środa, 19 lutego 2014

Szczyt tandety - czyli festiwalowo!


Nie mogę dziś nie napisać o pierwszym dniu festiwalu Sanremo 2014, który to rozpoczął się właśnie wczoraj. To co organizatorzy przygotowali w tym roku przeszło moje najśmielsze wyobrażenia, a może raczej powinnam napisać - było niewyobrażalne! Niewyobrażalnie tandetny popis talentów własnych - zarówno prowadzących jak i ich gości, a wszystko to w mdlącej atmosferze towarzystwa wzajemnej adoracji. 

Może zanim się rozpędzę z rewelacjami z wczorajszego wydarzenia, przyznam się, że do festiwalu  sentyment miałam od dziecka. Wtedy piosenki, które docierały stamtąd do Polski, były dla mnie odurzającym powiewem z innego, niezwykłego kraju. Wszystko było takie piękne! I ludzie i stroje i piosenki! Ale tak widziane było Sanremo oczami ośmiolatki z komunistycznego świata. Kiedy przyjechaliśmy na pierwsze zimowe ferie do Casaluccio złożyło się, że był to czas festiwalu. Spędziliśmy kilka wieczorów "bawiąc się" setnie, bo obecnie to festiwal wszystkiego, ale na pewno nie dobrej muzyki, choć zdarzają się oczywiście przeboje, których sława i popularność nie gaśnie przez lata. Tu wymieniać nie będę, bo coś mi się po głowie kołacze, że już kiedyś o tym pisałam. Wtedy też Mario mnie uprzedził - nic nikomu nie mów, że to oglądamy, bo ludzie nas wyśmieją.  
Miał rację - każdego roku, nim jeszcze zacznie się festiwal - już budzi wśród ludzi złe emocje. Powód? Tapla się po uszy w polityce, wydawane są na niego krocie, kiedy otwarcie mówi się o kryzysie, a piosenki, które są prezentowane często wołają o litość. W tym roku sensację już przed wzbudziła informacja o astronomicznej gaży, którą mieli zainkasować prowadzący. Wynagrodzenie za 5 dni pracy to setki tysięcy euro! Dość hojnie jak na kraj borykający się z poważnymi problemami!

I mamy wieczór 18 lutego, punktualnie o 20.30 rozsiadamy się na kanapie, czekając co też będzie się działo. Zaczyna się "ciekawie" od zaciętej kurtyny, która nie chce się otworzyć. Potem jest tylko "lepiej". W czasie wprowadzającego przemówienia konferansjera wysoko nad widownią dają się słyszeć krzyki. Dwóch desperatów grozi skokiem, jeśli prowadzący nie odczyta ich apelu na wizji! Żenada, cała sytuacja na odległość pachnie "ustawką". Po takich emocjach wkracza w kolorowym tańcu prowadząca, przebrana za strusia. Dowcipy sypią się jeden za drugim i tak mija pierwsza godzina, a jeszcze nawet jednej piosenki festiwalowej nie usłyszeliśmy. Zaczynamy się niecierpliwić. 

A sam konkurs wygląda tak - do wyścigu staje 14 wykonawców, w pierwszych dwóch dniach (w dwóch ratach - wczoraj siedmiu i dziś siedmiu) śpiewają po dwie piosenki i publiczność szybko telefonicznie/smsowo głosuje, która z nich przechodzi do konkursu. To co mogliśmy wysłuchać wczoraj... powiem kolokwialnie - rozłożyło nas na łopatki, ale o gustach ..... itd. 

Oczywiście już po pierwszych 10 minutach pojawiły się na FB wpisy i zdjęcia wyśmiewające, a internauci prześcigali się w ironicznych komentarzach. O! i tyle słów o "legendarnym" Sanremo'!

PIETOSO - to znaczy ŻAŁOSNY

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj