czwartek, 31 października 2013

Pożeganie Casaluccio


Wczoraj oddaliśmy klucze do Casaluccio. Łzy na rzęsach mi zadyndały. Dziwnie wygląda dom bez ludzi, bez życia. Kiedy opróżniliśmy wszystkie kąty, zatarliśmy ślady naszej bytności, nagle wydał się taki smutny, opuszczony:( 


Ostatnie zdjęcia, pożegnanie. Wszystko znajome, każdy kamień w murze, belka na suficie, szafa, łóżkowy aniołek. Wszystko przywoływało wspomnienia. Trzy lata to nie mało! Coś się skończyło, inne zaczyna ale zawsze pozostaje żal, tęsknota za tym co minęło bezpowrotnie. 


Siedziałam na kamiennych schodkach ostatni raz i myślałam ileż to łez wypłakałam kiedy byłam w Polsce, jak bardzo byłam szczęśliwa, kiedy samochód w końcu zatrzymywał się przed domem po kilkunastogodzinnej podróży. Otwierałam okiennice, wpuszczałam powietrze, wypełniałam dom życiem, radością, miłością... 
Taka kolej rzeczy... po mnie przyjdzie ktoś inny, a potem jeszcze ktoś, kamienne Casaluccio będzie czekać na następnych gości ...



LASCIARE to po włosku ZOSTAWIAĆ...

środa, 30 października 2013

Pierwsza noc


W ostatnich czterech miesiącach porzuciłam trzy domy. Może zabrzmi to pompatycznie, ale tak właśnie się czuję. Warszawski dom, z którego wyjeżdżałam nieświadoma tego, że to "na zawsze". Casaluccio, do którego za chwilę oddam klucze, które było naszym pierwszym przystankiem włoskim takim bardziej na serio. I w końcu wczoraj mieszkanie Mario, po kilku tygodniach koczowania w oczekiwaniu na klucze do nowego lokum.

Jesteśmy już na nowym. Pierwsza noc za nami. Nikomu nic się nie śniło, potraktuję to jako dobrą wróżbę - bo przecież mogło przyśnić się coś złego;) Brakuje jeszcze miliona rzeczy. Wiele jeszcze trzeba usystematyzować, wyczyścić, poprawić, naprawić. Ale już na swoim, to najważniejsze. Wybaczcie kolejny chaos i nieregularność w publikacji postów, ale internetu jeszcze nie mam, a spraw na głowie zbyt wiele. Już za chwilę będzie normalnie, a jutro więcej o naszym pierwszym wieczorze i poranku, o świetle, antenach, plastikowych kubkach i pistoletach przy łóżku:)  

Przeprowadzka to po włosku TRASLOCO:) 

wtorek, 29 października 2013

październikowo

październik
Każdego wieczora zasypiam o 21.00, choć może lepsze określenie to, że padam ze zmęczenia. Pocieszam się, że zaraz będzie normalnie i wróci spokój, ale dziś mam chyba kryzys. Nawet weny nie mam, żeby coś ciekawego Wam opowiedzieć, choć tyle się wokół mnie dzieje. I do tego pięknie jest tak, że dech zapiera, a ja nawet nie mam czasu z aparatem pobiegać. 




 Ale o jednym muszę Wam powiedzieć, bo sama nie mogę uwierzyć!!! Dziesiątkę dostało moje dziecko z tych zigguratów!!! Jak tu nie chwalić??? Jego uśmiech kiedy wyszedł ze szkoły ... bezcenny!!! Do tego obydwaj przynoszą coraz bardziej poważne książki z biblioteki, a ja puchnę z dumy jak sylwestrowy balon, bo raz, że tyle czytają, dwa, że w dwóch językach, a trzy, że tak pokochali maradyjską bibliotekę:)
Po szkole mimo, że już dni krótkie wciąż gonią do parku. Potem pędzą do domu patrząc na zegarek czy aby w czasie się zmieścili, siadają przed kominkiem i czekają aż kasztany będą gotowe.


