sobota, 31 maja 2014

Wiecznie młody


Od jutra już czerwiec i za tydzień wakacje, ale dziś jeszcze ostatni dzień maja. Dzień szczególny, bowiem dziś Mario świętuje swoje urodziny. Choć w przypadku Mario powiedzenie świętuje jest mocnym nadużyciem. Nasz Przyjaciel wiek ma w nosie. Na swoje urodziny nie zwraca uwagi i wdzięczny byłby gdyby i inni o nich zapomnieli, ale to w dobie "fejsbuka" jest niemal niemożliwe:)
Dziś zatem na torcie powinniśmy postawić ... dziesiąt świeczek. Ale myślę, że opóźnimy to trochę i bliżej moich urodzin przygotuję tort trochę większy, by zmieściła się na nim cała setka, taki piękny WIEK świętujemy w tym roku jeśli dodamy nasze lata.
Czas mija, a pewne rzeczy pozostają takie same, przybywa siwych włosów albo w ogóle ich ubywa, ale wieczna młodość, którą Mario ma w sercu nic a nic nie gaśnie, tej czas się nie ima. Czasem widzę go na tle rówieśników i zastanawiam się w czym tkwi sekret. Na czym polega fenomen młodości. Czy na wiecznym ruchu? Czy na sposobie postrzegania świata? Czy można się tego nauczyć czy po prostu takim się człowiek rodzi?
Czego mogłabym zatem życzyć Mario? Chyba tylko tego by pozostał takim jakim jest i by zdrowie mu dopisywało, sam zawsze powtarza w trudnych chwilach - myślmy o zdrowiu!
A zatem zdrowia, zdrowia, zdrowia i młodości po wsze czasy! TANTISSIMI AUGURI!!!!!



MŁODY to po włosku GIOVANE

piątek, 30 maja 2014

Faraon, Dino Campana i Bilbo Baggins

 
Po żywej szopce jaką na Boże Narodzenie przygotowały szkolne dzieci, myślałam, że już nic w tej kwestii mnie nie zaskoczy. No cóż... muszę przyznać, że albo ze mnie człowiek małej wiary albo niezmierzona jest włoska fantazja! Zdecydowanie jednak to drugie. Wczoraj miał miejsce występ Tomka klasy, podsumowujący miniony rok szkolny i z czystym sercem mogę powiedzieć, że był to jeden z najpiękniejszych włoskich momentów. Przedstawienie do ostatniej chwili owiane było tajemnicą, nic nie było wiadomo, poza godziną, o której rodzice mieli stawić się w szkole. Ponieważ cały rok zadedykowany był rzece i przyświecało mu hasło "Along a river", na tym też został oparty spektakl, do którego scenariusz napisali nauczyciele! Scenografię wykonały samodzielnie dzieci i one również zatroszczyły się o kostiumy. Tomek, który miał rolę Bilba, bowiem jedną z lektur był Hobbit, strój wyniósł z domu już miesiąc temu, pod pretekstem zaprezentowania go w szkole, a rolę ukrył w książce od historii i uczył się, kiedy nikt go nie widział.


Spektakl przygotowany był iście profesjonalnie, z podkładem muzycznym, ze zmieniającym się oświetleniem, ze sceną otaczającą widownię, więc akcja czasem działa się z tyłu, czasem z przodu, a czasem z boku sali. Ponieważ rzeka, czyli motyw przewodni, to nie tylko geografia, ale też literatura, sztuka i inne dziedziny, przedstawienie stało się pięknym streszczeniem tego, czego przez cały rok uczyły się dzieci. W jednej sztuce spotkali się Bilbo Baggins, Faraon, Mojżesz, Barbarossa i Dino Campana. Genialny pomysł i jeszcze lepsze wykonanie. 
Na zakończenie na ekranie został wyświetlony pokaz slajdów z minionych miesięcy, lekcje, wycieczki, przygotowania do przedstawienia, między zdjęciami były wmontowane również krótkie filmiki. Moment tak bardzo wzruszający, że większość nie powstrzymywała łez. Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy - jak bardzo zazdroszę Tomkowi bajecznej szkoły.  Cieszyłam się, że moje dziecko, które we wrześniu stało przestraszone przed wejściem, nie znając dzieci, języka ani nauczycieli, teraz promieniało szczęściem! 


 

Na koniec były łzy i owacje na stojąco, a potem rodzice ściskali nauczycieli, nauczyciele rodziców, potem nauczyciele dzieci i dzieci nauczycieli, rodzice dzieci i dzieci swoich rodziców. Radość i wzruszenie wypełniły całą salę. Niezapomniany wieczór! Mam nadzieję, że Tomek będzie ten występ wspominał do późnej starości! Ja na pewno, z łezką w oku...

ROLA to po włosku RUOLO

czwartek, 29 maja 2014

"Przyjdźcie mnie odwiedzić".


Takie zdanie słyszę tu niemal każdego dnia. Początkowo myślałam, że to tylko kurtuazja, "bo tak wypada", "bo tak się mówi". Jednak szybko zweryfikowałam moje zdanie w tej kwestii. Takie zaproszenia są tu powtarzane regularnie, konsekwentnie ze szczerością. Tak czy inaczej wiele jeszcze muszę się nauczyć, zaczerpnąć odważnie z włoskiej mentalności i pozbyć się oporów, by na te zaproszenia odpowiadać wizytą. Wciąż mam głęboko zakorzenione myślenie - będę przeszkadzać, nie chcę się narzucać, a jeszcze moja wrodzona nieśmiałość wcale mi w tym nie pomagają. Jednakże jestem we Włoszech, w Toskanii! Tu jak sama wielokrotnie pisałam - ludzie są ze sobą, lubią być ze sobą i to się czuje. Do mnie też często wpada ktoś niezapowiedziany, czasem zatrzyma się tylko przy furtce na chwilę rozmowy, czasem przysiądzie na tarasie, czasem na kawę czy kieliszek czegoś mocniejszego. To zjawisko, które w większych miastach jest już na wymarciu. 
Wczoraj popołudniu odpowiadając na jedno z powtarzających się zaproszeń, wybraliśmy się do oddalonego od naszego domu o zaledwie kilometr Camurano.
Camurano to nie miasto, ani nawet miasteczko, określenie wioska też nie bardzo pasuje. Osada wydaje się być słowem najbardziej adekwatnym - wszak to tylko kilka domów ciasno przyklejonych do krętej drogi prowadzącej do Florencji. W jednym z tych kamiennych domostw mieszka przyjaciel Mario - Silvano ze swoją żoną i nastoletnim synem. Odkąd poszedł na emeryturę ma dużo wolnego czasu i tym chętniej zaprasza gości. 
Na początku uprzedzony o mojej fobii musiał eksmitować na dwór kota, wielkości tygrysa, choć nie mógł pojąć, jak można bać się kota i to jeszcze takiego kota, który jak sam twierdził dobry jest jak chrześcijanin! Tak czy inaczej fobia jest fobią i kot dostał przymusowe wychodne. Usiedliśmy w niziutkiej, przytulnej kuchni, na stole wylądowała butelka z ciemnym napitkiem. Silvano rozlał do kieliszków aksamitną nalewkę z małych dzikich śliwek, a my nie mogliśmy się jej nachwalić. Rozmawialiśmy o wszystkim o truflach, o polowaniach, o jedzeniu. Towarzyszył nam również Luca - syn gospodarza, który szkoli się na kucharza i obecnie praktykuje w jednej z naszych ulubionych restauracji. Rozmawialiśmy, i rozmawialiśmy, a napitku z butelki ubywało. Luca pokazał nam zdjęcia żmii - bestii, którą kilka dni wcześniej zatłukli nad rzeką. Okaz tak duży, że nawet Silvano większej w życiu swoim nie wiedział. Po rozmowie zeszliśmy na tarasy, które piętrowo schodzą za domem do samej rzeki. Luca pochwalił się swoim warsztatem i motorami, zobaczyliśmy cantinę i niespotykanie duże rogi kozła, skomplementowaliśmy ogródek, gdzie posadzono nawet rzadko spotykane tu krzaki porzeczki. Aż w końcu nastał wieczór i musieliśmy serdecznie się pożegnać. Podziękowaliśmy za mile spędzony czas i nalewkę. I jeszcze na koniec Silvano spytał: - A miętę masz? A może byś chciała doniczkę? - Oj chętnie, chętnie! - ucieszyłam się. - Nawet dziś pytałam w ogrodniczym o miętę, bo ta moja to ozdobna, prawie bez smaku. - Trzymaj - Silvano wręczył mi mały krzaczek, a po kuchni rozszedł się charakterystyczny zapach. 
Wracaliśmy w radosnym nastroju. Chłopcy zrywali maki rosnące przy drodze, a słońce chowało się za wzgórzami. Niby nic wielkiego, a ja znów miałam to poczucie, że niezwykłość jest tu w każdym dniu.    



