poniedziałek, 30 czerwca 2014

Kolejna odsłona Brisighelli

 

O Brisighelli pisałam już, jeśli nie setki to dziesiątki razy, ale jak się okazuje nawet wycieczka do oklepanego, dobrze już znanego miejsca może być inspirująca i niezapomniana. 
W niedzielne popołudnie nie wiedzieliśmy gdzie się podziać (sic!) jakby nam miejsc ciekawych w okolicy brakowało. Może dlatego, że byliśmy zmęczeni sprzątaniem, przygotowywaniem domu na przyjęcie gości, może dlatego, że niewyspani po wieczorze w Mulino... Tak czy inaczej poszliśmy - mówiąc kolokwialnie - na łatwiznę i pojechaliśmy właśnie do Brisighelli, na lody. 


 
Stwierdziliśmy jednak, że słodkości to na koniec, a na początek lepszy będzie krótki spacer. Znów poszliśmy trochę na ślepo, decydując na chybił trafił, w którą zaplątać się uliczkę. Kiedy znaleźliśmy ścieżkę prowadzącą do zegarowej wieży, dzieciom przypomniała się grota nietoperzy i tą też postanowiliśmy odszukać. 


Czasu wiele nie straciliśmy, bo grota okazała się być tuż obok i kiedy dzieci zaglądały do skalnego otworu, a ja próbowałam uchwycić ciekawe ujęcia, zza winkla wyszła grupa ludzi prowadzona przez maleńką starowinkę. Kobieta rozmiarów Calineczki tłumaczyła turystom gdzie prowadzi szlak. Ponieważ sami byliśmy trochę zagubieni, kiedy grupa ludzi oddaliła się, pozdrawiając serdecznie starszą, sami zagadnęliśmy jak tu się sensownie wydostać z labiryntu uliczek, ale nie wylądować przy wieży . Staruszka szybko i jasno objaśniła nam jak wije się szlak, po czym odesłała nas we wskazanym przez siebie kierunku, a sama oddaliła się energicznie zapewniając, że wkrótce się spotkamy. 




Ruszyliśmy więc naprzód wąską niby - uliczką, pośród pachnącej lawendy i malowniczych oleandrów. Przystawaliśmy co jakiś czas, bo wszystko nas zachwycało, dachy, kwiaty, kamienie, chmury... Doszliśmy w końcu tak jak nas starowinka zapewniała do drogi osiołków, przeszliśmy historycznym tunelem i wylądowaliśmy na placu, tam gdzie zwykle zaczynamy nasze spacery.



Dzieci zarządziły, że najwyższy czas na lody, ale postanowiłam ich jeszcze chwilę potrzymać w szachu i zmusić do pozowania do zdjęć. Obowiązkowo z mamusią, na bloga! Szczęśliwi jak nie wiem co!


 

I tu kiedy siedzieliśmy na schodach naszym oczom znów ukazała się inna grupa ludzi ze stareńką Calineczką na przedzie. Znów tak jak nam i tym przed nami objaśniała szlak i opowiadała historie. Niezwykła starsza pani. Takim ludziom gmina powinna płacić, bo sami są jak turystyczne atrakcje i pozostawiają w sercach odwiedzających miłe wspomnienie.
 
I na koniec lody - w słynnej gelaterii Carletto. Kilka lat temu te same lody osładzały mi chwile przed powrotem z pierwszych toskańskich wakacji. I tak jak wtedy też przysiadłam na ławeczce przed fontanną - kulą. Tym razem jednak nie musiałam płakać. Wracałam do domu, ale mój dom był przecież tylko 30 kilometrów dalej. A kiedy wsiadaliśmy do samochodu, byliśmy świadkami zabawnego zajścia, ale o tym już jutro, znów będą dwa słowa o szalonym poczuciu humoru Włochów.

Mamusiu!!! Wystarczy zdjęć!!!

niedziela, 29 czerwca 2014

Czy mnie pani pamięta?



Mulino miało swoje lata świetności kilka lat temu. Zjeżdżały się wtedy nad rzekę dzikie tłumy młodych. Mario robił pizzę, a w wybrane wieczory o oprawę muzyczną dbało dwóch dj-ów. Ponoć zabawa była niezapomniana, bo do dziś na ich wspomnienie wielu się rozpromienia. By pomóc naszej znajomej rozkręcić trochę zabawę, Mario zaproponował, że postara się dawne gwiazdy ściągnąć znów nad rzekę. Sam do końca nie wierzył w powodzenie, bo obecnie panowie są w Romanii, szczególnie na wybrzeżu znani i znaleźć wolną sobotę w sezonie graniczyło z cudem. Ale udało się i wczoraj wieczorem, tak jak obiecali zjawili się w Mulino. 


