niedziela, 10 listopada 2013

Spacerem po "moich" wzgórzach


Mówią, że idzie ochłodzenie. Tym bardziej więc martwi mnie to, że w dolnej części domu jeszcze nie ma gazu. Wciąż nieśmiertelna nadzieja w poniedziałku (kolejnym już), oby! oby!!!

Żeby trochę oderwać się od przyziemności, formalności i porządków, kiedy dzieci były jeszcze w szkole, pojechaliśmy na spacer. Już nawet głośno o grzybach nie mówiliśmy, choć każdy ukradkiem patrzył pod nogi. Tak czy inaczej oficjalna wersja brzmiała - "to tylko spacer, bez wyższych celów":) 
Gamberaldi jest jednym z moich ulubionych miejsc. Zaledwie kilka domów rozsianych malowniczo na wzgórzu w pobliżu Marradi. To miejsce, które już na blogu wielokrotnie prezentowałam i które nazwałam "złotymi łąkami".



Zostawiliśmy samochód przy drodze i ruszyliśmy pieszo. Po około 200 metrach trasy napotkaliśmy inny samochód. Z tyłu mężczyzna i kobieta ładowali drzewo na przyczepkę. Ku mojemu zaskoczeniu przywitali się wylewnie z Mario. Okazało się, że całkiem dobrze się znali. Było jasne, że tak szybko nie odejdziemy. Między nami biegał pies nieskrępowanie demonstrując nam radość ze spotkania. Porozmawialiśmy chwilę, wymieniliśmy uwagi o pogodzie, a potem ruszyliśmy dalej. Pobliski lasek to ponoć miejsce gdzie rosną ovuli. Snuliśmy się, zaglądaliśmy pod liście, przedzieraliśmy się przez chaszcze pełni poświęcenia, ale nic!!! Basta! Koniec tematu grzybów! To przecież i tak miał być TYLKO spacer!



Wyciągnęłam aparat. Pejzaż dookoła rozczulał mnie i przyprawiał o wewnętrzne dygotanie. Widok, za którym najbardziej tęskniłam będąc w Polsce. Ja wiem, że o tym już pisałam sto razy, ale wciąż zadziwia mnie fakt, że pagórki i góry ciągnące się bez końca wzbudzają we mnie takie emocje...


Znów ta jedność ze światem, znów jestem mikroskopijną częścią kosmosu. Doskonale rozumiem o czym mówił Terzani. Tu czuję to całą sobą...


Zdjęcia, zdjęcia, liście fruwające, kolory rdzawo zielone, niebo przydymione, cisza ... Cisza niemal mistyczna...


Zatrzymaliśmy się przy kamiennym domu, tu znów spotkaliśmy znajomą kobietę. Zaczęła opowiadać nam o posiadłości, która jak się dowiedziałam - była jej własnością i o innych podobnych, znajdujących się w pobliżu. Nie przestawała mówić, a przy tym promienny uśmiech nie schodził z jej twarzy! Kiedy powiedziałam, że jesteśmy Polakami, którzy postanowili tu osiąść na stałe, zasypała mnie lawiną serdeczności. Rozmawialiśmy o wszystkim, a pies szalał między nami. Stella - bo tak się nazywała - pozowała do zdjęć jak prawdziwa gwiazda i pozwalała na pieszczoty, których Paweł jej nie szczędził.   

 

Czas gnał. W miłym towarzystwie, na ciekawej rozmowie, gnał jeszcze szybciej, upływał niepostrzeżenie. A tu po dzieci do szkoły trzeba już było jechać! Pożegnaliśmy się więc w pośpiechu i obiecaliśmy odwiedzić miłych państwa i przywieźć zdjęcia, które zrobiliśmy w czasie spaceru. 
  

STELLA to po włosku GWIAZDA.
 

2 komentarze:

Drukuj