piątek, 31 stycznia 2014

I giorni della merla



Okazuje się, że nawet banalna rozmowa o pogodzie może być niezwykle interesująca i wzbogacić moją wiedzę o Italii o nowe historie. Kiedy to w wieczornych wiadomościach pokazywano zimowe obrazki z północnych Włoch, Mario skomentował:
- I giorni della merla!
- Co takiego? - zapytałam.
- Nie znasz tej historii? No to ci opowiem.
Legenda o kosie znana jest w całych Włoszech, może się nieco różnić w zależności od regionu. W Romanii mówi się o białym kosie, a dokładnie o samicy, która to w styczniu poczuła już pierwsze ciepło i myśląc, że nadeszła wiosna, wyfrunęła z gniazda. A wtedy złośliwa zima skuła świat lodem. Przestraszony ptak by się ratować schronił się w dymiącym kominie. Po trzech dniach zima odpuściła. Kiedy kos wyfrunął z komina był cały czarny. Mówi się, że od tego dnia wszystkie kosy są ciemne, a ostatnie trzy dni stycznia są uznane za najzimniejsze dni w roku. 29, 30 i 31 stycznia nazywane są - i giorni della merla - dniami kosa. 

Od dwóch dni w Toskanii leje niemiłosiernie. Rzeka pod oknami aż huczy, wartki nurt niesie wielkie pnie, burzy się burą wodą, ale nie jest wcale tak zimno. Od południa nadciąga scirocco, znów powróci łagodniejsza aura. Mam nadzieję, że kiedy po tych kilku dniach pogodowej zawieruchy wyjdę wreszcie z domu i oderwę się od mojego kominka nie podzielę losu białego kosa i wciąż będę blondynką:)  




Dziękuję Wam za dotychczasowe głosy!
sms można wysyłać do 6 lutego pod nr 7122, treść A00062, koszt 1,23 pln.

MERLO to znaczy KOS

czwartek, 30 stycznia 2014

Blog roku

W kwietniu miną dwa lata odkąd zaczęłam przygodę z blogowaniem. Niby to nie tak długo, ale jednak tyle się wydarzyło. Rok temu pierwszy raz spróbowałam swoich sił w konkursie na BLOG ROKU. Sromotna klęska:) A może nie powinnam tak mówić, bo nawet jeśli przybył mi tylko jeden wierny czytelnik, to już powinnam potraktować to jako sukces? To Wy, kiedy skrzydła opadają motywujecie mnie do pisania. Po drodze było wiele zakrętów i stromych podejść, tak jak i teraz. Staram, się zawsze mimo wszystko zachować uśmiech i optymizm, ale nawet mnie zdarzają się chwile załamania. Czasem życie tak nam się plącze, że już przestajemy widzieć cień nadziei i zaczynamy myśleć o sobie " ja to mam pecha". Nic gorszego!  Jeśli rzeczywiście zaczniemy w to wierzyć, to już marne szanse na jakikolwiek sukces. Nie wiem czy piszę to do Was czy bardziej do samej siebie... Komentarze na blogu i facebooku w ostatnich dniach - wzruszały mnie do łez.
Piszecie często, że przywracam Wam wiarę w marzenia, a ja zatem napiszę, że to Wy przywracacie mi wiarę w samą siebie. 
O godzinie 15.00 rusza smsowe głosowanie. Kiepska jestem z promowania samej siebie i agitowanie we własnej sprawie jest sprzeczne z moją naturą. Ale z drugiej strony chcę być konsekwentna, skoro  już zgłosiłam Dom z kamienia do konkursu, to każdy głos będzie dla mnie wyróżnieniem ... I już dziś za każdy jeden bardzo Wam dziękuję!

treść sms A00062 na numer 7122 (koszt sms-a to 1.23zł)

GŁOSOWAĆ to po włosku VOTARE

środa, 29 stycznia 2014

Nad rzeką Campigno


W ostatnich dniach, kiedy to w Polsce zima zaczęła dokazywać na całego, tu w Toskanii zapanowała niemal wiosenna aura. W weekend było słonecznie i ciepło. Mówiąc ciepło nie mam oczywiście na myśli płomieni na moim dachu:) Trochę gorzej działo się w Romanii albo w Ligurii, północna część kraju zakopana pod śniegiem, ale u nas było naprawdę miło.



