piątek, 28 lutego 2014

Przyszła maradyjska gwiazda piłki nożnej!



Kiedy w środę Paw odbierał Mikołaja ze szkoły, podszedł do nich trener piłki nożnej i zaprosił ich na trening. Pocztą pantoflową rozeszła się wieść, że nasz mały piłkarz chętnie dołączyłby do grupy i tak nie musieliśmy sami nigdzie chodzić i się dopytywać. Już po szkole, choć do spotkania była jeszcze godzina, Mikołaj założył dres, wyciągnął sportowe buty i tak zwarty i gotowy siedział przez pół godziny, krążył między drzwiami i zegarem. W końcu zlitowaliśmy się nad nim piętnaście minut przed czasem i poszliśmy do klubu sportowego, który jest zaledwie kilkaset metrów od naszego domu. O tyle to wygodne, że Mikołaj z czasem może biegać na treningi bez naszej asysty. 
Dwóch przesympatycznych trenerów natychmiast zaprosiło go do gry. Moimi wywodami wprowadzającymi nie byli bardzo zainteresowani - starszy z nich natychmiast przerwał mi opowieści ze szkółki warszawskiej, kwitując z uśmiechem - "oni się mają przede wszystkim dobrze bawić!" I racja!
"Wróćcie o 18.00." Tyle usłyszeliśmy na koniec - postaliśmy jeszcze chwilę jak zaczarowani, kiedy Mikołaj demonstrował swoje umiejętności i wróciliśmy do domu. 
Odebraliśmy go po skończonym treningu uszczęśliwionego do granic możliwości, jeszcze bardziej radosnego niż zwykle, buzia sama mu się śmiała, a policzki były czerwone z wysiłku i przejęcia!   
Bardzo się cieszę, że Mikołaj może kontynuować swoją przygodę z piłką w kraju, w którym sport ten otoczony jest prawdziwym kultem!  
I jeszcze dodam całkowicie nieobiektywnie - miałam okazję widzieć treningi warszawskie i teraz kawałek treningu maradyjskiego. I muszę stwierdzić, że jednak w Italii jest inne podejście do wszystkiego, do tego co się robi, do pasji i do dzieci. 
We wtorek następny trening!

TRENER to po włosku ALLENATORE

Warszawskie czasy
Forza Italia - w czasie euro 2012

czwartek, 27 lutego 2014

Bella gnocca!


Piękna kluska - czyli, jakkolwiek to zabrzmi - w Romanii to piękna dziewczyna, piękna kobieta! Piękna może nie jest tu odpowiednim słowem, ale powiedzmy, że sens jest taki:)
Każdy włoski region poszczycić się może swoimi okrzykami, jakimi raczone są kobiety na ulicy. Przytaczać ich tu nie będę, bo niektóre są na granicy cenzury, tudzież przyzwoitości. O wylewności Włochów w takich sytuacjach też już artykuł pojawił się na moim blogu, więc tym bardziej nie zamierzam rozwijać tematu;)


Dziś będzie o kluskach prawdziwych, czyli o włoskich "kopytkach". To przysmak, którego korzenie odnajdziemy na północy Italii. Najpopularniejsze to te z ziemniaków i takie też postanowiłam zaserwować rodzinie na wczorajszy obiad. Gnocchi to świetna baza do dobrego dania, możemy je podawać z najróżniejszymi sosami. Ja na szybko wyczarowałam "pomodoro" po mojemu z czosnkiem cebulką i odrobiną wędzonej pancetty.
Ich wykonanie jest banalnie proste. 
1 kg ziemniaków
300gr mąki
jajko 
sól
Ziemniaki gotujemy w mundurkach, potem obieramy i jeszcze ciepłe wyciskamy na wysypaną na stolnicę mąkę, zagniatamy lekko, dodajemy jajko i sól (ja dałam dwie łyżeczki). Wszystko wyrabiamy na gładkie ciasto. Potem tak jak przy kopytkach rolujemy wałeczki, kroimy i prążkujemy. Ja zrobiłam to widelcem, bo jeszcze nie mam odpowiedniej drewnianej płytki. Tak przygotowane kluseczki wrzucamy na wrzącą wodę i gotujemy do wypłynięcia. I tyle całej filozofii:)
Wyszły przepyszne, mięciutkie i delikatne. Na pewno będą pojawiać się częściej na naszym stole.



I jeszcze na koniec proszę Was, bardzo proszę - będąc w restauracji czy to w Polsce czy w Italii czy w jakimkolwiek zakątku świata nie zamawiajcie nigdy GNOCZI!!!! Gnocchi  wymawiamy - NIOKKI:) 
To na dziś tyle jeśli chodzi o kluski, ale do tematu jeszcze powrócę, bo niekoniecznie ziemniaki mogą być ich bazą. Zapisałam sobie kilka przepisów i w najbliższym czasie zamierzam je wypróbować! Między innymi gnocchi z marchewki, szpinaku czy dyni. 



Słówko na dziś jest oczywiste GNOCCO - czyli KLUSKA.

środa, 26 lutego 2014

Casa - chiesa



Setki razy pisałam tu o kamiennych domach, wypisując bez opamiętania egzaltowane zachwyty, bo widok kamiennej posiadłości na łagodnym wzgórzu to dla mnie coś absolutnie doskonałego. Wiele z tych domostw to prawdziwe muzea, nie ruszone od setek lat. Każdą ruderę odrestaurowuje się tu z pietyzmem, by zachować jak najwięcej detali z zamierzchłej epoki. Drewniana belka, stary zlew, wszystko traktowane jest jak dzieło sztuki. Przy większych, "bogatszych" posiadłościach stoją zazwyczaj prywatne kaplice, a te w środku skrywają nawet stare grobowce. 



Jednak niektóre z budynków są szczególnie ciekawe - to byłe kościoły. W wielu z nich urządzono bed&breakfast albo agriturismo, inne stały się prywatnymi domostwami, a jeszcze inne opuszczone, obrastają mchem. Są piękne i naprawdę stare. Ich wiek mierzony w setkach nikogo nie dziwi. W środku zachowały pierwotny urok. Kamienie, stare rzeźby, sufity ze zdobieniami, fragmenty malowideł zatarte przez czas  ... 




Kilka dni temu wybraliśmy się na wycieczkę szlakiem najbliższych casa - chiesa. Chciałam je dla Was sfotografować. Zdjęcia są czasem marnej jakości, bo złapane w drodze z samochodu, ale mimo to widać piękno i niepowtarzalny urok tych miejsc. 






W czasie jednego z ostatnich spacerów po Marradi odkryliśmy też zamkniętą na głucho kaplicę. Nasze miasteczko wciąż inspiruje, zachęca do poszukiwania, odsłania nowe twarze, raczy niesłyszanymi do tej pory historiami...

CAPPELLA to znaczy KAPLICA

wtorek, 25 lutego 2014

CIAO!


 
To nieformalne powitanie, jest chyba najbardziej popularnym włoskim słowem, znają je wszyscy na całym świecie. Słychać je wszędzie i w sklepie i na ulicy i w barze i w szkole i w urzędzie.
Tak witają się dzieci, młodzież i dorośli, starzy przyjaciele, matka z córką, mąż z żoną czy osoby całkiem nieznajome, nawet kiedy przypadkowo mijają się na drodze.
W Polsce nie przyszłoby mi do głowy powiedzieć do pani w piekarni, która być może jest w wieku mojej mamy - CIAO! Tu to normalne i ta bezpośredniość, nieformalność była jedną z pierwszych rzeczy, które w Italii mnie zachwyciły. Pisałam już, że dzieci z naszymi dużo starszymi znajomymi są "na ty", my też gdziekolwiek pojedziemy i poznajemy nowe osoby przechodzimy od razu do etapu "po imieniu" - nie ma pana Stasia i pani Krysi:) To też w dużej mierze przyczynia się do atmosfery bliskości, serdeczności, wszystko jak w jednej wielkiej rodzinie!
Muszę jednak przyznać, że wciąż jeszcze zaskakują mnie pewne sytuacje. Zaskakują w sensie jak najbardziej pozytywnym. Kiedy weszłam do klasy na indywidualny wywiad w czasie dnia otwartego. Nauczycielki przywitały mnie chóralnym CIAO! Odpowiedziałam tak samo, ale nadziwić się nie mogłam. Szybko się jednak zreflektowały, że ja z innego kraju, więc może nie uchodzi taka bezpośredniość. Pytaniem niemal retorycznym upewniły się: Bo my jesteśmy "per ty", prawda? 


Ujęło mnie to bardzo i żywo przytaknęłam, że owszem, że jak najbardziej!
To są niby drobiazgi, ale drobiazgi tak serdeczne, tak urocze i zniewalające, że z każdym dniem zakochuję się w tym kraju jeszcze bardziej.      

CIAO to znaczy oczywiście CZEŚĆ:)

poniedziałek, 24 lutego 2014

Nowy tydzień



To co miłe szybko się kończy ... Tak się zawsze mówi. Rzeczywiście wyczekiwany od tygodni weekend w końcu dobiegł końca i żal nam, bo to był naprawdę szczególny czas. Gościom dziękujemy - było wyjątkowo, ciepło, wesoło i tu epitety mogłabym mnożyć. Nie ma co jednak pisać psalmów i na samym dziękuję poprzestanę. 
Szczęśliwi byli dorośli i jeszcze bardziej szczęśliwe dzieci. Wybawione, wybiegane, długie kilometry przewędrowały. 
Pogoda poza porannym sobotnim kaprysem szybko zatarła złe wrażenia. Niedziela była piękna i choć rześka, to jednak prawdziwie wiosenna. Cieszę, się że mogliśmy komuś pokazać skrawek takiego naszego zwykłego, toskańskiego życia.



Przed nami ważny i dość stresujący tydzień. Oby wszystko poszło tak, jak pójść powinno. Nie chcemy już niemiłych niespodzianek, nie chciałabym nadwyrężać pokładów drzemiącego we mnie optymizmu, bo i ten pewnie kiedyś może się wyczerpać. Kto zatem dobrze nam życzy niech kciuki zaciśnie. Miłego tygodnia!!!

TYDZIEŃ to po włosku SETTIMANA!

niedziela, 23 lutego 2014

Pod górę


Droga...
Prosta, potem zakręt, potem serpentyna, jedna bardziej pokręcona od drugiej. Przez chwilę z górki, by za moment znów ostro się wspinać. Przy drodze cyprysy, żonkile, prymulki. W oddali domy kamienne, kwitnące czereśnie. 


Jedziemy z Przyjaciółmi do najmniejszego włoskiego wulkanu, chcę pokazać moje ostatnie odkrycia, ciekawostki warte uwagi i wtedy właśnie, kiedy śledzę umykający krajobraz za oknem, tak mi się o tej drodze po głowie kołacze i rozmyślam sobie, że to nasze życie równie pokręcone, trudności w nim nie brak, ale jeśli rozejrzeć się dookoła - piękno, które się roztacza jak okiem sięgnąć, koi nerwy, wynagradza wysiłek i trud. 



Tak naprawdę - życie to nie film, choć z drugiej strony mam wrażenie, że moje czasami nim jest. Niech ta droga będzie sobie trudna i pokręcona, może być kamienista, błotnista, niewygodna, ale jeśli na jej końcu znajduje się kamienny dom, znajdę w sobie siłę, cierpliwość i jeszcze więcej pokory. Czasem jestem zmęczona ciągłą wspinaczką, przestraszona czy dam radę, czy wytrzymam, ale potem przystaję, łapię kilka oddechów, uspokajam się, powraca optymizm. Nie zdradza się marzeń tylko dlatego, że droga do ich realizacji zwykle bywa trudna. 


 Zwykle jako jedno z pierwszych pada klasyczne pytanie, pytanie, które wciąż powtarza się w rozmowach telefonicznych, mailach: "Czy nie żałujecie?"
I tu z ręką na sercu i całą szczerością odpowiadamy - Nie żałujemy! 
Nigdy w ciągu tych minionych miesięcy, nawet w najtrudniejszych momentach, których nie brakowało, nigdy, przenigdy nie pojawiła się taka myśl. Jeśli czegoś żałujemy, to tylko tego, że tak długo zwlekaliśmy z decyzją, ale wierzę, że wszystko jest po coś ...



A dziś przed nami kolejny miły dzień. Dziś chciałabym pokazać Valburę i złote łąki Gamberaldi. Miejmy nadzieję, że pogoda będzie łaskawa!

FATICA - to znaczy WYSIŁEK, TRUD.

sobota, 22 lutego 2014

Goście, goście!




Nadszedł kolejny historyczny dla mnie moment. Pierwsi goście na emigracji! Oczywiście w Toskanii odwiedzało nas już wiele osób, ale to były czasy kiedy jeszcze my sami bywaliśmy tu tylko na wakacjach, urlopach. Teraz jest zupełnie inaczej. Goście przyjechali tak naprawdę do nas! Może pomyślicie, że to nic wielkiego, ale dla mnie to ważne i niezwykle miłe wydarzenie. Zawsze wyobrażałam sobie ten moment, jak to będzie, czym ich ugoszczę. Obmyślałam menu, miejsca i atrakcje, które chciałabym pokazać.  
Cały piątek spędziłam w kuchni na wymyślaniu dań. Mieszałam w garnkach, smażyłam, siekałam, miksowałam, podlewałam winem, zagniatałam ciasto. W domu zapachniało ragu', trippą, dyniową zupą, ciasteczkami z ricotty i grissini z rozmarynem. W przerwach między kulinarnymi szaleństwami, przygotowywałam łóżka, składałam ręczniczki, układałam w koszykach pomarańcze. Chciałabym, żeby czas spędzony pod moim dachem był czasem wyjątkowym i niezapomnianym. Chciałabym moim gościom podarować taką samą atmosferę jaka roztaczała się za każdym razem gdy sama przyjeżdżałam do Toskanii...



OSPITI - to znaczy oczywiście GOŚCIE:)

piątek, 21 lutego 2014

Kolory w deszczowy dzień



Pogoda naprawdę zwariowała, i choć jest ciepło to niestety przez większość dni pada deszcz. Rozpaczliwie brak wszystkim słońca! Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że przecież jestem w Italli - il paese del sole (kraj słońca) jak nazywane są Włochy.
Jednak upiorne pogodowo dni można pokolorować i upiększyć. Wystarczy tak niewiele... Chociażby świeże cytrusy, które przywozi miły chłopak z Basilicaty i sprzedaje pod naszym domem. Wybiegam w kapciach, biorę skrzynkę albo dwie mandarynek i pomarańczy, słodkich i pachnących, jeszcze z zielonymi listkami, sprzedawca podtyka mi pod nos też dorodne pomidory.
- Powąchaj jak pachną! - zachęca. - pochodzą z Sycylii, z Vittorii.
- Mmmm, rzeczywiście pachną "pomidorem"! - nie są woskowo - plastikowe jakie przywykłam jadać zimą w Polsce. 
W jednej ze skrzynek leżą karczochy. Bierzemy tylko cztery sztuki, a chłopak opowiada jak przyrządza je jego żona.
- Obierasz z wierzchnich płatków, tak samo jak przygotowujesz surowe na sałatkę, kroisz na ćwiartki i smażysz.
- I już? Bez niczego?
- Sól i oliwa, spróbuj są pyszne! 
Na koniec sprzedawca dorzuca nam gratis cytryny.
Uwielbiam takie zakupy... wszystko kolorowe, pachnące, prawdziwe i daleko chodzić nie trzeba. Nie muszę zamawiać przez internet, czekać miesiąc na paczkę, nie muszę zapisywać się do kooperatyw. Tyle dobrego za śmieszną cenę, za płotem!



I jeszcze w temacie kolorowania zimowego świata taka fotozagadka, co to jest?:)))

 

To nie jedyne, wypatrzone. Drzewa zaczynają kwitnąć na potęgę, magnolia jak tylko wyjdzie słońce obsypie się kwiatami, bo pąki już popękały. Zaraz będzie niesamowicie! 

CYTRUSY to po włosku AGRUMI

czwartek, 20 lutego 2014

Śniadanie po włosku.

 
To co Włosi jedzą na śniadanie nie jest tajemnicą nawet dla tych, którzy nigdy w Italii nie byli. Musi być kawa, najczęściej cappuccino, do tego ciasteczko, słodka bułeczka, pączek z kremem, rogalik z marmoladą itd... Zwykle na słodko, choć niektórzy (zdecydowana mniejszość) wybiorą słoną wersję - schiacciatę z mortadellą, tosta czy inne panino. Typowe przysmaki oczywiście różnią się w zależności od regionu. 
Ja sama jeszcze w Polsce już od lat wielu wierna byłam temu modelowi i nie raz wzdrygałam się patrząc na Pawła jedzącego jajecznicę, kiełbasę czy inne cuda. Moje gusta smakowe podzielał od zawsze Tomek, a Mikołaj plasował się gdzieś pomiędzy. Teraz kiedy jesteśmy już w Toskanii, słodkie śniadanie to norma. W weekend gdy czasu jest więcej wydziwiam na życzenie dzieci naleśniki i placki cudaczne, w tygodniu jest jednak bardziej monotonnie, tym bardziej, że chłopcy ledwie obudzeni, są wybredni i nie bardzo głodni. Dzielę się zatem moim nowym odkryciem: BISCOTTI ALLA RICOTTA! Przepyszne ciasteczka - miękkie, delikatne w smaku, nieprzyzwoicie łatwe i szybkie do zrobienia. Idealne do porannej caffe latte albo do pudełka z drugim śniadaniem. Ręczę, że jeśli raz spróbujecie, wejdą na stałe do jadłospisu:)  

Potrzebne będą:
ricotta 150 gr
cukier (ja wzięłam trzcinowy) 120 gr
miękkie masło 30 gr
1 jajko
szczypta soli
250 gram mąki (moja to grano tenero typu 00)
szczypta soli
2 łyżeczki proszku do pieczenia (ten tutaj jest lekko "waniliowy")



Ricottę, masło i cukier utrzeć mikserem na jednolitą masę, dodać jajko, szczyptę soli i dalej zmiksować. Do ciasta wsypać przesianą mąkę z proszkiem do pieczenia. Wymieszać łyżką. Moja masa wyszła dość zwarta, więc zgniotłam szybko rękami w jedno, a potem odrywałam po kawałeczku, w dłoniach formowałam kulkę wielkości orzecha włoskiego, lekko spłaszczałam i układałam na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Piekarnik nagrzać do 180 stopni i piec ciasteczka 20 min, do leciutkiego zezłocenia! Powinny być jaśniutkie!
Są obłędne, w smaku delikatnie śmietankowe, z zewnątrz chrupiące, a w środku mięciutkie. Ciasteczkowy ideał!!!

Jeśli masa wyjdzie Wam rzadsza formujcie ciasteczka przy pomocy dwóch łyżeczek.
Smacznego!

Jeszcze tylko dodam, że kiedy ja wyżywałam się kulinarnie za oknem szalała pierwsza wiosenna burza:)
SZCZYPTA to po włosku PIZZICO:)   


środa, 19 lutego 2014

Szczyt tandety - czyli festiwalowo!


Nie mogę dziś nie napisać o pierwszym dniu festiwalu Sanremo 2014, który to rozpoczął się właśnie wczoraj. To co organizatorzy przygotowali w tym roku przeszło moje najśmielsze wyobrażenia, a może raczej powinnam napisać - było niewyobrażalne! Niewyobrażalnie tandetny popis talentów własnych - zarówno prowadzących jak i ich gości, a wszystko to w mdlącej atmosferze towarzystwa wzajemnej adoracji. 

Może zanim się rozpędzę z rewelacjami z wczorajszego wydarzenia, przyznam się, że do festiwalu  sentyment miałam od dziecka. Wtedy piosenki, które docierały stamtąd do Polski, były dla mnie odurzającym powiewem z innego, niezwykłego kraju. Wszystko było takie piękne! I ludzie i stroje i piosenki! Ale tak widziane było Sanremo oczami ośmiolatki z komunistycznego świata. Kiedy przyjechaliśmy na pierwsze zimowe ferie do Casaluccio złożyło się, że był to czas festiwalu. Spędziliśmy kilka wieczorów "bawiąc się" setnie, bo obecnie to festiwal wszystkiego, ale na pewno nie dobrej muzyki, choć zdarzają się oczywiście przeboje, których sława i popularność nie gaśnie przez lata. Tu wymieniać nie będę, bo coś mi się po głowie kołacze, że już kiedyś o tym pisałam. Wtedy też Mario mnie uprzedził - nic nikomu nie mów, że to oglądamy, bo ludzie nas wyśmieją.  
Miał rację - każdego roku, nim jeszcze zacznie się festiwal - już budzi wśród ludzi złe emocje. Powód? Tapla się po uszy w polityce, wydawane są na niego krocie, kiedy otwarcie mówi się o kryzysie, a piosenki, które są prezentowane często wołają o litość. W tym roku sensację już przed wzbudziła informacja o astronomicznej gaży, którą mieli zainkasować prowadzący. Wynagrodzenie za 5 dni pracy to setki tysięcy euro! Dość hojnie jak na kraj borykający się z poważnymi problemami!

I mamy wieczór 18 lutego, punktualnie o 20.30 rozsiadamy się na kanapie, czekając co też będzie się działo. Zaczyna się "ciekawie" od zaciętej kurtyny, która nie chce się otworzyć. Potem jest tylko "lepiej". W czasie wprowadzającego przemówienia konferansjera wysoko nad widownią dają się słyszeć krzyki. Dwóch desperatów grozi skokiem, jeśli prowadzący nie odczyta ich apelu na wizji! Żenada, cała sytuacja na odległość pachnie "ustawką". Po takich emocjach wkracza w kolorowym tańcu prowadząca, przebrana za strusia. Dowcipy sypią się jeden za drugim i tak mija pierwsza godzina, a jeszcze nawet jednej piosenki festiwalowej nie usłyszeliśmy. Zaczynamy się niecierpliwić. 

A sam konkurs wygląda tak - do wyścigu staje 14 wykonawców, w pierwszych dwóch dniach (w dwóch ratach - wczoraj siedmiu i dziś siedmiu) śpiewają po dwie piosenki i publiczność szybko telefonicznie/smsowo głosuje, która z nich przechodzi do konkursu. To co mogliśmy wysłuchać wczoraj... powiem kolokwialnie - rozłożyło nas na łopatki, ale o gustach ..... itd. 

Oczywiście już po pierwszych 10 minutach pojawiły się na FB wpisy i zdjęcia wyśmiewające, a internauci prześcigali się w ironicznych komentarzach. O! i tyle słów o "legendarnym" Sanremo'!

PIETOSO - to znaczy ŻAŁOSNY

wtorek, 18 lutego 2014

Anonimowość

 
Anonimowość.
Tu nie istnieje. Każdy jest czyimś wujkiem, mężem, córką, bratową. Wszyscy się tu znają i wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą. Kiedyś pewnie by mi to przeszkadzało, teraz daje mi poczucie przynależności do miejsca, a nawet poczucie bezpieczeństwa. 

Pewnego dnia idziemy na spacer po miasteczku, przystajemy przy kolorowym straganie z kwiatami. Przyglądam się rzędowi doniczek z ziołami, niezdecydowana, a wtedy wychodzi sprzedawczyni i nas zagaduje:
- Proszę pytać, jeśli mogę w czymś pomóc.
- Dziękuję.
Po chwili:
- Jesteście rodzicami Nicoli?
- Taaak. - odpowiadam pytająco.
- A ja jestem babcią Leonardo. 
- Oooo. Miło nam!
- Leonardo ciągle mówi o swoim nowym koledze. Pewnej niedzieli zaprosiłam go do siebie, a on mi odpowiedział - "nonna nie mam czasu, idę do Nicoli".
- Tak, rzeczywiście, był u nas.
Wybieram dorodną roślinkę oregano i wchodzimy do środka sklepu, żeby zapłacić. Za kasą stoi starsza pani.
- Mamo, wiesz kim są ci państwo? To rodzice Nicoli, przyjaciela Leonardo.
Witamy się ze starszą panią, która uśmiecha się do nas serdecznie. 




 
Tu oczywiście padają klasyczne pytania - jak się czujemy w Marradi, jak nam się mieszka ecc...
- Mamo, a wiesz gdzie mieszkają? W domu Stefanii!
- Naprawdę? To taki piękny dom ... A wiecie państwo kim ja jestem? - zagaduje nas staruszka.
- ? 
- Jestem siostrą mamy Stefanii, czyli Stefanii ciocią. 
- Naprawdę?
- Oj, to małe miasteczko - wtrąca się z uśmiechem babcia Leonardo. Tu się wszyscy znają. 
Płacimy i wychodzimy, a za plecami kobiety wymieniają miłe uwagi na nasz temat.  




I tak tu jest... związki, układy, koligacje. Nic się nie ukryje. A my? Wciąż wzbudzamy emocje, pozytywne emocje, ciekawość ludzi jeszcze nie wygasła.
Miasteczek podobnych do Marradi są we Włoszech setki, ale to ludzie sprawili, że przylgnęłam do tego miejsca całym sercem ...

 Słówko na dziś: APPARTENERE czyli NALEŻEĆ.      

poniedziałek, 17 lutego 2014

Kili wrócił "do domu"!


No może nie dokładnie tak, ale jak to brzmi!!! 
Historię naszych gęsi pewnie większość pamięta. Tu wyjaśnienie, gdyby ktoś zaglądał od niedawna i nie wiedział o czym mowa. 
Od tamtego wrześniowego dnia wiele się zmieniło. Kili po trudnych początkach, ukrywaniu się pod mostem, trzymaniu na uboczu i nieudanych próbach znalezienia nowych przyjaciół, w końcu zadomowił się wśród stada szarych gęsi na niedalekim odcinku rzeki. Widywaliśmy go często - śpiącego na brzegu, pływającego, a kilka razy nawet w locie, kiedy przewodniczył stadu. Bardzo szybko o nas zapomniał i już po kilku dniach samodzielnego życia przestał reagować na nasze zawołania. Było nam trochę przykro, ale najważniejsze, że odnalazł się w nowym miejscu, wśród nowych towarzyszy.



Myśliwi, którzy w listopadzie ruszyli w góry na polowanie, rozwiązali też zagadkę zaginięcia drugiej gęsi. Niestety potwierdził się pierwszy scenariusz, że jakiś drapieżnik porwał ją i "rozparcelował" daleko od domu. Swoją drogą imponujący dystans pokonało to coś wlokąc w zębach gęś i nie gubiąc po drodze żadnego pióra.


W sobotni poranek kiedy stałam nad kuchnią i smażyłam naleśniki, usłyszałam za oknem gęganie. Pod nasz dom przypłynął Kili wraz ze swoją kompanią, natychmiast wyciągnęliśmy stary chleb, który trzymamy zawsze dla kaczek i nakarmiliśmy naszego "syna marnotrawnego". Pomyślicie, że to taka bzdura, takie nic, ale nawet dla mnie ignoranta w kwestii zwierząt, to był bardzo wzruszający moment.  

OCA - to znaczy GĘŚ

niedziela, 16 lutego 2014

Wiosna, wiosna! Wiosna, ach to ty!


W sobotnie południe idziemy na poszukiwanie bardziej dosłownych oznak wiosny. Niby sporo jeszcze szarości w krajobrazie, mimo optymistycznych prognoz, słońca nie za wiele, jednak termometr pokazuje 16 stopni. Dzieci biegają w bluzach i jakoś mi tak dziwnie, wszak to połowa lutego!
- Zapnij się! - mówię do Mikołaja. 
- Nie zimno ci? - pytam Tomka co dwa kroki.
Matka wariatka! Finał taki, że Mikołaj kończy spacer w bluzie ale i w czapce na głowie, bo włosy mokre od potu. Po co mu była czapka przy 16 stopniach??? O ja głupia!


Oto i ona - wiosna najprawdziwsza, wybucha prymulkami, mami żonkilami, uwodzi nieśmiało fiołkami. Pączki kwiatów magnolii jakby były na wdechu, jakby kwiatową eksplozję ze wszystkich sił powstrzymywały.


Tego mi w Polsce brakowało, o to się boczyłam, foszyłam, nadwyrężając mocno cierpliwość i pobłażliwość Mario. Ileż razy pisał - "czy ja ci nawet o słońcu i cieple nie mogę opowiedzieć? Czy to moja wina, że u ciebie w marcu jest jeszcze śnieżnie, zimowo?"
Oczywiście nie była to wina Mario, ani nikogo innego, ale klimat Polski doskwierał mi z każdym rokiem coraz bardziej ...
Teraz mam to na co czekałam, cieszę się pierwszymi kwiatami już w połowie lutego!

NIEŚMIAŁY to po włosku TIMIDO 

sobota, 15 lutego 2014

Ja i ziemia


W Warszawie wiodłam typowe życie mieszczucha. Ceniłam sobie bardzo mieszkanie w przytulnym "apartamencie", wśród ludzi, anonimowo. Było mi dobrze i wtedy za nic nie zamieniłabym tego na mieszkanie w domu. Z podziwem patrzyłam na znajomych, którzy uciekali za miasto do własnej ziemi, do natury i w myślach powtarzałam - ja to nigdy w życiu!

Wszystko się jednak w życiu zmienia. Po kilku latach pomieszkiwania w Casaluccio zrozumiałam, że do szczęścia jest mi potrzebny kawałek ziemi. Nagle zaczęło mnie uwierać w Warszawie niemal wszystko: anonimowość, wszechobecny tłum, domy z betonu, wieczny hałas i smród powietrza. Cztery ściany zaczęły mnie ograniczać, a poczucie bezpieczeństwa gdzieś się rozmyło.
Ciąg dalszy historii zna każdy, kto czyta Dom z kamienia ...     



Teraz jestem tu, jeszcze nie w kamiennym domu i jeszcze nie w moim własnym, ale już jak u siebie, we właściwym miejscu. 
- To taki piękny dom - mówią zgodnie miejscowi. Wszyscy go znają i podziwiają i życzą, by żyło nam się tu szczęśliwie. 
Mam wrażenie, że już go oswoiliśmy. Umiem poruszać się po nim w ciemności, wiem które okno źle się zamyka i które drzwi skrzypią, znam jego hałasy i zapach ... Właścicielka przy każdej rozmowie, przypomina mi jak bardzo jest szczęśliwa, że tu zamieszkaliśmy. Tyle w tym emocji, takie to włoskie, tu nie było śladu bezdusznej transakcji.  
Odkrywam uroki życia w domu, tyle radości daje mi każda posadzona w ogródku cebulka, sprzątanie tarasu, otworzenie drzwi na oścież, by do środka wpadło słońce. I choć obecny dom ma zaledwie namiastkę ogródka w porównaniu do niezmierzonych połaci Casaluccio, to wiem, że będzie to za chwilę najbardziej dopieszczona "namiastka" w okolicy.
Znów kładę w progu na schodach poduszkę, biorę notes i książkę, znów jestem w swoim świecie. Z mostu macha do mnie Tomek, który idzie sam do parku. Chłopcy też odzyskali wolność...

"Tu jest mój dom" ... zadziwiające, ale kiedy wpisać taką frazę w google, mój blog wyskakuje jako drugi link, zaraz po przeboju z "jutuba". Tu jest mój dom... bez cienia wątpliwości...

słówko na dziś to GIARDINO - OGRÓD

piątek, 14 lutego 2014

San Valentino

 
Walentynki to drugie obok halloween "święto", którego nie czuję, kompletnie nie moje. Poza drobnymi gestami pół żartem pół serio - jak chociażby serduszko narysowane nutellą na śniadaniowych talerzykach - nie zwracam na nie uwagi. Będę banalna i powiem, że walentynki powinny być przez cały rok!
Włochów podejście do tego dnia jest takie jak Polaków. Również tu jak i przy halloween, jedni ignorują - chyba większa część, inni się emocjonują, a jeszcze inni wykorzystują ten dzień czysto marketingowo. 
Miejscowe restauracje wywieszają ogłoszenia o "specjalnych kolacjach", tu i tam na witrynie dynda serduszko, ale jednak bez przesady, bez rażącej w oczy tandety i przesłodzonych gadżetów. Gdybym zapomniała, że dziś "14 lutego", to na pewno miasteczko by mi o tym nie przypomniało! I dobrze!
Tu o wiele więcej uwagi przykłada się do regionalnych fest i wydarzeń, wtedy dopiero marradyjczycy czują się w obowiązku uczestniczyć, przygotować, zaangażować. Do nocy czarownic, niedziel kasztanowych, czy bożonarodzeniowych targów przygotowania trwają całymi tygodniami! 