Tu powinnam jeszcze powiedzieć, że śmiechu było dużo, bowiem przed rozkręceniem zabawy postanowili zjeść pizzę pozostając incognito. Jeden ich rozpoznał, drugi nie ... ale tak naprawdę nie o tym chciałam opowiedzieć. Kiedy już pizza została zjedzona, panowie wyściskali się z Mario, otarli łzy wzruszenia, powspominali dawne czasy, Naila wreszcie się doprosiła, by wstali od stołu i o muzyce pomyśleli, bo ludzie się niecierpliwią. Zostałam więc na chwilę sama przy stoliku i dopiero wtedy zauważyłam, że obok nad swoją pizzą siedzi samotnie starszy pan. Miło się uśmiechał i widać, że walczył z nieśmiałością, by słowem się odezwać, a w końcu uległ pokusie. 
- Nie pamięta mnie pani?
"Co u licha?" pomyślałam śmiejąc się w duszy sama do siebie. To zaczyna robić się zabawne!
- Przykro mi, ale niestety nie.
- To ja, ten od Ewy.
Jeszcze bardziej mi starszy pan w głowie zagmatwał, bo jedyna Eva jaką znam w okolicy, nijak mi się z nim nie łączyła. 
- Przepraszam, ale zupełnie nie pamiętam. Od Ewy?
- No tak, ten od nieszczęśliwej miłości...
- Ojej! No tak! Przepraszam, nie poznałam pana! I jak skończyła się ta historia? Czy w ogóle miała jakiś finał?
Starszy pan popatrzył na mnie smutno, uśmiechnął się z nostalgią ... i tu się jednak zatrzymam, bo nie wszystkie historie wypada mi upubliczniać. 
Tak czy inaczej ... niesamowite są te momenty. W takich sytuacjach, mam wrażenie, że życie piękniejsze jest niż najciekawszy nawet film. 
A swoją drogą zastanawiam się kogo spotkam następnym razem, kogo rzuci los do Mulino.

ZATRZYMAĆ SIĘ to po włosku FERMARSI

sobota, 28 czerwca 2014

Imprezowy rozkład jazdy

Dziś ostatnia sobota, kiedy poza atrakcjami w Mulino nic szczególnego w najbliższej okolicy się nie dzieje. Jednak już od przyszłego weekendu będziemy mieć nie lada dylematy, zupełnie jak ten osiołek, co mu w żłoby dano. Każde z okolicznych miasteczek wywiesza ogłoszenia o planowanych festach, w Marradi wywieszono grafik na całe wakacje. Gdyby człowiek chciał uczestniczyć przynajmniej w połowie z tych wydarzeń, musiałby mieć teleporter. Nie wiadomo co wybrać ... czy święto tortelli czy golonki czy piwa czy malin. Za tydzień planuję wieczór w kasztanowym gaju z muzyką i aż boję się patrzeć, co inni w tym czasie zorganizują. Francesco swoje Palazzuolo Wine przesunął na drugą połowę lipca - to punkt obowiązkowy tak jak i scarpinata 27 lipca czy La notte delle streghe w sierpniu.  

Tak naprawdę każdy, kto w sezonie zabłądzi w te strony znajdzie coś ciekawego dla siebie - nie zabraknie atrakcji dla wielbicieli kuchni, wina, sztuki, historii czy muzyki. Tak czy inaczej dziś jeszcze względny "spokój", mam zatem nadzieję, że uda nam się spędzić miły dzień gdzieś w rzecznym zaciszu, a może na górskim szlaku. Chce mi się nieznanych widoków i nowych wrażeń... 
Miłego pierwszego wakacyjnego weekendu!

WYBÓR to znaczy LA SCELTA


piątek, 27 czerwca 2014

W oczekiwaniu na powitania


Gdyby wszystko było tak jak zwykle, gdybym mojego normalnego życia, nie przyprawiła odrobiną szaleństwa, dziś pewnie znów ściągalibyśmy krawaty w pośpiechu, z walizkami jechali pod szkołę i tylko przestępowali z nogi na nogę, żeby już wsiąść do samochodu, już gnać na południe i na dwa miesiące zostawić Warszawę. Wzruszałabym się jak zawsze na granicy włoskiej, zrobiłabym klasyczne zdjęcie Italii w gwiezdnym kręgu, potem odliczałabym kilometry ... Padova, Bologna, Faenza ... A w Faenzie otworzyłabym okno i szukała w powietrzu znajomego aromatu, piałabym z zachwytu nad słodyczą lipowych kwiatów. A potem już nie mogłabym wysiedzieć na miejscu, każdy mijany kilometr coraz bardziej mój i wzgórza ukochane znów, tak jak w zeszłym roku brałyby mnie w czułe objęcia...


Minęło dwanaście miesięcy, a ja wciąż nie mogę się nacieszyć, że znalazłam w sobie wystarczająco dużo szaleństwa, by warszawską normalność zamienić na toskańską niezwykłość. Rok temu kiedy pakowałam w amoku walizki, jeszcze nieświadoma byłam zachodzących zmian, tak czy inaczej to właśnie rok temu rodzinne miasto pożegnałam na dobre.

Dziś nikogo, ani niczego nie żegnam. Dziś to ja szykuję się na powitania, których w najbliższym czasie nie zabraknie. Nie mogę się doczekać!

I oczywiście nie pozostaje mi nic innego jak życzyć polskim dzieciom i nie tylko wspaniałych, niezapomnianych wakacji!!

PARTIRE - to znaczy WYJEŻDŻAĆ

czwartek, 26 czerwca 2014

Plony

datterini

Czas najwyższy pochwalić się tym, co zrodził mój maleńki kawałek ziemi! Plony są zadziwiające!! Każdy, kto przechodzi obok i zerka przez ogrodzenie, nie skąpi mi słów uznania, a ja kilka razy na dzień przeciskam się między moimi krzakami, doglądam, podziwiam i nacieszyć się nie mogę ... pańskie oko konia tuczy!

Il cuore di bue

Wszystkie krzaki pomidorów, aż się uginają pod ciężarem! Datterini mają więcej kiści niż liści! Serca wołu rosną jak na drożdżach, tak samo costoluto, a nawet il nero della crimea, które są dość późną odmianą. Jeszcze kilka dni i pierwsze wylądują na naszym stole!

Il nero della crimea
 
Poza pomidorami jest też krzaczek cukinii, który choć mały to owocny, bo aż trzy cukinie dojrzewają w pierwszym rzucie. Tymczasem zbieramy żółte kwiaty i dziś obiad będzie "fikuśny". Zakwitł też wreszcie ogórek, więc i tu czekam co urośnie!

Costoluto

Poza warzywami, wzdłuż ogrodzenia stoją dumnie ... kto zgadnie? :)


Za kilka dni zakwitną!!! GIRASOLI!! Nie może zabraknąć słoneczników przy toskańskim domu!!!

OGÓREK to po włosku CETRIOLO

środa, 25 czerwca 2014

Świat jest mały.



Świat jest mały - ależ banał! Prawda? Ale posłuchajcie! Taka historia...
Naila nasza brazylijska znajoma, która wzięła w ajencję Mulino, prosi mnie: 
- Weź aparat i wpadnij do mnie. Mam wieczór z "liscio", kilka zdjęć do reklamy by mi się przydało.
- Dobrze - odpowiadam - bardzo chętnie.
Kiedy zatem już azzurri grzebią nasze ostatnie nadzieje i ze łzami schodzą z boiska, talerze po kolacji lądują na swoim miejscu, my wsiadamy do samochodu i jedziemy do Mulino zobaczyć jak przy muzyce "romaniolskiej" bawią się dawne pokolenia. Podczas gdy pary na parkiecie kręcą oberki i mazurki, my siedzimy przy barze i cieszymy się wesołą atmosferą wieczoru. Co kilka chwil wstaję by uchwycić ciekawy kadr, bo taki jest przecież cel naszej "wyprawy". 
Śmiechu mnóstwo, Naila podsuwa mi kieliszek wina. Jest w świetnym humorze, bo zdała egzamin by móc być barmanką i restauratorem. Wznosimy toast za jej mały sukces. 
Schodzą się nowi goście, inni już wychodzą, a muzyczka gra...
Siedzę przy barze, sączę wino, podryguje mi noga w rytmie polki, a wtedy obok mnie staje starszy pan, by zapłacić rachunek i napić się kawy. Przygląda mi się wnikliwie, zagląda z uśmiechem w oczy i mówi z przekonaniem:
- A my to się przecież znamy!
Czuję się nieswojo w takich momentach. Szybkie przeszukanie zakamarków pamięci i niepamięci nie przynosi żadnych rezultatów! Nie znam człowieka! Nie kojarzę nic a nic! Jak to było w pewnym filmie ... - z twarzy podobny całkiem do nikogo!
- Nie pamięta mnie pani? - zagaduje dalej mężczyzna widząc moje zmieszanie.
- Przepraszam, ale niestety nie - odpowiadam z przykrością.
- Fognano. To ja skasowałem pani tył samochodu kilka dni przed Bożym Narodzeniem. 
- O masz ci los! No rzeczywiście! To pan! 
Śmiejemy się wszyscy! 
- Wszystko udało się załatwić z ubezpieczeniem? 
- Tak, myślę, że tak. - rozmawiamy chwilę o samochodzie. - Co za przypadek! Jaki świat jest mały! - nie mogę się nadziwić. 
- Jeśli pani pozwoli zapłacę za wino albo może mogę zaoferować kawę lub kieliszek likieru?
- Bardzo dziękuję.
- Mówiła pani, że mieszka tu w Biforco, pamiętam doskonale! 
- Zgadza się, a w Mulino bywamy często, a jeszcze częściej odkąd nasza znajoma przejęła stery. 
- To na pewno jeszcze się kiedyś spotkamy! Może jakiś walczyk albo tango?
- Koniecznie!!!

