sobota, 24 sierpnia 2013


Z toskańskiego notesu, 30 lipca 2013 Lutirano

Droga do Lozzole od strony Marradi jest zamknięta dla samochodów, bowiem teren dookoła jak okiem sięgnąć jest prywatną własnością. Mario zdobywa dla nas jednak przepustkę, gdyż właścicielka jest jego  dobrą znajomą.
   


Wjeżdżamy na górę świeżo zrobioną, betonową drogą. Kiedy dobra nawierzchnia się kończy, zostawiamy samochód na poboczu i dalej idziemy pieszo. Upychamy w plecaku wodę i owoce, bo z nieba leje się prawdziwy żar. Pierwsze metry prowadzą przez wilgotny lasek, zacieniona ścieżka daje nam wytchnienie.
    


Kiedy wychodzimy na otwartą przestrzeń zaczynam piać z zachwytu. Jest przepięknie. Nie mam słów by to opisać. Te moje „pięknie”, „przepięknie” i „cudnie” są już takie wyświechtane.
     
Po kilkuset metrach przystajemy by złapać oddech. Dzieci zafascynowane oglądają każdego robaka, każdy kwiatek i kamyk. Doszukują się prehistorycznych śladów w kamieniach, którymi wyściełana jest droga. Wokół nas jak ciężkie bombowce krążą jelonki, rozmiary niektórych są naprawdę imponujące. 

Kończymy postój i ruszamy dalej, a już po dwóch krokach Mario pyta:
- Widzisz coś?
- Co? - rozglądam się i natychmiast odkrywam, że ciemny zarys, za którym chowa się słońce to nie drzewa a zabudowania Lozzole.
- No wiesz! Robisz nam postój przed samym szczytem??? - boczę się - Nie myślałam, że to już! 
- Taki mały żarcik! - śmieje się Mario - mówiłem ci, że to krótka i łatwa trasa.

 

Kiedy docieramy na szczyt, z kamiennego kościoła wychodzi mężczyzna. Potem dowiaduję się, że mieszka tam nielegalnie. Tak czy inaczej rozmawiamy chwilę a „gospodarz” proponuje nam kawę i zaprasza nas do środka.
- Mówią, że zadzwonienie dzwonami w Lozzole przynosi szczęście. Chcecie spróbować?
Szczęście??? Nie trzeba nas dwa razy zachęcać, każdy chce pociągnąć za sznurki dzwonnicy.
Wkrótce rozbrzmiewa się delikatne „ding dong”, a ja zamykam oczy i myślę sobie ... niech się spełni!!!! 
 


Obchodzimy kościół dookoła i robimy setki zdjęć. Zaglądamy do kaplicy, w której wisi wyrzeźbiony przez miejscowego artystę drewniany Chrystus. Na koniec wpisujemy się do pamiątkowej księgi. Tomuś jest tak przejęty, że chce sam napisać kilka słów od siebie.
    


Przed powrotem wspinamy się na jeszcze jeden szczyt, na którym stoi tylko krzyż. To na pewno stamtąd robione są zdjęcia, które widziałam w sieci, gdy szukałam Lozzole. Ja też chcę sfotografować kościół z góry. Widok, który się stąd rozpościera hipnotyzuje, wycisza i uspokaja. 





Jestem dumna z chłopaków, skaczą jak górskie kozice, nie narzekają na upał ani wspinaczkę. Prawdziwi piechurzy!
Kiedy jesteśmy znów na drodze prowadzącej w dół doliny, nagle blisko nas rozlega się tętent końskich kopyt. Trzy galopujące konie przebiegają nam drogę. Zamieram w bezruchu, z podziwu i ze strachu.
 


Tyle magii w jednym miejscu, tyle niezwykłości w jednym zwykłym dniu ...

2 komentarze:

  1. prawdziwe cudo zdjęcia super tylko ten żukol nie pasuje aż mnie ciarki przeszły

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem pod wielkim wrażeniem chłopców. W dzisiejszych czasach to niezwykła rzadkość, że potrafią cieszyć ich takie rzeczy jak przyroda, wycieczki, czy pikniki. Tego chyba najbardziej Ci zazdroszczę, nawet bardziej niż tych widoków. Mój syn, pomimo moich wielkich starań, (a jest w wieku Tomka) zachwyca się tylko komputerem :(

    OdpowiedzUsuń

Drukuj