piątek, 14 marca 2014

Niecodzienność...



Jak tylko chłód poranka zostaje przepędzony przez pierwsze promienie słoneczne, wkładamy buty i idziemy na piechotę do Marradi. Planujemy zajrzeć do Tiny i wybadać czy bardzo jest "zła" po ostatnich komentarzach Pawła na fejsbuku. Wyjaśnię w dwóch zdaniach. Kibice w Marradi są podzieleni pomiędzy Fiorentinę i Milan, Francesco w Palazzuolo kibicuje natomiast Juventusowi, kiedy więc rozgrywane są mecze w zależności od tego, kto gra Paweł wypisuje: forza Milan albo forza Fiorentina albo - o zgrozo - forza Juve! I za to forza Juve dostało mu się po łapach, bo to tutaj bardzo niepoprawne politycznie. Oczywiście wszyscy wiedzą, że dla Pawła to tylko żarty, ale jednak tu piłkę traktuje się na serio. Kiedy więc wchodzimy do baru, nim jeszcze drzwi zdążą zamknąć się za nami Tina pokazuje palcem wyjście i oświadcza, że tego klienta bar nie obsługuje! Rzecz jasna kończy się wszystko śmiechem, bo Tina lubi i umie żartować, nie przebierając przy tym w środkach.
- Co dziś szykujesz do jedzenia? - Pyta mnie. kiedy do filiżanki skapuje smoliste espresso.
- Dziś cannelloni z ricottą i szpinakiem, a wczoraj jedliśmy pastę z kremem ze szparagów. Musisz spróbować! A tak à propos podasz mi przepis na ten sos z kapusty i kiełbasy, który jedliśmy u ciebie? 
Tu Tina opowiada jak przygotować rzeczone danie, które urzekło nas na ostatniej, przygotowanej przez nią kolacji. Wymieniamy się przepisami, do dyskusji włącza się kobieta, która przy barze sączy aperitif a Tina śmieje się sama z siebie. 
- Tak to jest! Przyjechała taka Polka i uczy mnie gotować!
Plotkujemy jeszcze przez chwilę, a potem żegnamy się i wychodzimy. Zegar wybija południe i zaraz zamkną sklepy. Po drodze wymieniamy radosne "buon giorno!" niezliczoną ilość razy. 
Zatrzymujemy się w markecie po cannelloni i szpinak, a potem wolnym krokiem kierujemy się do domu. Kiedy mijamy kościół na Cardeto widzimy, że z naprzeciwka idzie Gianni. Gianni to ... hmm ... powiedzmy miejscowe indywiduum. Gianni idzie dziarskim krokiem w jednej ręce dzierży deskę jak tarczę w drugiej kij, którym wymachuje na wszystkie strony. Trochę czuję się niepewnie, ale Paw mówi, że on niegroźny, nawet jeśli wrażenie robi mało przyjacielskie. 
- Auf Wiedersehen! - rzuca mężczyzna kiedy nas mija. 
Pewnie myślami jest na wojnie, myślę sobie. Stąd to całe uzbrojenie. Po czym Gianni przystaje i pyta:
- Niemcy? 
- Nie, Polacy - odpowiadamy powstrzymując uśmiech. Kij w rękach Gianniego się zatrzymał, więc czuję się pewniej. 
- Signore - indaguje Gianni - to pana ten czarny samochód?
- No mój - potwierdza Paw. 
- A skąd on jest? Z Ameryki chyba?
- Amerykański, amerykański - przytakuje Paw.   
Oddalamy się powoli, tłumiąc śmiech, a brodacz na do widzenia życzy nam miłego dnia. Odpowiadamy tym samym i przyspieszamy kroku. Jednak po kilkudziesięciu metrach zachodzi nam drogę starsza pani z dzieckiem w wózku i wita nas wylewnie jak dobrych znajomych. Jesteśmy nieco zmieszani, bo akurat tej twarzy zupełnie nie kojarzymy. 
- Jak wam się tu mieszka? Stefania to taka wspaniała kobieta! Pracowałam kiedyś u jej ciotki, znam więc ten dom doskonale. Piękny, bardzo piękny. A pani to jak dziewczynka wygląda. Skąd wy jesteście? 
- Z Polski, z Warszawy. - odpowiadamy chórem.
- A z Polski... Papa buono!! - kobieta uśmiecha się jeszcze serdeczniej. - A gdzie pracujecie? Tu w Marradi to ciężko z pracą dla młodych!
Wymieniamy kilka pobieżnych uwag na temat sytuacji ekonomicznej Włoch i Polski.
- Zapraszam do mnie, przyjdźcie kiedyś mnie odwiedzić. Przygotuję coś dobrego do jedzenia! Ale pani to jak dziewczynka, naprawdę. Nie więcej niż 30 lat, prawda? 
Uśmiecham się najszerzej jak potrafię mile połechtana przez komplementy nieznajomej.
- Kiedyś może dziewczynka, teraz to już bliżej do 40-stki.
- Niemożliwe! Una bambina! Miłego dnia! Do zobaczenia! Wszystkiego dobrego!
- Wszystkiego dobrego!
Wymieniamy spojrzenia ogłupiali od wylewności i serdeczności nieznajomych. Jesteśmy pod domem, gdzie Sycylijczyk rozłożył się ze swoim straganem. Z daleka kuszą truskawki.
- Dziś miał mieć prawdziwe truskawki, od siebie z Sycylii. 
- Prawdziwe? - pytam sprzedawcę - słonce widziały? 
- No pewnie! Na Sycylii zaczynamy je zbierać już pod koniec lutego. Spróbuj! - zachęca.
- Nie, nie, daj spokój! Wierzę ci na słowo.
- Nie żartuj! Spróbuj!
Rzeczywiście! Truskawki! Najprawdziwsze, słodkie, pachnące ...
Za chwilę ich zapachem wypełnia się cały pokój.
Moja niecodzienna codzienność...

SZCZEROŚĆ to po włosku SINCERITÀ

1 komentarz:

  1. Ciekawe co na to "Truskawki w Milanówku"? ...Pozdrowienia znad zimnego Bałtyku! Danek

    OdpowiedzUsuń

Drukuj