niedziela, 22 września 2013

Czy jest Thomas?


Każdego dnia odkrywam nowe plusy naszej decyzji. Każdego niemal dnia dzieje się coś, co mnie zaskakuje. Nawet samo Marradi jakbym odkrywała na nowo. Okazuje się, że jeszcze tyle rzeczy o miasteczku nie wiem. Dzieci wciąż powtarzają, że czują się jak na wakacjach, choć pracy mają sporo. Ale kiedy wychodzą ze szkoły, wciąż jest ciepło jak w lipcu, wciąż świeci słońce i wciąż są w Toskanii. Kiedyś na pewno to wrażenie się zatrze, ale teraz serce mi skacze z radości, kiedy widzę ich bardziej pogodnych, radosnych i ... wolnych. 



Któregoś popołudnia zapomnieliśmy o drobnych zakupach, a że dzieci rozłożyły się na tarasie z nową zabawą, nie chcieliśmy ich odciągać i na kwadrans mieli zostać sami. Nim dojechaliśmy do głównej drogi zatrzymała nas Tomka koleżanka z klasy - Anna. Dziewczynka z tak miłym i szczerym uśmiechem, że nie sposób jej nie polubić. To ona jako jedna z pierwszych podeszła do trzęsących się ze strachu chłopców w dniu rozpoczęcia szkoły. Tym razem podjechała na rowerze, dała znak ręką by zatrzymać samochód a potem zapytała: 
- Jest Tomas?
Uśmiechnęłam się sama do siebie, bo jeszcze żadna dziewczyna tak o mojego syna nie pytała. 
- Jest - odpowiedziałam - bawią się przed domem. Poproś żeby cię wpuścili. 



Kiedy wróciliśmy po piętnastu minutach przed domem roiło się od dzieci! Krążyli na rowerach, kręcili się po domu. Byłam zaskoczona!! Potem zagadywali nawet mnie, przedstawiali się, opowiadali o szkole i o moich chłopakach, a ja nie mogłam się nadziwić ich otwartością!
Gdy skończyli zabawę w domu, wyszli na "ulicę" - choć to nieodpowiednie słowo, bo ulica kojarzy mi się z czymś innym, niebezpiecznym. Tomek i Mikołaj popatrzyli na mnie pytająco.
- Idźcie - powiedziałam - możecie iść z dziećmi, nie wychodźcie tylko na główną drogę. 
Otworzyli szeroko oczy ze zdumienia, jeszcze niepewni, a potem pobiegli za dziećmi, weseli, radośni, wolni...

3 komentarze:

  1. Cudownie! Pięknie tam u Was :-)Te widoki... Ach... zapiera dech w piersiach.
    A dzieci... zawsze chciałam by moje córeczki tak mogły biegać "po ulicach", nawet większość dnia z przyjaciółmi. Ale masz rację... Tutaj, nie da rady :-( Ja mieszkałam w mniejszym mieście i tak właśnie wspominam swoje dzieciństwo. Bieganie, zabawy z przyjaciółmi po całej "ulicy" i zaglądanie do ich domów na małe co nie co. Bywało tak, że każde z posiłków jedliśmy u kogoś innego :-) Rodzice się nie stresowali, zawsze nas słyszeli ;-) A kiedy chcieliśmy wybrać się dalej, na stadion zawsze uprzedzaliśmy ;-) Ach... wspaniałe wspomnienia. Żałuję, że moje dzieci nie będą miały podobnych :-( Niech Twoi chłopcy wykorzystują te chwile tak bardzo, jak tylko się da. A Wy razem z Nimi :-)Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. o kurcze. ja zupełnie z innej beczki, o czymś co mi nigdy przez myśl nie przeszło.... czy tam dzieci nie mają problemu z tuszą????

    OdpowiedzUsuń

Drukuj