czwartek, 19 grudnia 2013

Nowe doświadczenia



Każdego dnia uczę się żyć w Italii. Czasem są to banały typu gdzie i co tanio kupić, czasem poważniejsza biurokracja - jak otworzyć konto w banku, a czasem życie funduje mi lekcje ekstremalne. Tak było wczoraj...
Zostało nam do kupienia kilka świątecznych drobiazgów, dlatego postanowiliśmy z samego rana, jak tylko dzieci zostaną odstawione do szkoły, pojechać do Faenzy po ostatnie zakupy. Pogoda była piękna, wzdłuż drogi łyse winnice, pokryte porannym szronem, tu i ówdzie kamienny dom. Jechaliśmy znajomą drogą, a ja przeklinałam, że nie wzięłam aparatu. W jednej z miejscowości zatrzymaliśmy się na czerwonym świetle. Klasyka! Sygnalizacja w Fognano to fenomen, zawsze się tu zatrzymujemy, a światła są tu dlatego, ponieważ droga jest wąska i ruch musi być wahadłowy. W końcu zmiana - zielone! Ruszają samochody przed nami, ruszamy i my. Ulica zakręca raptownie, a tu zza rogu nagle na przeciwko nas wyłania się traktor wielki jak monster truck. Paweł wykazuje się refleksem, hamuje i zjeżdża maksymalnie na bok. Niestety kierowca za nami takiego refleksu nie posiada. Terenowy nissan z hukiem wjeżdża nam w tył samochodu. Cudownie! Trzymając się za głowę, która zaliczyła ostre starcie ze źle ustawionym zagłówkiem wyskakuję z samochodu zobaczyć straty. Pięknie! W sam raz na podróż:( Dajemy znać kierowcy nissana, żeby zjechał za nami z drogi. Zatrzymujemy się w wolnym miejscu. Pan przeprasza i klnie pod nosem. I co teraz??? W tej materii nie mam kompletnie doświadczenia, a sprawca wypadku zdaje się być jeszcze mniej zorientowany ode mnie. Dzwonię do "polizia municipale". Policjant, który odbiera telefon informuje mnie, że on teraz jedzie na plac główny, gdzie jest targ i w tej chwili podjechać do nas nie może. Wielkie dzięki!!! Kolejna próba - numer alarmowy carabinierów - tu odsyłają mnie i tak do "polizia municipale", zapewniając, że ci dojadą jak tylko będą wolni! Czekamy, czas mija, nikogo nie ma. W międzyczasie robię zdjęcia. Dzwonimy też do agencji ubezpieczeniowych i próbujemy nieudolnie wypisać kwity, które podsuwa nam kierowca terenówki. Znów dzwonię do carabinierów i pytam co się u licha dzieje, ci natomiast podają mi numer bezpośredni do carabinierów w miasteczku. Koniec końców, policjant informuje mnie, że przed 11.00 (jest ciut po 10.00) na pewno nikogo nie będzie, bo ludzi nie ma!! A w ogóle jeśli nikt nie jest ranny, to on nie widzi takiej potrzeby. Tłumaczę więc, że jestem Polką po raz pierwszy w takiej sytuacji i nie chciałabym czegoś nie dopatrzyć. No cóż, na policję nie ma co liczyć, na pewno nie w tym przypadku! Kierowca nissana proponuje podjechanie do następnego miasteczka (Brisighella) i poszukanie jakiejś agencji ubezpieczeniowej, w nadziei, że tam ktoś nam pomoże. Patrzymy na niego trochę jak na kosmitę, ale sami nie mamy lepszego pomysłu, od zdarzenia minęła dobra godzina i zaczyna nam się spieszyć. Dzięki Bogu samochód ucierpiał tylko powierzchownie i jest na chodzie, działają nawet światła. W Brisighelli niemal na wejściu widzę upragniony szyld "assicurazioni", ale ... na drzwiach kartka - szanownych klientów przepraszamy 18.12 biuro zamknięte!!! Aaaa budzi się we mnie demon. Pytam w barze czy w miasteczku jest jakaś inna agencja. Jest a i owszem, dalej w górę na placu głównym - Generali. Troje zagubionych błąka się po mieście i szuka wiatru w polu. Kiedy już niemal się poddaję, moim oczom ukazuje się reklama nad witryną - assicurazioni Generali! Bingo! W środku za biurkiem miły pan, lekko znudzony zapewne samotnym porankiem. Wyjaśniamy mu w kilku słowach w czym rzecz, a ten z przesympatycznym uśmiechem zaprasza nas, żebyśmy usiedli, podali dokumenty i zaczyna za nas wypełniać formularze. Zatrzymuje się przy naszym adresie zamieszkania z pytającym wzrokiem - "Marradi???" "Tak" - potwierdzam, a pan na to - "ja mieszkałem w Marradi". Na co prostuję, że nie dokładnie Marradi a Biforco, na co mężczyzna jeszcze bardziej się rozpromienia i mówi, że on właśnie z Biforco pochodzi i tu ... można sobie wyobrazić a co a jak a kto a czemu my tu .... i już niemal przyjacielska pogawędka się nawiązuje. Żeby już zakończyć moją historię - mężczyzna wypisuje nam wszystkie kwity, pokazuje palcem gdzie mamy podpisać, co i do kogo wysłać, poucza o procedurach.

Najważniejsza informacja - agencja rozpatrywania kwestii wypadków międzynarodowych jest w Italii tylko jedna, jeśli ktoś chce naprawiać samochód bezgotówkowo, musi uzbroić się w cierpliwość, bo wszystko może potrwać nawet do czterech miesięcy. Jeszcze raz więc odetchnęłam z ulgą, że samochód na chodzie i możemy poczekać. 
Na koniec uścisnęliśmy sobie dłonie, życzyliśmy Buon Natale, a nasz wybawca powiedział - "jeśli usłyszycie kiedyś w Marradi Nonna Rita to pamiętajcie - to moja mama!!"
Wychodzimy na plac, żegnamy się też ze sprawcą wypadku, który przeprasza nas po raz setny, jemu też życzymy wesołych świąt i rozstajemy się. 
- To nie był wcale głupi pomysł, żeby szukać agencji ubezpieczeniowej - mówię do Pawła. - Gdyby nie ten człowiek, jeszcze stalibyśmy na parkingu w Fognano rozszyfrowując formularze. 
O i tak nauczyliśmy się jak postępować w Italii w sytuacji wypadkowej, a ja nauczyłam się jak ważne jest ustawienie zagłówka, uderzenie w głowę czułam do wieczora. Najważniejsze oczywiście, że nikomu nic się nie stało!        
Słówko chyba jasne - WYPADEK to po włosku INCIDENTE.

Tak wygląda droga przez Fognano.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj