czwartek, 2 stycznia 2014

O zabawie, fajerwerkach i tradycji:)

 


Nie mogę być Polką i nie wygłosić słynnej formuły: święta, święta i po świętach:)) U nas wprawdzie wciąż trwają ferie, więc jeszcze przez kilka dni żyjemy wolniejszym rytmem i bardzo mnie to cieszy, bo po świętach, sylwestrach, i innych takich, nawet jeśli było miło i wesoło, to każdego w końcu dopada zmęczenie. Poza tym już styczeń w kalendarzu, więc najchętniej wyeksmitowałabym z domu choinkę, ściągnęła lampki i z radością czekała na wiosnę. Nim jednak zacznę wypatrywać pączków na drzewach, słów kilka o naszym pierwszym toskańsko - domowym sylwestrze i o tradycjach - starych i nowych. 



31 grudnia o poranku otworzyliśmy w końcu nasz magiczny słoik, każdy losował karteczkę i odczytywaliśmy na głos zapiski miłych chwil z ostatniego roku. Śmiechu i wzruszeń było przy tym wiele. Myślę, że teraz, kiedy wszyscy zrozumieli o co tak naprawdę chodzi, będą wrzucać karteczki tym chętniej. Wygląda na to, że narodziła nam się nowa rodzinna tradycja! :) 

 





Na sylwestrową zabawę zapowiedziała się trójka znajomych. Każdy wniósł coś od siebie, jeden wino, inny potrawkę z dzika po toskańsku, a jeszcze ktoś karaoke. Z takim zapleczem zabawa nie mogła się nie udać. Do dzika oczywiście panowie "skręcili"polentę, ale tu dłużej rozpisywać się nie będę, bo o polencie będzie innym razem bardziej szczegółowo. Tak czy inaczej, stół jak z zwykle zastawiony był po królewsku. Po jedzeniu były tańce i śpiewy, atmosfera iście sylwestrowa, to się nazywa szampańska zabawa!



 




Dzieci po raz pierwszy dotrwały do północy!  Nie mogły przegapić pokazu fajerwerków, który co roku organizuje nasza nowa sąsiadka. Już wcześniej wszyscy nas zapewniali, że w sylwestra będziemy mieć spektakl przed domem na miarę Sydney. Mimo tych opowieści, nie przypuszczałam, że to będzie AŻ tak widowiskowe. Jak się okazuje, żona i córka naszego znajomego, które mieszkają właśnie na przeciwko, przez cały rok każdego centa odkładają na fajerwerki. Kiedy usłyszałam jaką sumę w tym roku mogły "puścić z dymem", aż mi się nogi ugięły. Tak czy inaczej my mieliśmy atrakcję na światowym poziomie! Chłopcy poszli spać z wypiekami na twarzy. 


1 stycznia, oczywiście tak jak w ostatnich latach - to też już nasza rodzinna tradycja - pojechaliśmy na spacer nad morze. Zgarnęliśmy do plecaka to co zostało po nocnej zabawie i zrobiliśmy sobie ucztę na falochronie. Morze było gładziutkie i spokojne, delikatnie falowało, jak płachta atłasu. Słońce oślepiające, cisza i spokój, cudownie ...   

 





W Italii, od zawsze było w zwyczaju w Nowy Rok jeść poza domem, jednak kryzys ostatnich lat zaburzył tę tradycję. Kiedy Mario zaprosił nas na noworoczną pizzę, przekrzykiwaliśmy się, które miejsce wybrać. Jednak szybko pozbyliśmy się dylematu, kiedy okazało się, że niemal wszystkie lokale w okolicy są pozamykane. Pozostał nam jedynie dworcowy bar:) Ale jak już kiedyś pisałam, pizza jest tu przepyszna, więc nie było nam przykro. Dotlenieni morskim powietrzem zjedliśmy z apetytem, wypiliśmy jeszcze po kieliszku prosecco i z poczuciem wspaniale spędzonego dnia, pełni optymizmu i wiary, że przed nami DOBRY ROK, wróciliśmy do domu.   
    

Słówko na dziś to GENNAIO czyli STYCZEŃ:)

3 komentarze:

  1. Zgapiam pomysł ze słoikiem :-)) magoska_

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetna to nowa świecka tradycja:) Odgapię:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Słoik rewelacyjny! Lepszy niż pisanie w zeszycie. Też papuguję ;-)
    Piękny mieliście początek roku. Oby cały był tak wyjątkowy :-)

    OdpowiedzUsuń

Drukuj