poniedziałek, 30 września 2013

Smak życia


Życie pewnie w około dziewięćdziesięciu procentach składa się ze zwyczajnych dni. Tych wyjątkowych, które zapadają w pamięć jest garstka. Muszę jednak przyznać, że ja z wiekiem nauczyłam się dostrzegać niezwykłość w najzwyklejszej nawet chwili... „toskański sen” bardzo mi w tym pomógł.  


Wyostrzone zmysły i nadwrażliwość pozwalają widzieć mi świat w intensywnych barwach.  Tyle drobiazgów wprowadza mnie w euforię...
  Wystarczy, że wiatr dmuchnął mi ciepłym powietrzem w twarz...
  że widziałam dzieci biegnące wesoło po łące...
  że muskałam kłosy idąc przez złociste pole...
  że księżyc „przeturlał” się po naszych wzgórzach...


Jeszcze kilka miesięcy temu nie wierzyłam, że to wszystko tak się potoczy. Myślałam, że moje mrzonki włoskie pozostaną jedynie w sferze fantazji. Nie można nigdy wątpić! Teraz to wiem... I choć przede mną wiele trudnych chwil muszę dać radę. Teraz widzę sens tego co robię.
Rozpakowuję, przepakowuję, życie które przyjechało w workach upchnięte. Układam na nowo...

niedziela, 29 września 2013

Kiwi


Dziś miejscowa ciekawostka:) Pewnie niewielu osobom kiwi kojarzą się z Italią:) Ja też nie widziałam nigdy związku. Ba! Właściwie nigdy nie wyobrażałam sobie jak te owoce rosną, choć należą do czołówki moich ulubionych. Musicie zatem wiedzieć, że okoliczne doliny - zarówno ta maradyjska, jak i ta, gdzie znajduje się Lutirano w ogromnej części pokryte są plantacjami kiwi! Krajobrazowo, być może przydają uroku jednak zapach nie jest najprzyjemniejszy. W pewnych okresach latem jadąc  drogą biegnącą wzdłuż upraw zapach jest drażniący, tak jakby podkiśnięto - wilgotny:) 


Krzaki na pierwszy rzut oka przypominają nieco przerośnięte winorośle, a owoce kiwi wiszą jak bombki na choince.


Czas zbiorów to październik, już jestem ciekawa jak smakują miejscowe owoce. Mamy zamiar kupić skrzynkę od zaprzyjaźnionych rolników, aby potem cieszyć się smakiem owoców przez zimowe miesiące.


sobota, 28 września 2013

Pożegnanie białych sukienek

Wcześniej czy później nawet w Toskanii przychodzi czas, by białe sukienki spakować na kilka miesięcy, zarzucić szalik na szyję, choć o tej porze jeszcze bardziej dla ozdoby niż ciepła, założyć zakryte buty. O ile jednak optymistyczniej robić to, gdy na dworze wciąż 25 stopni. Oczywiście brak mi lata, ale pocieszam się myślą, że tu przyjdzie mi na nie czekać o wiele krócej.


Słońce wciąż mocno świeci, kolory jesieni dopiero nieśmiało zaczynają się wyodrębniać z soczystej zieleni. Jest wciąż pięknie, zbliża się moja chyba ukochana toskańska pora roku... nostalgiczna, aromatyczna jesień. 


W Marradi trwają przygotowania do święta kasztanów. Pierwsza sagra już 6 października.Tym razem i ja będę mogła w niej uczestniczyć, a nawet nie tyle uczestniczyć, co pomagać znajomym. Społeczność Marradi wciąga mnie jak ruchome piaski, a ja poddaje się temu z największą przyjemnością.

piątek, 27 września 2013

O szkole

Znów kilka słów o szkole, bo wrażeń nazbierało się trochę i muszę dać upust emocjom.
Po pierwsze nie do końca rozumiem skąd pogląd jakoby poziom nauczania we Włoszech był dużo niższy niż w Polsce??? Może między szkołą a szkołą są tu znaczne różnice i my również w tej kwestii mieliśmy dużo szczęścia. Niby szkółka prowincjonalna, ja natomiast mogłabym rozpływać się w zachwytach. Atmosfera jest iście rodzinna i serdeczna. Lekcje arcyciekawe i niesztampowe. Choćby dla przykładu - kiedy Tomek miał lekcję o rzekach - poszli całą klasą nad rzekę maradyjską - Lamone.

Odrabianie lekcji na dworze w słońcu Toskanii:)


Książki szkolne chłopców co jakiś czas sama przeglądam, bo są rzeczywiście barwne, ani infantylne, ani przeintelektualizowane. Kiedy Tomek miał nauczyć się czytać pierwsze  „czytanki”, na początku czytaliśmy razem - zaśmiewaliśmy się przy tym do rozpuku, bo historie były zabawne i zaskakujące. Pierwszy wiersz do wykucia na pamięć również mnie zaskoczył, bo nie miał nic wspólnego z rymami częstochowskimi, które upchane były w polskim podręczniku. Oczywiście przez to, że nie dziecięca rymowanka, był też trudniejszy do nauczenia - ale Tomek dostał z niego swoją pierwszą w życiu 10:))) Podczas gdy koleżanka, która siedzi obok i mu pomaga dostała 7:) Wybaczcie muszę się chwalić, bo tak bardzo cieszą mnie te małe sukcesy chłopaków.
Mikołaj na każdej stronie ma napisane bravo albo bravissimo, choć w matematyce między 1 klasą w szkole polskiej a 2 w Italii jest skok ogromny!!
Dziś Tomek miał pierwszą szkolną wycieczkę do sąsiedniego miasteczka, pojechali busem a obiad mieli zjeść nad rzeką, już jestem ciekawa jego wrażeń. Pogoda temu sprzyja!!!

Dodam też, że wszystkie lekcje zaczynają się o 8.00. Szkoła otwierana jest punktualnie o 7.55. Dzieci wchodzą, wieszają bluzę czy kurteczkę na wieszaku obok sali i zaczyna się lekcja, która trwa do 10.00 - albo ciut dłużej, sama dokładnie nie pamiętam. Potem jest przerwa półgodzinna. Znów lekcja, która trwa do 12.20, po tej zaś dzieci mają obiad (przykładowo - mozzarella z pomidorami, pulpeciki i owoc, albo pasta al pesto, ryba i lody). Po obiedzie przerwa trwa jeszcze do 14.00 a potem do 16.00 ostatnia lekcja. O tej też godzinie rodzice zbierają się pod szkołą - to jak spotkanie towarzyskie - każdy bierze swoją pociechę i z tego co obserwuję, większość idzie razem na lody. 
Zarówno rano jak i przy  wyjściu pod szkołę podjeżdża polizia municipale i pilnuje porządku.
Zebrań nie ma, wycieczki szkoła organizuje bez udziału rodziców.  Lekcje zadawane są tylko na weekendy. A wakacje w tym roku zaczną się już 7 czerwca:))
Co tu dużo mówić - inne to życie, całkiem inne....  

czwartek, 26 września 2013

Bajka o dwóch gęsiach


Bajka o dwóch gęsiach.

15 lipca 2013 Lutirano

A z tymi naszymi gąskami to oszaleć można!! Ale od początku... najpierw wyjaśnię co to za gęsi i skąd one u nas. Jeszcze przed wakacjami Mario zamówił parę małych gąsek i królików. Dzieci miały oswajać się z wiejskim życiem i uczyć odpowiedzialności. Tak więc kilka dni po naszym przyjeździe do Casaluccio przybyła w kartonie niespodzianka dla chłopców. Okazało się jednak, że zamiast większej gromadki przyjechała tylko para gąsek, ale nie tak malutkich jak życzył sobie Mario.



Urządziliśmy im mieszkanie w otwartej drewutni. Niestety na naszą obecność reagowały histerycznym strachem i chowały się gdzie tylko można. Próbowaliśmy każdego dnia oswajać je z okolicą, z podwórkiem, ale były bardziej dzikie niż prawdziwe dzikie gęsi! Dopiero po około tygodniu przestały uciekać i chować się na nasz widok. Chłopcy szybko zrozumieli co to znaczy być za kogoś odpowiedzialnym. Dbali o to, by Kili i Fili każdego dnia miały czystą wodę i pokarm. Pewnego razu, gdy zajęci byliśmy porządkami, gęsi wyszły same na spacer. Oddaliły się od swojego "apartamentu", aż w końcu wylądowały przy bramie. Z racji tego, że Paweł musiał wkrótce jechać do sklepu, przegonił gęsi znów na podwórko. Droga jest tu wąska, a pobocze spada gwałtownie w dół. Nie chciał naszych pisklaków przestraszyć. Nim jednak ruszył, gęsi wróciły tam, skąd je zabrał. Kiedy powtórnie próbował je zagonić przed dom, zaczęły przestraszone uciekać w panice i wkrótce znalazły się na zboczu stromym i niedostępnym. Pięknie! Nie pozostało nam nic innego jak czekać na Mario. A gdy ten przyjechał, zsunął się ze zbocza ze zwinnością Tarzana i jedną po drugiej wyciągnął gęsi z opresji. Staliśmy z Pawłem jak osły, bo to co wydawało się przed chwilą karkołomnym zadaniem, nagle okazało się takie proste.       
- Miałem jedną na rękach - chwalił się Paweł z dumą:) 



To było w lipcu. Potem gęsi wydoroślały, zaczęły mieć swoje przyzwyczajenia i sympatie. Chodziły za nami krok w krok, a jeśli do tego towarzyszyła nam muzyka, przysiadały obok jak prawdziwi słuchacze. Dziwne były. Jadły tylko trawę, nie tykały chleba i innych przysmaków, które im podrzucaliśmy. Śmialiśmy się, że wystarczą gęsi zamiast kosiarki.
W między czasie irytowały nas, złościły i na przemian wzbudzały sympatię. Z czasem zaczęły się coraz bardziej szarogęsić i walczyć o przywództwo! Kiedy jednego dnia decydowaliśmy się by odwieźć je nad rzekę w Marradi, następnego dnia robiły coś, co chwytało nas za serce i decyzję o ich uwolnieniu odkładaliśmy na potem. 



W końcu nadszedł wrzesień, Paweł pojechał do Polski, a ja na ten czas przeniosłam się do Marradi. Gęsi zostały w Lutirano, zaglądaliśmy co kilka dni, czasem nawet codziennie. W sobotę podjechaliśmy pod Casaluccio i natychmiast zmroził nas gęsi krzyk. Dziwny, nigdy wcześniej czegoś takiego nie słyszeliśmy.




Gęś była tylko jedna. Przerażona, rozwrzeszczana, roztrzęsiona, krążyliśmy przez godzinę szukając jakichkolwiek śladów drugiej. Nic... nawet jednego wyrwanego pióra. Stwierdziliśmy, że nie możemy biedaczki zostawić na pastwę losu. Kiedy już się uspokoiła, usiadła w naszych nogach niemal jak pies. Postanowiliśmy zabrać ją do Marradi i zostawić nad rzeką gdzie krąży inne ptactwo wodne.


W Marradi Mario wziął gęś z samochodu i zostawił na brzegu. Ale im bardziej ją chciał zostawić, tym bardziej gęś wracała. W końcu nie było rady! Postanowiliśmy przynajmniej kilka dni potrzymać ją w mariowym ogródku, by oswoiła się z nowym otoczeniem. Nie wkładał jej już Mario do bagażnika, tylko na rękach zaniósł do domu. Aż łza się w oku zakręciła, bowiem gęś przylgnęła do niego całym ciałem, zupełnie jak przestraszone dziecko.  


Wieczorem pojechaliśmy odwiedzić Francesco w Palazzuolo, kiedy wróciliśmy było już późno. Mario natychmiast poszedł sprawdzić jak ma się nasza gąska, ale w ogródku nikogo nie było.
Pocieszające było to, że tu przynajmniej nie wtrącił się na pewno żaden drapieżnik, widocznie sama gąska postanowiła odejść. Nazajutrz kiedy stałam na tarasie z telefonem i opowiadałam Pawłowi co się stało, zobaczyłam w oddali na rzece gęś, naszą gęś.




Chodzimy do niej "w odwiedziny", poznaje nas i reaguje jak pies. Mam nadzieję, że szybko znajdzie sobie towarzystwo, choć nie możemy sobie darować, że nie przywieźliśmy ich tu gdy jeszcze były we dwie. 

środa, 25 września 2013

Wypad do miasta

Poranek na stacji kolejowej Marradi

Ranek 24 września 2013

Kiedy byłam mała wakacje spędzałam na wsi, w miejscu zabitym dechami, zapomnianym przez świat. Wielką atrakcją było dla nas wtedy pojechanie pekaesem do miasta! Do miasta czyli do Mińska Mazowieckiego! Nawet dla mnie rodowitej warszawianki to było wydarzenie. Dziś mieszkam w małym miasteczku, ukrytym w górach i teraz też jadę do miasta. Wprawdzie nie pekaesem, a pociągiem i nie do Mińska, a do... Florencji. Zasada ta sama, radość może porównywalna do tej, którą pamiętam z dzieciństwa, zmieniła się tylko geografia...



Jadę do Florencji po raz pierwszy nie jako turystka. Jadę ot tak po drobne zakupy dla dzieci, na krótki spacer. Obok mnie Tina, która Florencję zna jak ja Grochów. To musi być dobry dzień!
  
Wieczór 24 września 2013

To był naprawdę dobry dzień! Pociąg sunął przez mosty, tunele, między zielonymi wzgórzami, przez mgłę Ronty aż w końcu wpadł w słońce Florencji! 
- Co robisz? - pyta Tina, kiedy wyciągam aparat - chyba nie masz zamiaru zgrywać turystki?? 
- Obiecuję, że będę dyskretna! - odpowiadam i obie się śmiejemy.
- Pokażę ci miejsca, których jeszcze nie widziałaś. 
A ja już zacieram ręce! Będę za chwilę w sercu Toskanii, u źródła...



Pierwsze miejsce, do którego prowadzi mnie Tina, to stara, chyba najstarszą apteka o kilkusetletniej tradycji we wnętrzu pięknym jak zabytkowy kościół, z freskami na suficie, z perfumerią i eliksirami zamkniętymi w małych buteleczkach. Jestem tak onieśmielona tym miejscem, że nawet nie myślę o wyciągnięciu aparatu z mojej przepastnej torby. 

 


Potem kilka przydatnych informacji - co i gdzie zjeść przy następnej okazji! 



Przystanek na kawę w Palazzo Strozzi. Tu dołącza do nas brat Tiny z żoną. Cieszą mnie takie chwile, urywki wyrwane z włoskiego życia, nowe osoby, nowe historie. 

 

Idziemy dalej. Poruszanie się po Florencji w tym tygodniu jest utrudnione przez jakieś mistrzostwa świata w kolarstwie, za skarby nie wiem o co chodzi, ale wydarzenie jest chyba ważne, bo do rozkładu jazdy dodają nowe kursy pociągów. 




Snujemy się wąskimi uliczkami, z każdym niemal miejscem wiąże się jakaś anegdota, słucham jak dziecko bajek z otwartą buzią i zachwycam się wszystkim dookoła. Tina żartuje sobie ze mnie i patrzy z politowaniem na aparat fotograficzny!

Poza zabytkami i wycieczką kulturową - pokazuje też miejsca "gdzie i co" mogę kupić. Aż mi się oczy świecą kiedy wchodzimy na dział "dla domu"!
- Teraz musisz mi zawiązać oczy i wyprowadzić mnie stąd jak konia z pożaru! - Mówię do niej.
- Chodź teraz zobaczysz coś naprawdę pięknego.


















Na dachu budynku jest bar z tarasem widokowym. Stąd widać dachy Florencji, a kopuła Duomo zdaje się być na wyciągnięcie ręki. Widziałam już wiele razy Santa Maria del Fiore, w słońcu i deszczu, ale wciąż nie umiem koło katedry przejść obojętnie. Kiedy będziecie w stolicy Toskanii przystańcie tam na dłużej, wpatrzcie się w kolory, linie ... to prawdziwe arcydzieło! 




Zbliża się czas odjazdu mojego pociągu. Odbębniam więc zaplanowane zakupy, ale jestem tak oniemiała od nadmiaru wrażeń, że nie potrafię się skupić między sklepowymi półkami.

 

Na koniec Tina prowadzi mnie do małego lokaliku, który istniał już na początku XX wieku. Winiarnia w piwnicy, z niezauważalnym, niepozornym wejściem. Żadna Francja elegancja. Długie drewniane ławy, ludzie dosiadają się tam, gdzie wolne miejsce, jak w jadłodajni. W menu crostini toskańskie, trippa i lampredotto. Zamawiamy miks przekąsek i dzbanuszek wina. Trwaj chwilo! Jest niezwykle...



Potem kawa na dworcu, buziak, wskakuję do pociągu, Tina zostaje i jedzie do mamy. 
Wyciągam książkę, ale nawet nie potrafię skupić się na lekturze, śledzę krajobraz, który umyka za oknem... Fiesole, wzgórza Mugello. Nie umiem wyobrazić sobie piękniejszego miejsca, moja ziemia obiecana...     

wtorek, 24 września 2013

Przekleństwo trzech kani


"Przekleństwo trzech kani" - tak powinnam nazwać nasze próby szukania grzybów. Mimo, że wszem i wobec mówi się, że grzybów w Toskanii jeszcze nie ma, my z uporem maniaka zapuszczamy się co dwa dni do lasu. Mario prowadzi nas w nowe miejsca, w nadziei, że może jednak ...
Jednakże zamiast prawdziwków czy ovoli znajdujemy kanie! I to zawsze trzy!



