piątek, 27 grudnia 2013

Casa dolce casa...


 

Casa dolce casa...
Znów poranek przy kominku, znów szum rzeki za oknem. Powraca codzienność.
Aż nie chce mi się wierzyć, że poprzedni poranek, tak jak ostatnie spędziłam w ciepłej kuchni Mamy, popijając kawę i trajkocząc o tym i o tamtym. Znów jak mała dziewczynka obserwowałam jej krzątaninę, dookoła rozchodziły się zapachy bigosów i makowców. Magia Świąt i magia matczynej troski sprawiły, że w drogę powrotną ruszałam ze łzami w oczach. Musiałyśmy nacieszyć się swoją obecnością na kolejne miesiące, to jedyny mankament emigracji. Teraz nie będę mogła się doczekać, kiedy Mama zagości w Italii i zobaczy na własne oczy moje zacisze.

Miniony tydzień kipiał od emocji. Zobaczyć Polskę po siedmiu miesiącach, wejść do niemal pustego już mieszkania, przywitać się z sąsiadami, zamienić dwa słowa z panią w ulubionej piekarni i oczywiście uściskać najbliższych - wszystko to sprawiło, że na brak wzruszeń nie mogłam narzekać.

Ten wyjazd uświadomił mi też, że mój dom jest naprawdę tu. Miło wracać, kiedy ktoś czeka, kiedy w kominku trzaska ogień, kiedy migocze choinka. 

Od jutra powracają regularne wpisy, o tym co było, co jest i co mam nadzieję będzie.  Witajcie poświątecznie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj