środa, 21 maja 2014

W krainie czarów




- Na dziś wystarczy - przerywam brutalnie w połowie rozdziału wykończona ciężkim dniem. 
- Nie, nie! - protestują chłopcy.
- Dziś już nie dam rady, nie gniewajcie się!
- A co zrobi Maryla, kiedy dowie się, że Ania nie jest chłopcem? - pyta Tomek.
- Dowiesz się jutro!
- To w takim razie na obiad wracamy do domu i po jedzeniu nam poczytasz!
- Świetny pomysł!

Kiedy opowiadam jakie chłopcy zrobili postępy z językiem włoskim, niektórzy zarzucają mi, że zaniedbaliśmy język polski. Ale to nie tak. Języka włoskiego używają przez większą część dnia. W tej chwili mówią czysto i płynnie, nawet pisownia sprawia coraz mniej problemów. Pamiętam kiedy przynieśli ze szkolnej biblioteki pierwsze włoskie książki - po jednym zdaniu na stronę, ale radość ze zrozumienia była ogromna. Potem coraz bardziej zaawansowane lektury, aż w końcu doszli do swojego poziomu wiekowego. Mówią, że już nie robi im różnicy czy czytają po włosku czy po polsku, i w jednym, i w drugim zdarzają się dla nich słowa niezrozumiałe. Tak jak i dla mnie. 

Tomek kończy aktualnie Alice nel paese delle meraviglie (Alicja w Krainie Czarów), jest zachwycony. 
- Mamusiu, a jak po polsku będzie się nazywał Fintartaruga? 
- Nie wiem, nie lubiłam nigdy Alicji i nie pamiętam wszystkich postaci. - Przyznaję uczciwie. Na szczęście google jest nam pomocne! - Mam! To Niby Żółw albo Żółwiciel w innym tłumaczeniu. 
- A wiesz jak jest Kapelusznik po włosku? Cappellaio! 

Tomek zafascynowany jest literaturą gdzie fantazja styka się z rzeczywistością, dziwne stwory, nadprzyrodzone właściwości, wymyślone krainy, czyli zaprzeczenie mojego gustu literackiego, ale ja cieszę się z samego faktu, że gust literacki ma jasno sprecyzowany. Staram się trzymać równowagę pomiędzy włoskim i polskim czytaniem. Sami czytają raz w jednym, raz w drugim języku. I mimo tego, że już od dawna nie są maluchami, wciąż wszyscy kochamy tradycję wieczornego czytania. Będąc mamą dwóch chłopaków, nie sądziłam że moja rozsypująca się z nadmiaru używania "Ania..." zwróci czyjąś uwagę. A tu proszę... od wczoraj jesteśmy gośćmi na Zielonym Wzgórzu. Dla mnie to miła odmiana po mrocznym krajobrazie "Zwiadowców".

I jeszcze o pisowni - niestety samo czytanie po polsku nie wystarczyło, by nie uwstecznili się w polskiej pisowni. Pomijając już błędy ortograficzne, które sadzą nagminnie, to dochodzi jeszcze sam zapis - czyli włosko polska mieszanka wybuchowa. W swoim "diario" Mikołaj pod datą 17 maja napisał: COMPLEANNO, a pod spodem: UROGINY!!! (polskie słowo, włoski zapis). Potrzeba matką wynalazków.

MOSTRO to znaczy POTWÓR

3 komentarze:

  1. Nie znosiłam Alicji... Zupełnie nie moje czytanie ale rozumiem fascynację, moja starsza też ją miała.
    U nas dziś bardzo ciepło i cudnie i czas tarasowy nareszcie zaczynamy.
    Pozdrówka.
    Asia op.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja również Alicji nie znosiłam ;-) Ale Anię ukochałam odkąd tylko zaczęłam czytać :-) Wracam do niej jeszcze teraz, a książka posklejana jest w wielu miejscach ;-) Zresztą mam wszystkie jej części :-)
    Pozdrawiam Was serdecznie.
    U nas dzisiaj prawdziwe lato :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Witajcie w klubie:) moja Ania też się rozsypuje,i też mam wszystkie części, i też uwielbiam do niej wracać:))

    OdpowiedzUsuń

Drukuj