PRZYPADEK to po włosku CASO


wtorek, 24 czerwca 2014

Boże Ciało

Miniony czwartek był w Italii zwykłym dniem, nie tak jak w Polsce świętem i dniem wolnym od pracy. Natomiast święto i procesja Bożego Ciała odbyła się w niedzielę późnym wieczorem. Przypominały o tym mieszkańcom ulotki i ogłoszenia pozostawione w różnych miejscach publicznych. Znałam opowieści maradyjczyków z dawnych czasów, że kiedy szła procesja, to było wielkie wydarzenie, ulice tonęły w kwiatach, a ludzi było tyle, że tłum ciągnął się przez całe miasteczko, kiedy pierwsi wracali już do kościoła, ostatni dopiero z niego wychodzili. Okna i witryny były dawniej bogato przystrojone, teraz jedynie kilka wystaw sygnalizowało cokolwiek, a uwagę na ulicach przyciągał przede wszystkim obwieszony lampionami Palazzo Torriani.






Tak czy inaczej nie mogłam przegapić takiego wydarzenia, choć było mi wyjątkowo niezręcznie strzelać w ludzi aparatem w takiej chwili. Jak widać czasy się zmieniły, ludzie się zmienili, wszystko się zmieniło. Procesja z cichym, skromnym śpiewem na ustach ludzi przeszła przez całe miasteczko, zawróciła i zatrzymała się na placu głównym gdzie przygotowano mini ołtarz. Wokół niego rozsypano żółte kwiaty. Ludzi nie powiem, że była garstka, ale tłumem na pewno bym tego nie nazwała. Na czele za krzyżem szły trzy dziewczynki, ubrane na biało, tegoroczne komunistki, potem ludzie, potem ksiądz pod baldachimem, kilka sztandarów i tyle.
Musiałam Mikołajowi wytłumaczyć to i owo, bo pierwsze skojarzenie i pytanie jakie przyszło mu do głowy, kiedy zobaczył śpiewających ludzi było: "Mamusiu czy ktoś umarł?" To oddaje nieco atmosferę jaka towarzyszyła procesji. 



Corpus Domini - tak z łaciny nazywane jest w Italii Boże Ciało.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Zmiany w miasteczku

Kilka dni temu kiedy byłam w Marradi i przechodziłam koło sklepu rzeźnika Silvano, zobaczyłam, że lokal jest opróżniany, lodówy i lodówki ładowano z trudem na ciężarówkę. W swojej naiwności pomyślałam, że może będzie remont, choć plotki o przejściu Silvano na emeryturę krążyły już od początku roku. Dwa dni później znów poszłam do Marradi, w planach miałam też zakupy w macellerii, jakież było moje rozczarowanie, kiedy zamiast otwartych drzwi, uśmiechów Silvano i jego żony, zastałam tę oto karteczkę.

Łza mi się zakręciła i ścisnęło mnie w gardle. Sklep mięsny będzie zawsze tym, który najbardziej zapadł mi w pamięć już podczas pierwszych wakacji. Prawdziwy mięsny sklep, taki jakie pamiętałam z dzieciństwa. Taka szkoda... 

Wieczorem tego samego dnia spotkałam na placu samego Silvano. Długo rozmawialiśmy. Opowiadał mi o tych wszystkich latach za ladą, o wczesnych porankach, o żonie, o tym co robił wcześniej i co ma zamiar robić teraz. Ja przyznałam się, że wielokrotnie wchodziłam do niego do sklepu po zakupy, ale z aparatem pod pachą i zamiarem zrobienia mu zdjęcia. Nigdy jednak nie starczyło mi odwagi. Pokręcił Silvano głową z dezaprobatą nad moją nieśmiałością, a potem pocieszył, że ma takie zdjęcia i na pewno je dostanę.