Tak czy inaczej nie wtrącam się w zabawę dzieci. Przygotowali na dziś jakieś drobiazgi, Tomek swoje rysunki na zamówienie kopiował. Mikołaj dodatkowo szykował niespodziankę dla swojej Maestry, która dziś świętuje urodziny. Niech się bawią! 

Tym, którzy dali się ponieść atmosferze dnia zakochanych mówię - DOBREGO SAN VALENTINO, a ignorantom tak jak ja - życzę DOBREGO PIĄTKU!

PARTECIPARE to znaczy UCZESTNICZYĆ

czwartek, 13 lutego 2014

Semestralne świadectwa!


Dziećmi się dawno nie chwaliłam i dziś będę, bo i okazja ku temu szczególna!
Wczoraj odebrałam w szkole oceny semestralne. Ha! Zdjęć ocen umieszczać nie będę, musicie uwierzyć mi na słowo. Nie mogę ich aż tak odzierać z prywatności. 
Panie nauczycielki od razu zastrzegły, żeby ocenami się nie sugerować, bo ...
Po pierwsze chłopcy zostali ocenieni tak jak i pozostałe dzieci, bez żadnej taryfy ulgowej. Tomka nauczycielka przyznała też, że na semestr raczej oceny zaniża, niż podciąga, żeby dzieci w ciągu roku nie osiadły na laurach i na 10 z włoskiego czy matematyki, to trzeba być geniuszem żeby zasłużyć. Moja pani od historii w liceum też kiedyś tak mówiła:)
Po drugie, ocena semestralna, to ocena za całe półrocze. Gdyby się opierać na dwóch ostatnich miesiącach, byłaby wyższa. Wiadomo, że dzieci we wrześniu po włosku nie mówiły zbyt wiele. 
Tak czy inaczej jestem dumna, bo rzuceni na głęboką wodę - osiągnęli średnią ponad 8 - polska 4! To ogromny sukces!

Oprócz ocen usłyszałam całą litanię pochwał i znów paradowałam dumna jak paw - no bo jak tu się nie puszyć, kiedy Pani mówi, że jeszcze nie mieli dzieci obcokrajowców, które w tak krótkim czasie z poziomu - umówmy się "prawie zero" - zrobiły taki skok. Nauczycielka Tomka w końcu "oderwała" go od "dziecka przewodnika", które było mu pomocą. Stwierdziła, że jeśli rzuca na stołówce dowcipami jak z rękawa, jakby włoski był jego "lingua madre", to chyba mu już tłumacz niepotrzebny. Pierwszy test z matematyki pisał więc zdany tylko na siebie - skończył jako pierwszy. Pani nie dowierzała! Zapytała z niepokojem - czy na pewno wszystko zrobił, bo żadne z włoskich dzieci jeszcze nie skończyło. Okazało się - że w istocie Tomek uporał się ekspresowo z zadaniami i co ważniejsze zrobił je bezbłędnie!

Nadzwyczajne sukcesy matematyczne ma na koncie również Mikołaj, jego nauczycielka z przejęciem opowiadała jak genialnie poradził sobie z wyjątkowo trudnym zadaniem, za co został nagrodzony 10 z czterema plusami. A przypominam, że na początku roku musiał zmierzyć się z różnicą programową. Podkreślałam już wiele razy, że tu matematyczny program jest dużo bardziej zaawansowany niż w Polsce. 

Oczywiście były też ogólne pochwały, że tacy mili, grzeczni, lubiani przez wszystkich, że tyle czytają, że tak pięknie już mówią po włosku.. i ach i och! 
I nareszcie udało nam się przekonać Mikołaja do klubu piłkarskiego. Na początku szkoły nie czuł się pewnie i porzucił jedną ze swoich największych pasji. Jeśli sam zdecydował, że chce zasilić szeregi maradyjskiej drużyny, to ewidentnie oznacza to, że już czuje się jak w domu ... 



Ważniejsze niż oceny, średnie i temu podobne, jest jednak to, że dzieci do szkoły biegną jak na skrzydłach! Ich szczęście jest dla mnie czymś najpiękniejszym, co mogę dostać od życia...

ESSERE FIERO - BYĆ DUMNYM, SZCZYCIĆ SIĘ


Drukuj