ODWIEDZIĆ to po włosku ANDARE A TROVARE

środa, 28 maja 2014

Mulino budzi się z letargu


Pamiętam jak bardzo byłam zawiedziona, kiedy na jesieni podczas jednej z wypraw do Mulino wypatrzyłam ogłoszenie o odstąpieniu działalności. Dotarło do mnie, że obietnice, które składał co roku Lorenzo, tym razem rzeczywiście postanowił spełnić. Pamiętam też moją radość, kiedy dowiedziałam się, w czyjej gestii znajdzie się wkrótce jeden z naszych ulubionych miejscowych przybytków. 

 

Naila, która przybyła w te strony z odległego zakątka świata i tak jak ja pokochała życie wśród kasztanowych gajów, wydaje się być stworzoną do przejęcia sterów Baia del Mulino. Temperament, radość, spontan i głowa pełna pomysłów na pewno pomogą jej tchnąć nowe życie w stare miejsce.  
Będzie i muzyka, i jedzenie, i zabawa, a ponadto to, co zawsze - niepowtarzalny klimat, orzeźwiająca rzeka, plaża i tysiąc innych atrakcji.



Nawet ja mam skromną rolę w całym zamieszaniu, co cieszy mnie niezmiernie i sprawia, że znów choć odrobinę czuję się potrzebna i doceniona. W tej chwili trwają ostatnie prace i przygotowania, pojawiają się pierwsi ciekawscy, dopytując się - kiedy? kiedy? A ja mam nadzieję, że Naila wraz ze swoimi pomocnikami zdoła szybko uporać się z włoską biurokracją i już w połowie czerwca ten spokojny zakątek zacznie tętnić życiem!


 SPONTANEO - to znaczy SPONTANICZNY

wtorek, 27 maja 2014

Nie sama.


Ten post miał być o czymś innym, ale kiedy kładłam się wieczorem do łóżka, pomyślałam sobie kolejny raz - w jak niezwykłym świecie się znalazłam... Pewne spotkanie z rodzicami z Tomka klasy, o którym swoją drogą powinnam napisać, ale to nie dziś, wprowadziło mnie w pozytywnie melancholijny nastrój. Rozmowy o wszystkim, niezmierzona niczym serdeczność, radość w spojrzeniu, szczerość w uśmiechu, otuliły mnie ciepłym i mocnym ramieniem dając siłę na kolejną walkę z przeciwnościami losu. W takich momentach myślę sobie - nieważne jak wielu jeszcze trudnościom będę musiała stawić czoła, ważne jest to co zyskałam i to, co jeszcze nadejdzie.
Włosi mogą złorzeczyć na swoją politykę, na biurokrację, na chaos, ale niezmiennym pozostanie fakt, że są narodem wyjątkowym, że ich kraj jest jednak trochę inną, lepszą planetą. Nie wiem, czy moje psalmy pochwalne mam odnieść do całego kraju czy do Marradi. Miejscowi twierdzą, że to specyficzne miasteczko, ale też zaraz dodają, że tak dobrze się tu żyje. Wielu być może zarzuci mi stronniczość, patrzenie przez różowe okulary i nie będę się tego wypierać. Jednakże nawet rok mieszkania tu, zderzenie z włoską codziennością, rzeczywistością, w żaden sposób nie naruszyły mojego idealnego obrazu. Oczywiście problemy są, czasem poważne, trudności, kłody i dołki, ma je każdy. Taki moment, taki etap. Czy tu, czy w Polsce, czy gdziekolwiek. Ale to tu, kolejny już raz czuję, że ludzie, którzy mnie otaczają dają mi ciepło, oparcie, nie odsuwają na margines, pamiętają, pytają, rozmawiają, są... Nigdzie nie zaznałam takiego poczucia bycia razem, życia ze sobą, a nie obok siebie, jak właśnie tu, w mojej cichej, swojskiej Toskanii...
CIRCONDARE - OTACZAĆ


poniedziałek, 26 maja 2014

Bieg słynnego rozbójnika - 100km


Tak jak wspomniałam wczoraj - kiedy dzieci bawiły się na przyjęciu urodzinowym, my z tarasu obserwowaliśmy gromadzącą się przed naszym domem publiczność. Powód tego zbiegowiska? La 100 chilometri del Passatore! Uczestnicy biegu wystartowali z Florencji bodajże o 15.00. Pierwszy uczestnik spodziewany był w Marradi około 19.30.

 

Już godzinę wcześniej pojawili się kierujący ruchem, przemknęli rowerzyści, motocykliści, ale wszyscy rozemocjonowani czekali na pierwszego śmiałka. Sama byłam ciekawa jak wygląda osoba, która ma już za sobą 64 km i ma zamiar przebiec kolejne 36. W takich momentach chwalę sobie szczególnie usytuowanie naszego domu. Kiedy inni gromadzili się na poboczu, my mogliśmy obserwować wszystko niczym z loży prezydenckiej!



W końcu pojawił się lider, witany entuzjastycznie przez publiczność. 




Chwilę potem zaczęli pojawiać się następni, witani równie serdecznie. Byłam zdumiona formą jaką prezentowali, ja po 64 kilometrach nie wiedziałabym chyba jak się nazywam, ci jednak dziarsko biegli na przód! Ten, który do Marradi dotarł jako trzeci, w rezultacie wygrał cały bieg, wyprzedzając na ostatniej prostej przed Faenzą lidera. Na mecie zameldował się około 22.30. Nie było to dla nikogo zaskoczeniem, przypieczętował swoje mistrzostwo już chyba szósty raz z rzędu! Przebiec w około 7 godzin 100 km, w tym większą część trasy przez góry?? Niewyobrażalne. 


Jeśli nie pomyliłam kolejności zdjęć - to powinien być ostateczny zwycięzca - taksówkarz z Rzymu.

Najwięcej biegaczy przebiegało przez Marradi około 22.00 - 23.00. Kładłam się spać, a pod oknami co 5 min zrywały się brawa i okrzyki. Niektórzy docierali na metę podtrzymywani przez innych jak opowiadał Mario, wielu zapewne biegu w ogóle nie dokończyło. Ostatni uczestnik o 8.00 rano był jeszcze 15 km przed metą, ale jeśli nawet dotarł do Faenzy, był z pewnością poza założonym czasem. 


W biegu wzięło udział również wielu obcokrajowców, w tym Polaków. Mnie pozostaje tylko wszystkim serdecznie pogratulować!

CENTO to znaczy STO

niedziela, 25 maja 2014

Pierwsze koty za płoty


Już mogę odetchnąć - pierwsze włoskie przyjęcie urodzinowe dla dzieci za mną. Przejęta byłam jakby nie wiem co się miało wydarzyć. Już od bladego świtu siedziałam w kuchni i piekłam cuda. Do pomocy włączyli się Paw i Mario, więc wszystko udało się przygotować na medal!
Kilkoro dzieci niestety nie przyszło, ale te co się stawiły, bawiły się setnie, kursowały między rzeką, pokojem chłopców i stołem z łakociami. 


To co dla mnie było najmilsze to nawiązanie bliższych relacji z mamami, których wcześniej dobrze nie znałam. Znów mogłam zakosztować włoskiej serdeczności, ciepła, otwartości. Po takich dniach jak wczoraj, mam wrażenie, że mój toskański świat się rozrasta. Ludzie wciąż tak żywo i ciepło reagują na nasze bycie tutaj, oferują pomoc, cieszą się z naszych drobnych sukcesów, kibicują dzieciom. A jeśli chodzi o dzieci - znów nasłuchałam się pochwał, jacy to są wyjątkowi, jacy spokojni itd... itd...


Kolejny też raz okazało się, że Marradi to taki mikroświat, gdzie wszyscy się znają, każdy jest czyjąś babcią, siostrą, przyjaciółką, sąsiadką. Jedna z mam, kiedy weszła do salonu i zobaczyła naszego ludka, uśmiechnęła się od ucha do ucha i powiedziała, że obrazek namalował mąż jej siostry. Tłumaczyłam, że kupiliśmy go w barze, lata temu i do tej pory wisiał na naszej warszawskiej ścianie. Rosa opowiadała, że zdjęcie obrazka było zamieszczone nawet w prasie, a ja śmiałam się, że w takim razie jestem posiadaczką prawdziwego dzieła sztuki.

W czasie kiedy Mikołaj miał swoje przyjęcie, przed naszym domem zbierali się ludzie, im bliżej wieczora tym publiczność coraz bardziej się zagęszczała. Nawet chłopcy już na koniec z ostatnimi gośćmi, zmęczeni zabawą, stanęli przy parkanie i żywo oklaskiwali. A kogo? O tym już jutro! JUTRO to po włosku DOMANI.


sobota, 24 maja 2014

Kulinarne spory

Kładę Tomkowi na talerzu kilka strączków zielonej fasoli, obok spaghetti alla carbonara. 
Mario patrzy z dezaprobatą.
- O! I jeśli tak zrobisz, to od razu widać, żeś cudzoziemka!
- W Polsce to nic dziwnego. Na jednym talerzu dla przykładu masz sałatkę, mięso i ziemniaki. 
- W Italii nie - podkreśla. - Tu albo sałatka na talerzu albo pierwsze albo drugie. Jak można jeść pastę i sałatę?
- A jeśli ja lubię mieć zawsze górę sałaty z pomidorami, nie ważne co jem, to co mam zrobić? Lubię przegryzać czymś świeżym! Niektóre polskie przyzwyczajenia chyba raczej zachowam! Widzisz... a dla mnie jest kompletnym absurdem to, jak ty jesz tagliatelle z ragu'. Jak można coś takiego przegryzać chlebem? - odbijam piłeczkę.
- Od ojca się nauczyłem, on zawsze tak jadał. Pasta z ragu' obowiązkowo zawsze z chlebem.
- Ale jak można jeść mąkę z mąką?? - nie mogę się nadziwić. - Tak czy inaczej Tomek, który na początku tak narzekał na brak polskiego chleba, zaraził się od ciebie, bo teraz cokolwiek jemy on też musi mieć kawałek pieczywa. W każdym razie dla mnie makaron z chlebem jest nie do pojęcia! 



- Nie doprawiasz fasolki oliwą? - pyta Mario zdziwiony.
- Nie! Nie doprawiam.
- Dziwne!
- Posłuchaj w Polsce je się fasolkę z masłem i bułką tartą czego ja nie znosiłam od dziecka. Dlatego teraz jem samą, czystą, bez żadnych ulepszaczy. Kocham oliwę, kocham zieloną fasolkę, ale jem tak jak lubię. Fasolka prosto z wody!

- O truskawki!!! Teraz trochę cytryny, cukru i deser mamy nieziemski!
- Cytryny? Nawet truskawki musisz rujnować cytryną? Już się przyzwyczaiłam, że wszystko nią skrapiasz. Rozumiem stek, ryba, ale truskawki!
- Spróbuj.
- Pozostanę przy najlepszym letnim deserze. Truskawki ze śmietaną i cukrem!
- Ze śmietaną?
- Oj i makaron z truskawkami i śmietaną!
- Co???? Ale jak? 

I tak wyglądają czasem nasze rozmowy przy stole. Starcie dwóch kultur, podniebień wychowanych w różnych geografiach.
LIMONE to znaczy CYTRYNA
  

piątek, 23 maja 2014

Mikołaj rusza w drogę

Dziś Mikołaj pojechał na wycieczkę. Przejęty jak nigdy, już od bladego świtu stał w progach startowych. Mam nadzieję, że pogoda nie popsuje im zabawy, po pierwszych upałach dziś niebo zachmurzone, ale miejmy nadzieję, że nad Adriatykiem słońce przebije się przez chmury. Już pokazywałam gdzie Mikołaj się wybiera, ale jeszcze przypomnę, tym bardziej, że to może być ciekawa wakacyjna meta, jeśli ktoś wybiera się na włoskie wakacje z dziećmi - Oltremare
Ja oczywiście znów przez cały dzień będę siedzieć jak na szpilkach, ale taka rola matki kwoki!
Pytaliście mnie w komentarzach jak udała się Tomka wycieczka. Wybaczcie, ale jestem ostatnio trochę zabiegana i nieregularnie odpisuję. Tomek, jak już pisałam, pojechał do Miry, wrócił pełen wrażeń, przeszczęśliwy, a buzia mimo późnej pory mu się nie zamykała. Wysłuchaliśmy więc opowieści o zwodzonych mostach, o labiryncie, o starych willach, o rzece Brencie, o dzieciach z bliźniaczej szkoły i już sama nie wiem o czym jeszcze.
Mam nadzieję, że i Mikołaj wróci dziś tak samo rozemocjonowany i wybawiony.
Byłam ciekawa czym jadą dzieci w długą jak dla mnie podróż, czy tu też jest problem starych, niespełniających norm autokarów, wszak mieli do przejechania ponad 200 km. Ulżyło mi kiedy dowiedziałam się, że na tę okoliczność wypożyczyli busa od gminy, który każdego dnia rozwozi też szkolne dzieci do szkoły i ze szkoły. Przed wyruszeniem w drogę, nauczyciel przeszedł i sprawdził czy wszystkie dzieci mają zapięte pasy, czy plecaki są bezpiecznie umieszczone, zupełnie jak stewardesa przed startem samolotu. 
Mikołaj z pewnością wyruszył na wycieczkę większym autokarem, bo do Oltremare jadą dwie klasy, ale mam nadzieję, że i tu troska o bezpieczeństwo dzieci będzie taka sama. Wróci Paw, wszystko opowie!




A ja rzucam się w wir pracy, by zająć czymś myśli, tym bardziej, że jak mawia moja mama "roboty od ślepoty" (cokolwiek to znaczy)! Jutro czeka mnie chrzest bojowy w kwestii "kinderbalu", już mam tremę! Za to w niedzielę się zrelaksuję i mam nadzieję odpocznę, tym bardziej, że z racji wyborów do parlamentu europejskiego szkoła jest zamknięta jeszcze w poniedziałek (sic!):) 
Miłego oczekiwania na weekend! Dla nas będzie to kolejny długi weekend:)
SICUREZZA to znaczy BEZPIECZEŃSTWO.


Przyszła z Warszawy paczka prezentowa! Radość dziecka bezcenna! Dziękujemy:)

czwartek, 22 maja 2014

Ukryte jezioro


- A karpie ładne to gdzie tu można złowić?
- Poza tymi miejscami, które znasz, jest jeszcze jedno jezioro - opowiada Mario. - Trzeba zjechać w prawo z głównej drogi, przecinasz wzgórza, kierując się w stronę Modigliany. Dawno tam nie byłem, ale kiedy jeździłem sam jako młody chłopak, zawsze szybko uciekałem. Dziwnie tam jest. Tak dziko i ta dzikość sprawiała, że czułem się bardzo nieswojo. Jednak miejsce samo w sobie - na ryby idealne!


Środowe popołudnie, pierwszy upalny dzień. Do kolacji jeszcze trochę czasu, wsiadamy zatem do samochodu i jedziemy na krótką przejażdżkę, zobaczyć słynne dzikie jezioro. Wąska, początkowo asfaltowa droga pnie się w górę. Nigdy jeszcze nie widziałam naszej doliny z tej perspektywy. Zapach ginestre wdziera się do samochodu, brzęczą owady. Lato chyba już rozsiadło się wygodnie. 


Jedziemy i jedziemy ... 
- Jesteś pewien, że to ta droga?
- Tak tak, jeszcze trochę i będzie widać jeziorko!
- Jeziorko? Wcześniej jezioro, teraz już jeziorko? 
- Wiesz ja tu bylem .... lat temu, przez ten czas może jeszcze bardziej zarosło. 

Jesteśmy już na szczycie i za kolejnym zakrętem ukazuje nam się panorama sąsiedniej doliny. Zjeżdżamy teraz powoli w dół. Kamyki chrzęszczą pod kołami. 
- Trochę to daleko - mówi Paw.
- Mam nadzieję, że nie pomylił drogi. - odpowiadam. - Dobrze jedziemy? Daleko jeszcze?
- Powinno być już blisko. Wiesz nie jest to Garda czy Trasimeno, zwykłe "pozzo*".
- Pozzo????? Najpierw lago (jezioro), potem laghetto (jeziorko), a teraz już pozzo????
Mario się śmieje i sobie podśpiewuje.
- A może staremu Mario coś się przyśniło? - dodaje prowokacyjnie.
Przewracam oczami i modlę się, żeby to był tylko żart. 


Mijamy stary kościółek. Skąd on tutaj??? Uroczy, miniaturowy, ale jestem tak przejęta brakiem jeziorka, że nawet nie zatrzymuję się na zdjęcie. Na szczęście w końcu sto metrów dalej naszym oczom ukazuje się migająca między drzewami zielonkawa tafla!
- Jest!!!!

 

 
Rzeczywiście przedziwne, dzikie, zarośnięte, z konarami wyrastającymi z wody. Z pniem przewalonym, przypominającym potwora z Loch Ness. Paw się rozpromienia.
- Wiesz jakie tu muszą być ryby?!!
Wędkarze chodzą i oglądają jezioro z każdej strony, szukając dobrego zejścia. Dzieci rzucają kamyki do wody. Żaby dają ogłuszający koncert. Mogłabym tak stać i podziwiać godzinami, ale kolacji nikt za mnie nie przygotuje. Wystarczy zachwytów! Wracamy. Kierujemy się jednak dalej na przód - już bliżej stąd do Modigliany. 

 

Droga znów pnie się w górę, pobocze jest żółte od kwiatów, mijamy kamienne domostwa. Teraz muszę się zatrzymać. Są niezwykłe. Znów się wzruszam, bo zapach ginestre, bo kamienne domy, bo pola młodym, zielonkawym jeszcze zbożem falują, bo trzmiele bzyczą...



POZZO to znaczy STUDNIA, KAŁUŻA

środa, 21 maja 2014

W krainie czarów




- Na dziś wystarczy - przerywam brutalnie w połowie rozdziału wykończona ciężkim dniem. 
- Nie, nie! - protestują chłopcy.
- Dziś już nie dam rady, nie gniewajcie się!
- A co zrobi Maryla, kiedy dowie się, że Ania nie jest chłopcem? - pyta Tomek.
- Dowiesz się jutro!
- To w takim razie na obiad wracamy do domu i po jedzeniu nam poczytasz!
- Świetny pomysł!

Kiedy opowiadam jakie chłopcy zrobili postępy z językiem włoskim, niektórzy zarzucają mi, że zaniedbaliśmy język polski. Ale to nie tak. Języka włoskiego używają przez większą część dnia. W tej chwili mówią czysto i płynnie, nawet pisownia sprawia coraz mniej problemów. Pamiętam kiedy przynieśli ze szkolnej biblioteki pierwsze włoskie książki - po jednym zdaniu na stronę, ale radość ze zrozumienia była ogromna. Potem coraz bardziej zaawansowane lektury, aż w końcu doszli do swojego poziomu wiekowego. Mówią, że już nie robi im różnicy czy czytają po włosku czy po polsku, i w jednym, i w drugim zdarzają się dla nich słowa niezrozumiałe. Tak jak i dla mnie. 

