czwartek, 26 września 2013

Bajka o dwóch gęsiach


Bajka o dwóch gęsiach.

15 lipca 2013 Lutirano

A z tymi naszymi gąskami to oszaleć można!! Ale od początku... najpierw wyjaśnię co to za gęsi i skąd one u nas. Jeszcze przed wakacjami Mario zamówił parę małych gąsek i królików. Dzieci miały oswajać się z wiejskim życiem i uczyć odpowiedzialności. Tak więc kilka dni po naszym przyjeździe do Casaluccio przybyła w kartonie niespodzianka dla chłopców. Okazało się jednak, że zamiast większej gromadki przyjechała tylko para gąsek, ale nie tak malutkich jak życzył sobie Mario.



Urządziliśmy im mieszkanie w otwartej drewutni. Niestety na naszą obecność reagowały histerycznym strachem i chowały się gdzie tylko można. Próbowaliśmy każdego dnia oswajać je z okolicą, z podwórkiem, ale były bardziej dzikie niż prawdziwe dzikie gęsi! Dopiero po około tygodniu przestały uciekać i chować się na nasz widok. Chłopcy szybko zrozumieli co to znaczy być za kogoś odpowiedzialnym. Dbali o to, by Kili i Fili każdego dnia miały czystą wodę i pokarm. Pewnego razu, gdy zajęci byliśmy porządkami, gęsi wyszły same na spacer. Oddaliły się od swojego "apartamentu", aż w końcu wylądowały przy bramie. Z racji tego, że Paweł musiał wkrótce jechać do sklepu, przegonił gęsi znów na podwórko. Droga jest tu wąska, a pobocze spada gwałtownie w dół. Nie chciał naszych pisklaków przestraszyć. Nim jednak ruszył, gęsi wróciły tam, skąd je zabrał. Kiedy powtórnie próbował je zagonić przed dom, zaczęły przestraszone uciekać w panice i wkrótce znalazły się na zboczu stromym i niedostępnym. Pięknie! Nie pozostało nam nic innego jak czekać na Mario. A gdy ten przyjechał, zsunął się ze zbocza ze zwinnością Tarzana i jedną po drugiej wyciągnął gęsi z opresji. Staliśmy z Pawłem jak osły, bo to co wydawało się przed chwilą karkołomnym zadaniem, nagle okazało się takie proste.       
- Miałem jedną na rękach - chwalił się Paweł z dumą:) 



To było w lipcu. Potem gęsi wydoroślały, zaczęły mieć swoje przyzwyczajenia i sympatie. Chodziły za nami krok w krok, a jeśli do tego towarzyszyła nam muzyka, przysiadały obok jak prawdziwi słuchacze. Dziwne były. Jadły tylko trawę, nie tykały chleba i innych przysmaków, które im podrzucaliśmy. Śmialiśmy się, że wystarczą gęsi zamiast kosiarki.
W między czasie irytowały nas, złościły i na przemian wzbudzały sympatię. Z czasem zaczęły się coraz bardziej szarogęsić i walczyć o przywództwo! Kiedy jednego dnia decydowaliśmy się by odwieźć je nad rzekę w Marradi, następnego dnia robiły coś, co chwytało nas za serce i decyzję o ich uwolnieniu odkładaliśmy na potem. 



W końcu nadszedł wrzesień, Paweł pojechał do Polski, a ja na ten czas przeniosłam się do Marradi. Gęsi zostały w Lutirano, zaglądaliśmy co kilka dni, czasem nawet codziennie. W sobotę podjechaliśmy pod Casaluccio i natychmiast zmroził nas gęsi krzyk. Dziwny, nigdy wcześniej czegoś takiego nie słyszeliśmy.




Gęś była tylko jedna. Przerażona, rozwrzeszczana, roztrzęsiona, krążyliśmy przez godzinę szukając jakichkolwiek śladów drugiej. Nic... nawet jednego wyrwanego pióra. Stwierdziliśmy, że nie możemy biedaczki zostawić na pastwę losu. Kiedy już się uspokoiła, usiadła w naszych nogach niemal jak pies. Postanowiliśmy zabrać ją do Marradi i zostawić nad rzeką gdzie krąży inne ptactwo wodne.


W Marradi Mario wziął gęś z samochodu i zostawił na brzegu. Ale im bardziej ją chciał zostawić, tym bardziej gęś wracała. W końcu nie było rady! Postanowiliśmy przynajmniej kilka dni potrzymać ją w mariowym ogródku, by oswoiła się z nowym otoczeniem. Nie wkładał jej już Mario do bagażnika, tylko na rękach zaniósł do domu. Aż łza się w oku zakręciła, bowiem gęś przylgnęła do niego całym ciałem, zupełnie jak przestraszone dziecko.  


Wieczorem pojechaliśmy odwiedzić Francesco w Palazzuolo, kiedy wróciliśmy było już późno. Mario natychmiast poszedł sprawdzić jak ma się nasza gąska, ale w ogródku nikogo nie było.
Pocieszające było to, że tu przynajmniej nie wtrącił się na pewno żaden drapieżnik, widocznie sama gąska postanowiła odejść. Nazajutrz kiedy stałam na tarasie z telefonem i opowiadałam Pawłowi co się stało, zobaczyłam w oddali na rzece gęś, naszą gęś.




Chodzimy do niej "w odwiedziny", poznaje nas i reaguje jak pies. Mam nadzieję, że szybko znajdzie sobie towarzystwo, choć nie możemy sobie darować, że nie przywieźliśmy ich tu gdy jeszcze były we dwie. 

1 komentarz:

  1. nikt nie mogł przewidzieć takiego zdarzenia dobrze że choć jedna jest uratowana :D

    OdpowiedzUsuń

Drukuj