DIECI to po włosku DZIESIĘĆ:) 

poniedziałek, 28 października 2013

Ostatnia sagra kasztanowa

 
I już po sagrach kasztanowych. Ostatnia mimo, że przez wszystkich uznawana za najmniej ważną, była jeszcze bardziej oblegana niż poprzednie. Zapewne duża w tym zasługa pięknej pogody. Zrobiliśmy obowiązkową rundę po miasteczku, zatrzymując się na dłużej przy straganach znajomych, degustując tak jak zwykle kasztanowe łakocie.


Tomek spędził czas nad książkami uczy się o zigguratach. Uczy się o zupełnie nowych rzeczach i w nowym języku. Ale nie tylko on poznaje nowe rzeczy - ja uczę się razem z nim:) Dzięki temu i mój włoski rozwija się każdego dnia. Jeśli jednak w takim tempie obydwaj będą robić postępy, szybko wejdzie w życie powiedzenie - uczeń przerósł mistrza:)) Ale to dobrze! Jestem z nich naprawdę dumna. 

A dziś poniedziałek i zaczyna się od nowa - szuflady, worki, kartony, rozpakowywanie, układanie, czyszczenie. Ale już z górki, już widać metę:) Mam nadzieję, że kolejne poniedziałki będą już spokojniejsze. A PONIEDZIAŁEK to po włosku LUNEDÌ.  

niedziela, 27 października 2013

Coś zamiast grzybów

A zatem pojechaliśmy na grzyby! Rezultat? Grzybów ani dudu, choć inni już znajdują. My natomiast znaleźliśmy coś innego:) Widzicie coś ciekawego na tym zdjęciu?

Nic? Na tym widać dużo lepiej:




Byłam przekonana, że żmije i węże już śpią, ale jak się okazało miłe, październikowe ciepło zachęciło te gady do wystawienia się na promienie słoneczne. Kiedy przeciskałam się między dębami i bukami w poszukiwaniu porcini, nagle znieruchomiałam na widok ciemnozielonego "supełka". Dzieci natychmiast przybiegły zainteresowane.



Sfotografowałam więc węża z każdej perspektywy i choć tyle mieliśmy atrakcji zamiast grzybobrania:)

 

 Potem rozłożyliśmy się z naszym prowiantem, jak to zwykle robiliśmy w czasie naszych urlopowych pobytów. Pecorino, caprino, saleceson, kiełbaska z jelenia, pomidorki i oczywiście wino do tego, a na deser kasztanowe cantucci, a wszystko to w towarzystwie motyli, które przysiadały nam na głowach, zupełnie jakby pomyliły pory roku!


 Jednak w czasie kiedy my podziwialiśmy widoki i węża, inni tak czy inaczej znajdywali grzyby:) Massimo obiecał nam dziś prawdziwkową kolację:)


Wspaniały dzień! Potrzebny był mi taki oddech. Choć oczywiście po południu wróciliśmy do nowego domu, by odrobinę pchnąć na przód prace przeprowadzkowe.

Słówko na dziś jest oczywiste, choć już kiedyś na blogu padło - SERPENTE to po włosku WĄŻ:)

sobota, 26 października 2013

Czas odpocząć

Pożegnanie Casaluccio

Nareszcie sobota! To był baaardzo intensywny, długi i dość nerwowy tydzień. Na szczęście większość udało się pozałatwiać, podopinać i już prawie, prawie, już za chwilę możemy zacząć się rozluźniać. Mogłabym napisać teraz elaborat o włoskiej biurokracji, bo rzeczywistość niewyobrażalnie przerosła niechlubną legendę, ale o tym kiedy indziej! Z pewnością osobny post jej jeszcze zadedykuję:)




październikowe winnice


 Pogoda jest piękna, po deszczach, które przeturlały się nad Italią znów jest słonecznie i ciepło! Jak tylko dzieci uporają się z pracą domową bierzemy plecak i tak jak za dawnych czasów upchniemy do niego kawałek sera, prosciutto, butelkę wina i wybierzemy się na jakiś spacer, bo odrobina odpoczynku z pewnością nam się należy! A motywacja tym większa, że w okolicach naszej ulubionej łąki ktoś znalazł kosz prawdziwków. 

Kościół parafialny


Dołączam zdjęcia z ostatnich październikowych dni. Droga do nowego domu jest wyjątkowo fotogeniczna. Miłego weekendu!
Słówko na dziś to RIPOSARE czyli ODPOCZYWAĆ

Pociąg z Florencji wjedzie na tor .....

piątek, 25 października 2013

Oswajanie nowego


Wybaczcie, że ostatnio wpisy na blogu są nieco chaotyczne, ale biegam między kartonami, rozpakowuję klamoty, czyszczę, poleruję, układam, organizuję wszystko od nowa. Wiem, że większość z Was chciałaby zobaczyć już zdjęcia wnętrz i z zewnątrz, ale jeszcze chwilkę. Cierpliwości.

Są miejsca w tym domu, które urzekły mnie od pierwszego wejrzenia. Zewnętrzne schodki, które prowadzą nad rzekę, cantina, gdzie może leżakować wino, widok z kuchennego okna i spiżarka podręczna, o jakiej zawsze marzyłam i ją jaką pierwszą wysprzątałam. Poustawiałam słoiczki, które przywędrowały od Mamy i moje własne przetwory, dżemy, grzybki, soki, przeciery. Ilekroć przechodzę uchylam drzwi i zaglądam i wciąż nie mogę się nacieszyć. 

Kiedy właścicielka Stefania przekazywał mi klucze, uścisnęła mi rękę i powiedziała - Oddaję ci dom moich dziadków. Dziękuję.


Sprzątając wszystkie zakamarki znalazłam stary wałek do ciasta, laskę i zabytkową maszynę do szycia. Relikty przeszłości. Historia. Teraz i ja stanę się częścią historii tego domu...     

Słówko na dziś to ARREDARE czyli UMEBLOWAĆ.

czwartek, 24 października 2013

Zebranie rodziców w szkole

Krótki przerywnik w relacji z nowego domu, czyli moje pierwsze zebranie szkolne. Oczywiście dubeltowo, bo musiałam być na dwóch jednocześnie, zatem po trochu każdego mi umknęło. 
Na zebraniach obecne były obydwie nauczycielki (jak już mówiłam każda klasa ma przypisanych dwóch "wychowawców"). 
U Tomka mowa była o programie, o zamiarach i planach nauczycieli, o tym na co położą nacisk w tym roku. I znów powiem - no dobrze niech będzie ten poziom niższy (tak mówią wszyscy), ale przynajmniej szkoła maradyjska, bo o tej mogę się wypowiadać, ma o wiele bardziej przyjazny dziecku system nauczania. Poza tym tematy przerabiane poznają dogłębnie i widzą łańcuch innych zagadnień jakie się z tematem podstawowym łączą. 

Poza programem była też oczywiście mowa o wycieczkach. Tomek piał z radości gdy dowiedział się, że przy temacie starożytnego Egiptu czeka ich wycieczka do muzeum we Florencji.  

Były też zagadnienia typowe - o stołówce, że nauczyciele wysyłali co jakiś czas ankiety i jakość cateringu bardzo się poprawiła, o tym by zaglądać do plecaków i podpisywać na bieżąco komunikaty od nauczycieli, żeby u maluchów sprawdzać piórnik czy niczego nie brakuje ecc. 

Na koniec wybór rady rodziców - czyli nasze "trójki klasowe". Tu każda klasa ma jednego reprezentanta wśród rodziców. Zostałam poinformowana pocztą pantoflową na kogo mam głosować i poszłam do urn! Tak, tak, to nie żart. Na wybory przeznaczona była osobna sala, musiałam podpisać się na liście, wziąć kartę i z wypisanym nazwiskiem kandydata wrzucić ją do odpowiedniej urny. Takie proste! 
Zawarłam przy okazji nowe znajomości. - Ciao nazywam się Giovanna, jestem mamą Luki, ciao nazywam się (nie pamiętam imienia) jestem tatą Matteo, kojarzysz Matteo?? - Tak, tak oczywiście. - A ja jestem Caterina, mama Tommaso i Nico - przedstawiam się. - Wiemy! Wiemy! - odpowiadają ze śmiechem:) 
Tłumaczę, że jeszcze niewiele osób znam z kręgu szkolnego, nie wiem co i jak, nie znam tutejszych zwyczajów. A oni na to, że niedługo robimy klasową pizzę, że pewnie przed Bożym Narodzeniem, jak zawsze, tradycyjnie... Atmosfera rodzinna, ciepło, wesoło, jak wśród dobrych znajomych. Oczywiście zostałam też poproszona o składkę na coś w rodzaju "komitetu rodzicielskiego" dla zainteresowanych to 10 euro na dwa lata:)