Niestety od wczoraj nawet w Toskanii nie było już śladu słońca, ale przynajmniej sobotni spacer udał się znakomicie. Chłopcy byli uszczęśliwieni odkryciem kolejnego zakątka. Tym razem wybraliśmy się nad rzekę Campigno, która pod naszymi oknami łączy się z Lamone. Nie ruszyliśmy nawet samochodu, bo miejsce, które wypatrzyliśmy z drogi podczas jednego z porannych biegów, to zaledwie kilometr od naszego domu. 

 
 

Kiedy w sobotę postanowiliśmy  pokazać je dzieciom, dotarcie do niego wcale nie okazało się takie łatwe, choć palcem mogliśmy precyzyjnie pokazać gdzie się znajduje. Najpierw pomyliliśmy drogę i musieliśmy się cofnąć, potem znów kręciliśmy się w te i we wte bez przekonania, którą to ścieżkę powinniśmy obrać, a w końcu zeszliśmy ze szlaku i trochę na ślepo przedarliśmy się przez suche badyle ginestre i ciernie. Oto zalety zimy, latem nie odważyłabym się stawiać stopy w takie chaszcze, bo licho nie śpi! 



W końcu dotarliśmy na miejsce. Rzeka zakręca tu dwa razy niemal pod kątem prostym, tworząc literę "S". Po jednej stronie jest skalista, pionowa ściana, wysoka na kilka metrów. Z drugiej warstwy kamieni utworzyły coś na kształt groty. Może to nic wielkiego w porównaniu do wodospadów, którymi opada Lamone, ale jednak oczarowuje, jak wszystko tutaj. Zakątki magiczne, otulone ciszą, mój świat jak z bajki...  


Już jutro rusza głosowanie w konkursie BLOG ROKU. Za wszystkie oddane głosy już dziś bardzo Wam dziękuję.

CERCARE to po włosku SZUKAĆ

wtorek, 28 stycznia 2014

Z tęsknoty za latem:)


Ponieważ w większości Europy zapanowała zima, to dziś na rozgrzewkę trochę prawdziwie letnich zdjęć i pochwała Marradi w kilku słowach. 
Wiele osób znając dobrze mnie i moją miłość do Warszawy nie mogło się nadziwić jak mogłam porzucić stolicę, dla tak małego miasteczka, ileż to poświęceń wymagała nasza decyzja. A ja już nie raz pisałam o zaletach i różnicach i o tym, że małe miasteczko tu jest zupełnie czymś innym niż małe miasteczko tam. Tak naprawdę mamy w Marradi wszystko czego potrzeba do życia i nam i dzieciom. Do pewnych niedogodności już się przyzwyczailiśmy - to, że sklepy są krócej otwarte, że o 16.00 już bank jest zamknięty, a poczta to już chyba o 13.00, ale to tak naprawdę są drobiazgi w porównaniu do tego co zyskaliśmy. 
Wiele rzeczy zaskakuje pozytywnie - niby 3 tysięczne miasteczko ale jednak: 6 czy 7 barów, pewnie tyle samo restauracji, teatr, biblioteka, centrum tenisowe a nawet basen - niby tylko letni, ale zawsze to coś! I o basenie dziś dwa słowa - na rozgrzewkę, z tęsknoty za latem:)



17 lipca 2013, z toskańskiego notesu

Nasze kochane Marradi może poszczycić się basenem miejskim. To nie jakiś tam mały basenik, ale duży, prawdziwy, z ratownikami, instruktorami pływania, jeśli ktoś ma ochotę na naukę, z brodzikiem dla maluchów, placem zabaw i barem. W tym roku odkrywamy uroki tego miejsca. Kiedy upał doskwiera, a z różnych powodów nad morze wybrać się nie możemy, zaszywamy się właśnie tam! Zabawa przednia i dla nas i dla dzieci:) To tu Tomek sam z siebie nauczył się pływać na głębokiej wodzie i tu też Mikołaj przełamał swój lęk przed wodą, zatem do tego miejsca zawsze będę miała sentyment. 
Często na rozległym terenie basenu odbywają się przeróżne festy i imprezy - święto polenty, turniej tańca i wiele innych. Tu w ciągu dnia można spotkać znajomych, basen zamienia się latem w prawdziwe centrum towarzyskie. 