Tak dziękują Silvano i jego żona za zaufanie i przywiązanie klientów, okazywane im przez 45 lat działalności. Wzruszające...
Nawet jeśli człowiek jest zmęczony pracą i - jak sam przyznał - wspaniale jest teraz rano nie pędzić, tylko zjeść spokojnie śniadanie, to jednak 45 lat - to nie byle co! 
Smutno...

Zmienia się Marradi na moich oczach i choć niektóre z tych zmian przyjmuję z bólem serca, to jednak moje miasteczko, pozostanie dla mnie zawsze "moją ziemią obiecaną". A tymczasem pozostaje mi tylko życzyć Silvano i jego żonie wspaniałego czasu na emeryturze!

EMERYTURA to po włosku PENSIONE

niedziela, 22 czerwca 2014

Mulino startuje w brazylijskim rytmie


Przez ostatnie lata inaugurowaliśmy nasze wakacje u Lorenzo w Mulino. Nasza świecka tradycja. W tym roku można powiedzieć, że wszystko się zmieniło. Po pierwsze my nigdzie nie wyjechaliśmy i nie musieliśmy wracać, a po drugie to Mulino zrobiło swoją inaugurację, bo lokal - jak już pisałam - znalazł się w nowych rękach. 

 
Wraz z nadejściem kalendarzowego lata wystartowała pizzeria pod rządami naszej znajomej. A wystartowała niebanalnie, z przytupem w iście brazylijskim rytmie! Muzyka na żywo, aperitif i niebiańska pizza. Nie zabrakło i samego Lorenzo, który czuł się w obowiązku swoich byłych klientów przywitać, uściskać, zabawić rozmową, a nowego pizzaiolo przeszkolić i wyposażyć w swoją sekretną recepturę na najlepszą pizzę na świecie. 




Mam nadzieję, że goście Mulino będą bawić się setnie przez całe lato, że muzyka nie ucichnie, a piec do pierwszych wrześniowych chłodów, będzie buchał gorącem i rozsiewał cudne, włoskie aromaty...


sobota, 21 czerwca 2014

Być jak Tom Sawyer


W dobie wirtualnych światów, komputerów, super zaawansowanej techniki moi chłopcy, a zwłaszcza Tomek znaleźli sobie nowego bohatera - idola, a jest nim Tom Sawyer! Przynieśli z miejskiej biblioteki każdy po swoim egzemplarzu powieści i czytają zafascynowani, a w przerwach między jednym rozdziałem a drugim próbują go naśladować. Kiedy mieszka się na prowincji to wcale nie jest takie trudne! 
Rzeka pod domem ... Czy może być dla dzieciaków większa atrakcja? Brodzą jak czaple, skaczą z kamienia na kamień, na brzegu zakopują skarby, wpadają w ubraniu do wody - niby przypadkiem, z wielką pasją, pełni kreatywności budują swoje dziecięce zacisze. 


Oczywiście jeśli rzeka to i ryby - znów popis pomysłowości na miarę twainowego Toma - wziął Tomek kijek, sznurek, tu przywiązał, tam przykleił, wziął z lodówki kawałek sera, bo podpatrzył, że Paw tak robi i dalej na wędkowanie. Obserwowałam ich z okna kuchennego i nacieszyć się tą ich wolnością nie mogłam. Potem Mario "poruszony" kijkiem i sznurkiem, skoczył do domu po wędkę najprostszą, zmontował ją raz dwa i obiecał następnego dnia zaznajomić ich z tajnikami wędkowania.  


Dumna jestem z ich podejścia do życia, o czym już tu wielokrotnie pisałam, za ukochanie natury, wsi, swobody. Nie ma w nich nadęcia, które widzę, że w tym wieku już zaczyna się u dzieci pojawiać. Nieważny najnowszy gadżet - wystarczy jeden komputer, nieważne jakiej marki buty - najlepiej i tak jest na boso. Cudowne to ich dzieciństwo, sielskie, wiejskie choć czasem trąci myszką, pełne jest uroku. Do szczęścia brak im tylko dalekich podróży, ale i te mam nadzieję wkrótce się zrealizują, brak domu na toskańskiej wsi, bo Biforco według chłopców jest o zgrozo zbyt "miastowe" i na koniec pieska - goldenka - jak go umownie nazywamy. Na wszystko przyjdzie czas ...
A tymczasem przyszedł czas na pierwszą prawdziwą lekcję wędkowania. Już wystarczy pisaniny. Zdjęcia mówią wszystko:)

Pierwsza ryba Mikołaja


Pierwsza ryba Tomka






LA CANNA to znaczy WĘDKA

Drukuj