Lasy w okolicach Marradi są prawdziwym wyzwaniem. To nie to, co w Polsce - gdzie zwykle jest równiutkie podłoże, ściółka jak malowana. Tu choć pięknie, trzeba się powspinać, czasem przedzierać przez chaszcze, ale za to kiedy trafi się na dywan prawdziwków, to wynagradza wszelkie niedogodności.

Ostatnio zapuściliśmy się znów do kasztanowego gaju, czułam się jak Indiana Jones brnąc przez krzaki w nadziei, że tam gdzie ciężko dotrzeć, może jakiś porcino na mnie czeka. I nagle patrzę ... jest coś brązowego w trawie, duże okazałe ... wyciągam już rękę, już tuż tuż... a wtedy to duże i okazałe ruszać się zaczyna! Jak nie skoczę, jak nie wrzasnę! To co z daleka wydawało się być grzybem, okazało się gigantyczną ropuchą!!! 





O i tyle póki co w kwestii grzybów:) Za to wciąż mamy lato i 27 stopni na plusie, więc szalejemy na tych spacerach do zachodu słońca:) 




poniedziałek, 23 września 2013

Uściskać Mamę w Chorwacji!


Krótka retrospekcja.
Wyjeżdżaliśmy na wakacje z myślą, że tym razem możemy nie wrócić do Polski. Ciężki to był rok. Czasem nie wiem jak nam się udało przetrwać. Ale myślę też, że wszystko jest po coś, może gdyby nie problemy, nie zdecydowalibyśmy się jeszcze, odkładalibyśmy decyzję na lepszy czas, może taki wstrząs był potrzebny...


Przed wyjazdem uprzedziłam więc najbliższych - rodzinę i przyjaciół, że możemy już tym razem zostać w Italii na stałe. Zapewniałam przy tym, że tak czy inaczej wrócimy na początku września nim zacznie się włoska szkoła, usystematyzujemy wszystko, pożegnamy się ładnie i dopiero się wyprowadzimy. 



Jednak z różnych powodów, przyjazd we wrześniu okazał się bezsensowny. Najbliżsi, teoretycznie przygotowani, przyjęli wiadomość o naszym pozostaniu z radością, ale jednak i ze smutkiem. Oczywiście, najbardziej przeżyła to moja Mama, o czym donosił mi na bieżąco mój Brat. W tych  dniach dzielił nas tylko Adriatyk, bowiem moja rodzina przebywała na chorwackich wakacjach. Wsiadaj na prom i przyjeżdżaj, to przynajmniej chwilę się zobaczymy. Mama ma łzy w oczach, od momentu gdy się dowiedziała, że zostajecie. 
Po takich słowach zaczęłam przekopywać internet w poszukiwaniu dogodnych połączeń Ancona - Split. Po szybkim rekonesansie, okazało się, że jednak tańsza i szybsza będzie podróż samochodem. 


Przyjeżdżamy! Nic nie mów Mamie. - Pisałam do Brata w ostatnich dniach sierpnia.    
To miała być niespodzianka i była rzeczywiście. Po blisko dziewięciogodzinnej podróży dotarliśmy do chorwackiego Trogiru. Podróż sentymentalna ... miejsce naszego "miodowego tygodnia". Kiedy niepodejrzewająca niczego Mama odpoczywała na plaży, ja wzięłam dzieci za ręce i ruszyłam na spacer wzdłuż morza... Pierwsza myśl, jaka przyszła jej do głowy, kiedy mnie zobaczyła - jaka podobna do mojej córki, ale to był oczywiście ułamek sekundy:)



Nic więcej nie napiszę, bo chyba każdy może wyobrazić sobie wzruszenie, które temu towarzyszyło. Mieliśmy tylko kilka godzin by nacieszyć się sobą na kolejne miesiące, chcieliśmy opowiedzieć sobie wszystko, bo przecież było o czym opowiadać... 
A potem znów wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy do domu.
Kiedy się żegnaliśmy moja Bratowa tłumaczyła Synkowi - Ciocia już musi wracać, jedzie do domu, do Włoch...
Do domu... - pomyślałam i jeszcze bardziej ścisnęło mnie w gardle ze wzruszenia... Do domu...  

Drukuj