BASEN to po włosku PISCINA

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Nie igrać z ogniem!



- Mario! Mario! - usłyszałam jak grupka ludzi zebranych przed barem wołała naszego przyjaciela, który krzątał się na tarasie.
Spojrzałam w ich stronę i mówię do Mario, któremu czasem słuch szwankuje:
- Ktoś cię woła. To jacyś znajomi?
Mario przysłonił oczy ręką, bo słońce było oślepiające, a wtedy wołanie się powtórzyło.
- Mario! Mario! Komin wam się pali!!!
Spojrzałam w górę, a tam ... nad naszym dachem kłęby dymu i żywe płomienie! Matko święta! Kolana się pode mną ugięły. Mario rzucił swoje zajęcie, wpadł do domu, ja za nim.
- Ktoś włożył karton do kominka?
- Ja. - odpowiedziałam ciężko przestraszona. - Ale to tylko foremka po jajkach. I co teraz???? I co teraz???
 Ha! I co teraz! Kłęby dymu zaczęły przysłaniać niebo. Mario nie zastanawiając się długo chlusnął wodą w płomienie, a potem złapał koc i zasłonił cały "otwór" kominka.
- Nie przejmuj się wszystko pod kontrolą - powiedział widząc mnie bladą ze strachu. - Trzymaj koc. 
Zostałam więc z kocem, który miał odciąć dopływ tlenu, nogi miałam jak z waty, a serce łomotało mi jak szalone!

Kiedy pojawił się Paweł, któremu całe zajście umknęło, bo siedział w cantinie i układał warzywa, natychmiast wysłałam go na strych, by zbadał jak wygląda sytuacja. 

- Wygasił się!!! - krzyczeli ludzie przed barem. - Już wszystko w porządku! 
Mario wychodził jeszcze kilka razy i obserwował komin. Rzeczywiście sytuacja była opanowana. 
- Dobra robota - pochwalił mnie, gdy już na spokojnie usiedliśmy przed kominkiem. 
- Dobra robota? Jeszcze mi słabo! Co bym zrobiła gdybym była sama???? Nie miałabym pojęcia jak się zachować. - wciąż przeżywałam całe zajście i snułam czarne wizje co by było gdyby. - Ja wiem, że dużego ognia się w kominku nie rozpala, nie wrzucam nigdy kartonów! To była tylko foremka po jajkach.
- Taka foremka jest lepsza niż rozpałka! Ale w tym przypadku to wina komina, który był brudny i się zapalił. Jeśli ktoś takie zabiegi umie robić pod kontrolą, to świetny sposób na czyszczenie. Chcąc nie chcąc zrobiłaś coś pożytecznego. Jedynym zagrożeniem mogły być dachowe belki, nie znam tego domu, nie wiem jak one przechodzą, trzeba być czujnym! A ty tak w ogóle, zamiast panikować powinnaś robić zdjęcia, przynajmniej miałabyś coś ciekawego na bloga! Poza tym był przecież strażak na pokładzie.
- Tak, tak! Strażak co wysadza w kuchni słoiki!!!- odgryzłam się. - Ty się śmiejesz, a ja byłam naprawdę przerażona, jeszcze mi się ręce trzęsą. Myślę co by to było, gdybym była sama!
- Gdybyś była sama, to ludzie przed barem natychmiast wezwaliby straż, a że mnie zobaczyli, to wiedzieli, że sam opanuję sytuację. 
- Straż! Wyobrażam sobie ich miny kiedy mnie widzą ... to znowu ona!!