Kolejna lekcja włoskiego życia za mną, a teraz wracam do szorowania nowego domu i układania klamotów:)
    
słówko na dziś to ELEZIONI czyli WYBORY:)

środa, 23 października 2013

"Przed mostem na rzece Lamone ..."




Naprzeciwko stoi różowy dom z zielonymi okiennicami. Z kuchennego okna widzę też most i rzekę, której szum słychać w kuchni i salonie. Ludzie przed barem obserwują mnie, gdy otwieram wszystkie okiennice. Widać, że są ciekawi, może jeszcze nie rozeszła się wieść, że tu zamieszkamy. Rozeszły się za to inne, jak na przykład ta, jakobyśmy kupili apartament w sąsiednim miasteczku. Ot uroki prowincji! Przychodzi mi na myśl to, co powiedziała Tina, kiedy przejmowałam się usytuowaniem nowego domu.
- Caterina - tłumaczyła - Marradi to mała mieścina, tu nawet jeśli zamieszkasz w lesie na odludziu, ludzie będą wiedzieli o każdym twoim kroku, nawet o tym jeszcze niedokonanym. Cała prawda! 



"W miasteczku przed mostem na rzece Lamone skręć w lewo." Tak brzmiał opis drogi do agriturismo, który przysłało nam biuro podróży, gdy jechaliśmy na pierwsze toskańskie wakacje. Gdybym wtedy zamiast na lewo - popatrzyła na prawo - zobaczyłabym mój przyszły dom. Musiało minąć 6 lat i w końcu osiadam tu na stałe.

Na wprost wejścia mam drogowskaz - Firenze 64km, to tak na wszelki wypadek, gdybym jeszcze czasem nie wierzyła, że to wszystko dzieje się naprawdę.


Słówko na dziś to  PONTE czyli  MOST.

  

wtorek, 22 października 2013

Codice fiscale


Nareszcie! Codice fiscale już mamy i tak naprawdę mogliśmy go mieć dawno temu, ale taki jest przepływ informacji w gminie. Zaufałam temu co powiedzieli w urzędzie, zamiast oprzeć się na tym co wyczytałam w sieci. Tak czy inaczej - załatwione! Jedna formalność mniej! Dziś też odbieram klucze do domu, a jutro idę wreszcie podpisać umowę. Już za chwilę zaczniemy osiadać "na stałe".

Do Casaluccio jeździmy niemal każdego dnia i wracamy z pełnym bagażnikiem. Niby tylko trzy lata, a rzeczy nagromadziliśmy mnóstwo. Z każdej szuflady, z każdego kąta wyskakują nowe niespodzianki - rysunki dzieci z pierwszego pobytu, korek od sylwestrowego szampana z 2012 roku, ubrania, z których chłopcy w międzyczasie wyrośli, lampki - gwiazdki, którymi dekorowaliśmy dom na zimę, słoiki, butelki, obrusy, książki ... litania klamotów, której końca nie widać!


Tymczasem Italię nawiedziły deszcze tak intensywne, że ciężko to sobie wyobrazić. Najbardziej ucierpiała właśnie Toskania. Lawiny błotne zalewają drogi i domy, okolice Sieny, Lukki i Florencji ucierpiały bardzo. Marradi jak zwykle zostało oszczędzone, niemniej nocne opady i burze poderwały nas wszystkich na nogi. Ulice zamieniły się w rwące rzeki. Ziemia z zaoranych pól pokryła niebezpiecznie asfalt. Dziś ma być chwila oddechu, ale zapowiadają że jutro ma powrócić ulewny armagedon.


PIOGGIA to po włosku DESZCZ

poniedziałek, 21 października 2013

Drobne zapiski


Zaczyna się intensywny tydzień, dni pod znakiem przeprowadzki i biurokracji. Trzymajcie kciuki, żeby wszystko poszło pomyślnie. Tymczasem zostawiam krótki wpis, który znalazłam w toskańskim notesie. W niedzielne popołudnie, kiedy pożegnałam przyjaciółkę zrobiło mi się tak sentymentalnie na duszy, że przyklejona do rozgrzanego kominka zajęłam się lekturą własnych wspomnień.


Z toskańskiego notesu, sierpień 2013
Obserwując włoskie poranki, popołudnia i wieczory zastanawiam się na czym polega włoski fenomen, który sprawił, że Italia tak mnie w sobie rozkochała. Jakże różne to życie od warszawskiego ... Inne jest wszystko - poczynając od spraw wielkich, najbardziej oczywistych, a kończąc na niuansach, drobiazgach najdziwniejszych. Nawet wyraz twarzy przechodniów sprawia, że też się uśmiecham. I ta zieleń, która mnie otacza, wciąż soczysta, tak kojąca, kołysze myśli i uspokaja.
To nie jest inny świat ... to całkiem inna galaktyka.
 

niedziela, 20 października 2013

Codzienność


Minął pierwszy miesiąc szkoły. Połowa października. Ludzie powoli przyzwyczajają się, że tu jesteśmy, choć wciąż zagadują, dopytują jak nam się żyje. A zatem jak nam się żyje? Dobrze!

 

Dzieci są radośniejsze, swobodniejsze, wtopiły się we włoski krajobraz z niesamowitą łatwością! Nie przypuszczałam, że ta rewolucja tak odmieni ich życie. Stali się bardziej niezależni, bardziej dorośli. 

 

Tomek bawił się wczoraj na pierwszej włoskiej imprezie urodzinowej. Jechał podekscytowany z prezentem pod pachą. A kiedy wrócił buzia mu się nie zamykała, był tak uradowany i wybawiony jak chyba nigdy przedtem! We wtorek dla odmiany na urodziny idzie Mikołaj. Dzieci przyjęły ich do swojego grona i "zabiegają o ich względy". 

Ponieważ przez większość dnia przebywają wśród rówieśników ich postępy w mówieniu galopują! Zwłaszcza Tomek zaskakuje, Mikołaj jest trochę bardziej nieśmiały.



 

 Żyjemy skromniej, ale pełniej, intensywniej i na pewno spokojniej. Dostrzegamy piękno w zwykłych rzeczach, jeszcze wyraźniej niż przedtem. Oczarowuje wszystko... kolor liści na drzewach, widok kasztanów, wzgórza me mgle, uśmiech dzieci, wszystko ...


Ja wciąż walczę ze słynną włoską biurokracją. Umowa najmu, którą miałam podpisać ponad trzy tygodnie temu utknęła gdzieś w biurze, a co za tym idzie utknęły też wszystkie formalności. Jesteśmy zmęczeni, bo trochę tu, trochę tam, jak Cyganie. Rzeczy rozrzucone mamy na trzy domy, za chwilę na cztery, bo część jeszcze w Warszawie, część w Lutirano, a reszta u Mario. Dzieci po szkole pytają zawsze - gdzie dzisiaj śpimy??? Już byśmy chcieli rozpakować się w jednym miejscu, oswoić nowy dom, dopieścić go. Na szczęście "już" we wtorek odbieram klucze do nowego lokum i w końcu odetchniemy, choć pracy na początku będzie niemało. Dobrze, że rąk do pomocy nam nie brakuje!! 


Dziś niedziela, czyli trzecia sagra kasztanowa, mgła za oknem nie napawa optymizmem, a jak na złość właśnie dziś wyjątkowo zależy mi na dobrej pogodzie. Za kilka godzin spotkam się z przyjaciółką, nie widziałyśmy się prawie pół roku, już nie mogę się doczekać:)


Zdjęcia do dzisiejszego artykułu to taki wycinek z codziennego życia. CODZIENNY to po włosku QUOTIDIANO.

Drukuj