Tomek kończy aktualnie Alice nel paese delle meraviglie (Alicja w Krainie Czarów), jest zachwycony. 
- Mamusiu, a jak po polsku będzie się nazywał Fintartaruga? 
- Nie wiem, nie lubiłam nigdy Alicji i nie pamiętam wszystkich postaci. - Przyznaję uczciwie. Na szczęście google jest nam pomocne! - Mam! To Niby Żółw albo Żółwiciel w innym tłumaczeniu. 
- A wiesz jak jest Kapelusznik po włosku? Cappellaio! 

Tomek zafascynowany jest literaturą gdzie fantazja styka się z rzeczywistością, dziwne stwory, nadprzyrodzone właściwości, wymyślone krainy, czyli zaprzeczenie mojego gustu literackiego, ale ja cieszę się z samego faktu, że gust literacki ma jasno sprecyzowany. Staram się trzymać równowagę pomiędzy włoskim i polskim czytaniem. Sami czytają raz w jednym, raz w drugim języku. I mimo tego, że już od dawna nie są maluchami, wciąż wszyscy kochamy tradycję wieczornego czytania. Będąc mamą dwóch chłopaków, nie sądziłam że moja rozsypująca się z nadmiaru używania "Ania..." zwróci czyjąś uwagę. A tu proszę... od wczoraj jesteśmy gośćmi na Zielonym Wzgórzu. Dla mnie to miła odmiana po mrocznym krajobrazie "Zwiadowców".

I jeszcze o pisowni - niestety samo czytanie po polsku nie wystarczyło, by nie uwstecznili się w polskiej pisowni. Pomijając już błędy ortograficzne, które sadzą nagminnie, to dochodzi jeszcze sam zapis - czyli włosko polska mieszanka wybuchowa. W swoim "diario" Mikołaj pod datą 17 maja napisał: COMPLEANNO, a pod spodem: UROGINY!!! (polskie słowo, włoski zapis). Potrzeba matką wynalazków.

MOSTRO to znaczy POTWÓR

wtorek, 20 maja 2014

Gdybym mogła...



Ostatni raz byliśmy na złotych łąkach zimą. To jedno z tych miejsc, które nie traci nic ze swego uroku ani w deszczu, ani we mgle. Nie mogłam się jednak doczekać, by jeden moich ukochanych zakątków zobaczyć w wiosennym rozkwicie. Zatem w ciepłe majowe popołudnie, kiedy dzieci były jeszcze w szkole, wzięliśmy aparat i we dwoje uciekliśmy w góry na krótki spacer. 


Złoto zniknęło, zamiast niego łąki ociekają soczystą zielenią. Spomiędzy traw przebijają połacie żółtych i liliowych kwiatów. Te drugie to oczywiście tymianek. 



Gdybym tak mogła tu zamieszkać. Całkowicie poza światem. Budzić się co rano i słuchać ciszy. Zawiesić linową huśtawkę na starym, samotnym dębie. Wyjść przed dom i iść przed siebie, dokądkolwiek nogi poniosą i nie spotkać żywej duszy, jedynie ślady wilka na ścieżce. Latem cieszyć się zapachem ginestre, dzikich róż i tymianku, a zimą mgłą i rosą czepiającą się złotych resztek. Gdybym tak mogła... 




Może jeszcze nie dziś, może nawet nie jutro i nie za tydzień, ale kiedyś znajdę swoją górę kamieni, która stanie się moim domem. Może to właśnie te rudery obok starego dębu, rozsypujące się, obrośnięte bluszczem i jeżynami, dziś jeszcze dla mnie niedostępne?
Ale przecież dziś nie trwa wiecznie... Kiedyś wszystko się uda... Kiedyś wszystko będzie...

QUERCIA to znaczy DĄB

Drukuj