I takie to atrakcje mięliśmy w piękne niedzielne popołudnie! Nerwy moje nie do opisania!       
Zdjęć oczywiście nie mam! A słówko na dziś to FUOCO - czyli OGIEŃ.

A tu jeszcze jedna historia ze strażakami w tle.

niedziela, 26 stycznia 2014

Sztuka w prezencie


Przedwczoraj bawiliśmy się rodzinnie na urodzinach Tomka kolegi z klasy. O samym przyjęciu napiszę osobny post, bo tu znów musiałabym rozwinąć się na temat włoskiej mentalności, a nie o tym chciałam pisać.
Od września chłopcy zaliczyli pewnie około 10 "kinderbali". Na początku byłam przejęta, bo nie znając miejscowych zwyczajów, nie chciałam popełnić jakiejś gafy - choćby prezentowej. 
Szybko się jednak nauczyłam, że dzieci tu w Marradi cieszą się z drobiazgów. Nikt nie kupuje większych, zobowiązujących prezentów. Poza tym prezenty otwierane są od razu i przy każdym jest okrzyk radości! Gdyby to byli dorośli - posądziłabym ich o przesadną dyplomację, fałsz albo też pochwaliłabym za dobre wychowanie. Jednak tu mowa o dzieciach, a  zatem na brak szczerości nie można narzekać. 
I teraz to czym przy okazji chciałam się pochwalić, bo przecież od pewnego czasu niczym się nie chwaliłam;) Wybaczcie! Po Marradi już dawno rozeszła się wieść, że Tomek ma talent i niezaprzeczalnie drzemie w nim artysta rysownik. Opowiadałam jak nauczycielka odbijała na ksero jego rysunki i rozdawała dzieciom. Kiedy jakiś czas temu został zaproszony do przyjaciółki na urodziny, ta zamiast tradycyjnego prezentu poprosiła go o rysunek. Nie podała wytycznych, miało być coś z tomkowej głowy. Nie wiem czyja radość była większa - jej jak odpakowała dzieło, czy Tomka, że został tak doceniany. 
Na piątkowe urodziny, kolega zażyczył sobie, żeby Tomek narysował mu konkretną scenę z Hobbita. Tomek przygotował kolejny rysunek, który w ramkę oprawiliśmy i z dumą został wręczony jubilatowi. Nie było osoby, która nie wzięłaby go do ręki i kilku peanów nie wygłosiła. Choć przyznać muszę szczerze, nie był to szczyt Tomka możliwości, ale jak sam twierdzi nie lubi rysować konkretnych rzeczy na zamówienie. Woli to co mu aktualnie w duszy gra. Po skończonej imprezie podeszła do mnie jedna z mam i szepnęła do ucha: - zamówiłam u Thomasa obrazek! Obiecał mi coś ładnego narysować.      
Zaniemówiłam z wrażenia, a Tomkowi zaświeciły się oczy! No cóż! Czy to już pora rozejrzeć się za menadżerem?



I jeszcze na deser - podsłuchane:
- Tomek to ja sobie mogę kupić dwie paczki tych kart - mówi Mikołaj.
- A dasz mi jedną? - prosi Tomek.
- No dobra tylko wiesz co... bo jest jeden problem.
- ?
- Bo ja mam POLSKIE dwa euro.
W tym momencie wychodzę z ukrycia, bo jeszcze polskich 2 euro nie widziałam. A zatem oto i one:


DISEGNARE to znaczy RYSOWAĆ

sobota, 25 stycznia 2014

Na rogu!


 
W samym centrum Marradi, być może gdyby na mapie wbić szpilkę, okazałoby się, że to rzeczywiście środek, jest pizzeria - trattoria All'angolo. Najbardziej widoczny z lokali gastronomicznych, w miejscu strategicznie idealnym, dlatego też tu stołują się turyści, jeśli już takowi do Marradi zawitają. Trattoria All'angolo to jeden z szyldów (choć wtedy nazwa była trochę inna), który utrwalił mi się w głowie już w czasie pierwszych maradyjskich wakacji. Trochę jednak przekornie, wierni zasadzie, że najlepiej jada się w lokalach na uboczu, nigdy tam nie zajrzeliśmy. Pierwszy raz próg trattorii przekroczyliśmy dwa lata temu, kiedy właśnie to miejsce wybraliśmy na kolację po słynnej scarpinacie. Potem znów było nam nie po drodze, może dlatego, że pizza mimo, że smaczna na kolana nie rzucała. 
Widać pizzaiolo potrzebował trochę czasu, by się w fachu swym udoskonalić. Kiedy zaczęły krążyć głosy, że tam teraz pizza najlepsza, w te pędy pognaliśmy, by się na własnym podniebieniu przekonać. 


 

Finał był taki, że tego lata trattoria stała się jedną z naszych ulubionych atrakcji gastronomicznych. Przede wszystkim pizzaiolo rzeczywiście doszedł do mistrzostwa, co potwierdza, Mario, który sam parał się zawodem. Pizza jest tu po prostu idealna - odpowiednio cienka, o ładnie przypieczonych bokach, delicje! Do tego swojska, radosna atmosfera, sprawia, że naprawdę chce się tam wracać!  Kiedy będziecie przejazdem wdepnijcie tu na kolację i poproście o specjalność pizzaiolo! On ma zawsze w zanadrzu swoje eksperymentalne pizze, a jedna lepsza jest od drugiej!   


Lokal powinni odwiedzić nie tylko wielbiciele pizzy, bowiem w menu znajdziecie propozycje również innych pysznych dań! I jeszcze jedna istotna rzecz - tu pasa zaciskać nie trzeba, bowiem ceny są bardzo "dla ludzi":)

OTTIMA - to znaczy BARDZO DOBRA!

piątek, 24 stycznia 2014

Grissini - zrób to sam:)!


Ciężko wyobrazić sobie stolik we włoskiej restauracji bez grissini! Stoją zwykle w koszyczkach albo leżą obok sztućców, by klient nim danie do niego dotrze mógł sobie coś pochrupać i zaostrzyć apetyt. 
Historia grissini jest ciekawa. "Paluszki" pochodzą z Piemontu, dokładnie z Turynu i narodziły się około połowy XVII wieku. Swoją nazwę wzięły od słowa gherssa - typowego pieczywa z tego regionu. 
Prawdopodobnie grissini powstały na prośbę jednego z członków dynastii Sabaudów, którego to nękały problemy gastryczne. Lekarz doradził mu zatem jedzenie pieczywa suchego, bardziej wypieczonego.

Od tamtego czasu minęły już stulecia, a grissini stały się jednym z najbardziej znanych produktów kuchni włoskiej. Sławne są niemal na całym świecie. 





Teraz kiedy mieszkamy w Italii, Tomek życzy sobie zwykle grissini na drugie śniadanie do szkoły. Kupowaliśmy je przeważnie u piekarza, ewentualnie w markecie - ale w piekarni nie najtaniej, a market to wiadomo...
Rada na to była tylko jedna - wziąć się do pracy i wyprodukować grissini we własnej kuchni!
Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania! Oto i one! Moja duma:):

 

Takie proste i takie dobre, a tu przepis, z którego sama korzystałam:
pół kg mąki typu 00 - plus ciut do podsypania
280 ml ciepłej wody
15 g świeżych drożdży
łyżeczka cukru 
łyżka soli
4 pełne łyżki oliwy

Mąkę przesiać do misy, z 280 ml wody odlać trochę i rozpuścić w tym drożdże i cukier. W pozostałej wodzie rozpuścić sól i dolać oliwę. Do mąki dodać rozpuszczone drożdże, a potem wodę z solą i oliwą wlewać cienkim strumyczkiem. 


Wyrabiać ciasto aż powstanie jednolita masa. Kiedy składniki się połączą - lepiej przenieść się na stolnicę. Kiedy ciasto będzie ładnie wyrobione posypać stolnicę mąką, ułożyć ciasto uformowane na kształt prostokąta, posmarować oliwą i oprószyć jeszcze mąką. 

