewam"pieśni pochwalne na temat ich miasteczka. Dla nich niezwykłe, dla mnie niezwykłe, wszystko to niezwykłe...




4 komentarze:

  1. Ach... I tak właśnie powinno być :-) A ja nie mogę zebrać kilku osób na grilla, bo każdy ma ciągle mnóstwo ważniejszych spraw :-( Gdzie te czasy kiedy i my się spotykaliśmy bez specjalnego umawiania, ot tak, bo poczuliśmy taką potrzebę, stęskniliśmy się za sobą mimo iż widzieliśmy prawie codziennie...??? Bardzo mi tego brakuje. Oby do wakacji ;-)
    Cudownego czwartku!

    OdpowiedzUsuń
  2. My jakoś na innym etapie jesteśmy. Zamykamy się dla siebie w swoich domkach wybudowanych, w swoich rodzinach i jesli ktos próbuje coś organizować to inni zastanawiają sie czy przybyć, bo może trzeba będzie zrobić rewanż. Może kiedyś dojdziemy do takiego etapu tylko kiedy???
    pozdrawiam Asia op.

    OdpowiedzUsuń
  3. A wiesz Asia, że masz rację. Jeśli mogę tak po imieniu :-) Teraz wszyscy w czterech ścianach, sami, nikt się nie wychyla, nigdzie nie wychodzi. A może to tylko w tak dużym mieście jak W-wa? Większość życia mieszkałam w mniejszym miasteczku i tam było zupełnie inaczej. Pamiętam jak się sprowadziłam do stolicy, jaki to był dla mnie szok. Zresztą wiele ich przeżyłam i nadal przeżywam ;-) Sąsiedzi nawet Ci najbliżsi, "przez płot" się nie znali, tylko "dzień dobry"... nikt się nie odwiedzał, z nikim nie rozmawiał... Trochę to zmieniłam, ale i tak to nie jest to, co było kiedyś, co pamiętam...

    OdpowiedzUsuń
  4. Po imieniu jak najbardziej! Dzięki Kasiu za możliwość wymiany myśli z Tobą i u Ciebie i lavanną. Bardzo się cieszę, że doświadczacie takiej zupełnie innej bliskości sąsiedzkiej czy też przynależności do grupy takiej jak rodzina małych piłkarzy. To nie tylko W-wa taka, ja pod średnim miastem mieszkam, nawet ze znajomymi ze studiów czasem trudno tak normalnie się spotkać, bo albo przybywają na zaproszenie nic nie mówią ale czuć jakąś zazdrość pod skórą (choć nie wiem czego nam można zazdrościć), albo po wizycie niby przyjacielskiej czujesz się wyciśnięty jak cytryna emocjonalnie i nie tylko. Organizowałam wspólne zabawy w naszej świetlicy strazackiej, mecze, tak żeby dzieciaki poznawały się, Niezaleznie od wszystkiego myślę, że warto tak robić dalej i przede wszystkim niczego nie oczekiwać. Głównie takie działania są dla dzieci.
    Kasiu, tak patrzę i słucham i czytam i wspieram i myślę, bardzo dobre te Twoje decyzje i Wasze wspólne, powoli zaprocentują tym, że może życie będzie weselsze i spokojniejsze, zdystansowane do biegu, bo miałam wrażenie, że Włosi tak mają. Tylko trzeba znaleźć sposób na Wasze życie w komforcie odpowiednim dla Was, zajęciach cieszących życiowych. Kibicuję. Wiesz!
    Pozdrawiam Asia op.

    OdpowiedzUsuń

Drukuj