niedziela, 19 stycznia 2014

Niedoszły maratończyk



Kilka lat temu zaczęłam intensywnie przygotowywać się do startu w maratonie. Już tu o tym wspominałam, ale na pewno nie wszyscy śledzą mojego bloga od początku, zatem kilka słów wprowadzenia. Bieganie stało się moją pasją, odstresowywaczem, relaksem, wyzwaniem, próbą sił. Całym sercem wierzyłam w to, że konsekwencja i ciężka praca zaprowadzą mnie na metę legendarnego biegu. Niestety moje kolano się zbuntowało i zaczęło bezczelnie bojkotować moje marzenie.
Po lekarskich oględzinach okazało się, że mam zrezygnować z tego co daje mi tyle przyjemności: bieganie i tenis. Bieganie zastąpiła więc gimnastyka i spokojny marsz. Kiedy jeszcze mieszkałam w Warszawie, musiałam najpierw wsiąść w samochód, by znaleźć się w miejscu przyjaznym biegaczom. Jeździłam do Parku Skaryszewskiego albo do Łazienek, bo park, który miałam pod domem, był bardziej psią toaletą, niż miejscem dla ludzi. Różnie więc z tym moim biego - marszem bywało.
Marzyłam ... jakby to było gdybym mieszkała w Marradi i malownicze, spokojne ścieżki miała na wyciągnięcie buta. Na pewno każdego dnia "zaliczałabym" długie kilometry! Oczywiście przeprowadzka i cala ta nasza życiowa rewolucja plus zwykłe problemy sprawiły, że myślałam o wszystkim, ale nie o dbaniu o formę. Ostatnio jednak, trochę dzięki Pawłowi wróciłam do swoich starych, dobrych przyzwyczajeń.  A to było tak:



Kilka dni temu Paweł odwiózł dzieci do szkoły i przepadł. Zaniepokojona sięgnęłam po telefon, a tam sms - "Poszedłem pobiegać!" Pomyślałam, że świat się kończy, bo Paweł i bieganie to ... hm:) Kto zna Pawła - ten wie co mam na myśli:) A jednak! Okazało się, że lata mojego gadania w końcu na coś się zdały. Paweł obudził wreszcie w sobie chęć zbudowania jako takiej formy! Początkowo pomyślałam, że to jednodniowy zryw, ale następnego dnia jego zapał nie ostygł, postanowiłam więc dotrzymać mu kroku.



Pogoda nam nie sprzyjała, a jednak poranek był fantastyczny! Starałam się nie pamiętać o moim wadliwym kolanie, skakałam jak kozica nie mogąc się nacieszyć byciem znów na biegowej ścieżce.
Przebiegłam dystans około szesnastu kilometrów, z czego większość pod górę, ale niestety w końcówce, kontuzja się odezwała. Tak czy inaczej bardzo byłam z siebie dumna. Kolejnego dnia musiałam więc poprzestać na marszu.
Paweł się nie poddaje - co cieszy mnie najbardziej, a ja mam jeszcze większą motywację i przede wszystkim towarzystwo. 
Oczywiście na drodze nie byliśmy jedynymi dbającymi o formę, mimo, że wybraliśmy mało uczęszczaną trasę, a dzień był mglisty i nastrajał bardziej do siedzenia w domu. Co jakiś czas mijane osoby rzucały radosne buon giorno!



Pomijając sam ruch... takie poranki mają o wiele więcej zalet. Można na spokojnie porozmawiać i pobyć ze sobą. Można podziwiać krajobraz, który zwykle mija za oknami samochodu, można odkryć nowe miejsca, można się wyciszyć i naładować akumulatory na cały dzień!

ESSERE IN FORMA to znaczy BYĆ W FORMIE!

Zdjęcia oczywiście z telefonu, czyli jakość taka jak widać:))

2 komentarze:

  1. Prawie poczułam zapach chłodnego, wilgotnego powierza wdychanego całymi płucami. Czasem wyciągam moją mamę na bieganie ale cóż runda dookoła osiedla to nie to samo co taka fajna trasa :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Dokładnie tak bylo wilgotne powietrze:) Ale nie tak bardzo chlodne jak na styczeń. Zdjęcia zrobione są zaraz po 8.00 rano i oczywiście na pewnej wysokości, bo przecież mieszkamy w górach, może niezbyt wysokich, ale zawsze!

    OdpowiedzUsuń

Drukuj