 

Zostawić do wyrośnięcia - na około godzinę, powinno podwoić objętość. Potem długim gładkim nożem ciąć paseczki (od krótszego boku). 



Rozciągnąć je w palcach na długość blachy, ja dodatkowo skręciłam, żeby ładnie wyglądały. Tak przygotowane wkładamy do nagrzanego do 200 C piekarnika na 20 minut. 

 

To jest opcja podstawowa, ale ja moje grissini przed włożeniem do pieca posmarowałam oliwą, posypałam grubą solą i rozmarynem. Sprawdzą się też nasiona sezamu, maku, czy to co Wam przyjdzie do głowy! 
Smacznego!!! 


MĄKA to po włosku FARINA

czwartek, 23 stycznia 2014

O bieganiu, kotach i domu "widmo":)



Muszę się Wam pochwalić, że kolano po pierwszych bolesnych ostrzeżeniach, uspokoiło się i życia mi nie zatruwa. Każdego ranka, zaraz po odstawieniu dzieci do szkoły ruszamy w stronę Campigno. Na trasie ciągle te same twarze, zawsze radosne powitanie albo wymiana uwag o pogodzie. Czasem pada deszcz, tak jak przedwczoraj i poprzestajemy na 6 kilometrach, a czasem jest tak pięknie, że nie chce się wracać. Wczoraj świeciło słońce, a ptaki świergotały, jakby pory roku pomyliły. Kiedy tak biegamy albo maszerujemy, co i raz odkrywamy coś nowego, wcześniej niezauważonego. Teraz jest to o tyle łatwiejsze, że drzewa bez liści odsłaniają świat, jaki kryje się daleko od szosy.



Wypatrzyliśmy już piękny odcinek rzeki Campigno, na który na pewno wrócimy z prowiantem, kiedy nadejdzie pora piknikowania. Potem grotę w skałach nad samą wodą, gdzie koniecznie musimy zabrać chłopców. 





Ale największe emocje wzbudził w nas dom - dom widmo, bo mimo, że stoi niemal przy samej drodze, przy drodze, którą jeździliśmy tysiące razy, to do tej pory nie mięliśmy pojęcia o jego istnieniu. Na jednym z zakrętów znajduje się stara posesja, dom z kamienia z przybudówkami. Na obdrapanym murze wisi kartka - VENDESI (na sprzedaż). I ten dom widać doskonale, ale podczas porannego biegu odkryliśmy, że za ruderą znajduje się piękna willa!

Postanowiliśmy przyjrzeć się jej bliżej w drodze powrotnej. Ja biegłam przodem - Paweł maszerował z tyłu. Wbiegłam dziarsko pod górkę i przystanęłam koło rudery rozglądając się za furtką, by przejść na teren willi. A tu nagle, drzwi do przybudówki zaskrzypiały i rozległo się złowrogie ... MIAU!!!!
Zmroziło mnie, zimny pot mnie oblał!! Jak nie wrzasnę na całe gardło! Jak nie wystartuję niczym z katapulty, jak nie zacznę gnać jak głupia jakaś. Mało nóg na tej gliniastej drodze nie pogubiłam, ale było mi w tym momencie wszystko jedno! Byle znaleźć się w bezpiecznej odległości! Wtedy akurat wpadłam na Pawła, który dotarł zziajany na miejsce i nadziwić się nie mógł, co też mu tak żonę wystraszyło. Mówię więc, że tam jest kot! A wtedy mój wzrok pada na odręcznie napisaną kartkę, przyczepioną nad wejściem do rudery - Proszę nie dawać KOTOM kości!!  KOTOM - celownik liczby MNOGIEJ! O jasny gwint! 
- Ja zaczekam na dole - rzuciłam tylko Pawłowi i tyle mnie widzieli.    

 Nie wiem jak to możliwe, że do tej pory nie zauważyliśmy tej willi. Mało tego - nie miał pojęcia o jej istnieniu nawet Mario, który tu się urodził i zna niemal każdy centymetr tej ziemi. Wróciliśmy tam tego samego popołudnia, bo koniecznie chciałam posiadłość sfotografować. Jeszcze na podjeździe się wahałam czy wysiąść czy jednak misję tę powierzyć Pawłowi. Moje wątpliwości się rozwiały kiedy na powitanie wyszło nam osiem kotów. Zostałam więc w samochodzie z mocno zaciśniętymi powiekami i zablokowanymi drzwiami, a reszta poszła na zwiady.

Budynek jest w świetnym stanie, ale taki smutny i opuszczony, tak jakby nagle uleciało z niego życie. Właściwa droga dojazdowa jest zarośnięta, z krzaków i wysokich traw wystają białe, ażurowe lampiony na długich nóżkach, które kiedyś podświetlały drogę do domu, w oczku wodnym wciąż pływają ryby... 
Zaintrygował mnie ten dom. Muszę koniecznie się dowiedzieć kto tam mieszkał i dlaczego teraz ta okazała willa stoi pusta.

OPUSZCZONY to znaczy ABBANDONATO

środa, 22 stycznia 2014

Dzień Babci i Dziadka



Dzień Babci i Dziadka jest we Włoszech świętowany jednego dnia - 2 października. Nie zauważyłam jednak, by dzień ten był jakoś szczególnie obchodzony. Szczerze mówiąc jak dla mnie przeszedł niezauważony. I to jest właśnie moment, kiedy jesteśmy wierni polskiej tradycji. Chłopcy już w zeszłym tygodniu przygotowali listy i rysunki, które powędrowały do Polski. Kiedy je obejrzałam przed włożeniem do koperty, aż jęknęłam! Wystarczyło kilka miesięcy i pisownia polska ... hm powiedzmy zaczęła kuleć. O ile Tomek jakoś sobie radzi, to już Mikołaj, który w polskiej szkole był tylko rok, pisze "tak jak słyszy". Tworzy zatem takie cuda wianki, że czasem muszę przeczytać na głos, to co napisał, by zrozumieć o co chodzi. Odkładam oczywiście takie rarytasy do mojej magicznej szufladki, a za lat .... pokażę im i razem się pośmiejemy. 
Wracając jednak do tematu - nic nie poprawiałam, nie krytykowałam. Laurki muszą być autentyczne! Zostawiłam tak jak było - niech Babcie i Dziadek też mają ubaw:)) 

Babciom ( ciut spóźnione) i Dziadkom - w dniu Waszego święta - "Fszystkiego" najlepszego!!!!

DZIADKOWIE to po włosku NONNI

wtorek, 21 stycznia 2014

Kwintesencja włoskości w jedno popołudnie

Poprzedni tydzień minął nam pod znakiem spotkań towarzyskich. My gościliśmy przyjaciół przy naszym stole i sami byliśmy goszczeni. Tak czy owak - dla mnie są to zawsze momenty niezapomniane i bezcenne. W niedzielę bawiliśmy się setnie w doborowym towarzystwie. Nasz przyjaciel przygotował ucztę, a że jest myśliwym, to już sami się domyślicie co nam zaserwował:) Nic więcej nie napiszę! Słowa tu zbędne. Myślę, że zdjęcia lepiej oddadzą atmosferę tego popołudnia niż moja pisanina.


Gospodarz
Aby goście wytrzymali do obiadu - coś własnej produkcji!
A goście potrafią być użyteczni!
Kolejne pokolenie uczy się robić polentę!
Męska rzecz!
A oto i ona - polenta doskonała!
Mężczyźni gotują, mężczyźni serwują ...

Czas na deser!
Po słodkościach - szaleństwo!
A jeśli jesteśmy we Włoszech to zawsze jest dobra pora na mecz!

Ugościć ponad dwadzieścia osób to nie byle co! Tu jednak to normalne. Ot tak! Bez okazji! Wspólne biesiadowanie. Talerzyk plastikowy, obrus papierowy, ale za to wybitne dania, zacne wino i wesołe towarzystwo !! Czy może być lepszy sposób na rozsmakowanie się w Italii?? W takich chwilach jestem naprawdę szczęśliwa...

ALLEGRI to znaczy WESELI

Drukuj