piątek, 28 czerwca 2013


Dziś na kilka dni się z Wami żegnam. Mam nadzieję, że w wakacje też będziecie tu czasem zaglądać, a ja obiecuję pisać jak najczęściej. Minął ten rok nie wiem kiedy i znów pakuję walizki. Myśli przez głowę galopują... te dobre gonią te złe i odwrotnie. Nie wiem co przyniosą najbliższe miesiące, staram się nie planować. Teraz tylko marzę, bo marzyć mogę bezkarnie...
- Italia cię kocha! - pisze Mario.
- To ja kocham Italię! - odpowiadam. 
Kocham ten kraj ze wszystkimi jego absurdami, nonsensami, problemami. Po prostu ... zwyczajnie ... niewytłumaczalnie.

A presto! - to znaczy - "Do zobaczenia wkrótce!"

czwartek, 27 czerwca 2013


Stare fotografie mają w sobie magię i niepowtarzalny urok, coś w nich jest szczególnego... Kiedy Mario odnalazł u mamy swój album z czasów młodości, nie mogłam się doczekać by go zobaczyć. A gdy już w końcu go obejrzałam, z wrażenia zapomniałam zrobić zdjęcia. A szkoda, bo to nie jest zwykły album, to raczej pamiątkowa książka młodego chłopaka, pełna różnych fotografii, zapisków, wspomnień. Oglądałam ją z prawdziwym namaszczeniem.


Uwielbiam słuchać opowieści o zamierzchłych czasach, a Włochy minionego wieku to mój ulubiony temat. Kiedy Mario wspomina lata swojej młodości i pobyt w Palermo słucham jak zaczarowana. I już nie mogę doczekać się nowych historii, które za chwilę wypełnią mój toskański notes.



  
Inne życie, inne czasy, inne Włochy ... Tyle fascynujących historii jeszcze do opowiedzenia i do spisania!

Zdjęcia do tego artykułu udostępnił mi Mario, oczywiście wraz ze zgodą na ich publikację.

Słówko na dziś - to GIOVANE - czyli MŁODY/A

środa, 26 czerwca 2013

Wybaczcie, ale klasycznego posta dziś nie będzie. Nasz Przyjaciel stracił najbliższą osobę. Pisanie więc o kuchni, zapachach, widokach czy nawet tęsknocie jakoś mi nie leży:( Wkrótce zadedykuję tej osobie obszerny post, bo jak mówi Mario - o niej można było napisać książkę.

wtorek, 25 czerwca 2013

Aktor jednej sceny

Wczoraj Mario umieścił na facebooku stare zdjęcie, zrobione podczas jednego z naszych pikników. Bardzo je lubię, bo przypomina mi tamten dzień, który za sprawą przypadkowego spotkania pozostanie zawsze w pamięci.



Siedzieliśmy jak zawsze w cieniu nad rzeką, byliśmy już po obiedzie, na stole stały owoce i słodkości. Wtedy podjechał samochód, zatrzymał się nieopodal i wysiadła z niego starsza para. Pani bardzo uprzejma, dziarsko się przywitała i przeprosiła, że zakłócają nam spokój. Pan natomiast, starszawy, z laseczką, równie uprzejmy jak jego żona od razu zaczął dowcipkować i pajacować. Kobieta przeprosiła jeszcze raz za męża i powoli się oddaliła, jednak mężczyzna ani myślał do niej dołączać. Zachęcony uśmiechami przysiadł się do naszego stołu i zaczął z nami rozmawiać. 
Pytał się oczywiście skąd jesteśmy, co tu robimy. A na hasło, że jesteśmy Polakami - znalazł szybko kilka historii o tym, jaki to miły naród, opowiedział nam o sąsiadach Polakach i o lekarce Polce. 

Po pewnym czasie kobieta wróciła, ale zamieniła tylko kilka słów, po czym znów przeprosiła za męża i poszła na krótką drzemkę do samochodu. Mężczyzna tylko się zaśmiał, powygrażał laską, na co jego żona machnęła ręką, a my zapewnialiśmy, że naprawdę bardzo nam miło w jego towarzystwie.

Dziadek wyglądał jak z kreskówki, miał szczeciniaste wąsy, uśmiech od ucha do ucha, szelmowskie spojrzenie, a na głowie kapelusik. Siedział z nami dość długo i w tym czasie myślę, że opowiedział nam połowę swojego życia, a że opowiadał porywająco - jak na bajarza przystało - słuchaliśmy jak zaczarowani.

Niesamowite są takie momenty, nagle pojawia się ktoś znikąd, przez chwilę ubarwia nam życie a potem się żegna, odjeżdża i zostawia po sobie jedynie przemiłe wspomnienie.

NONNO to po włosku DZIADEK

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Przed końcowym odliczaniem

Tęsknię za równowagą i spokojem, za głębokim snem i za ciszą. Za polami, za zapachem lip, za moją krainą łagodności. Jeszcze nie mam odwagi patrzeć w kalendarz, nie mam odwagi odliczać i planować.
Za kilka dni dam się porwać, dziś próbuję się wyciszyć...
Nie patrzę dalej niż godzinę na przód, choć tak ciężko opanować emocje... 


Czasem w trudnych momentach oglądam moją blogową mapę statystyk i kiedy widzę, że to co piszę czytają osoby w różnych, najodleglejszych zakątkach świata, to dodaje mi skrzydeł. Ot potęga internetu!! Niektórzy mi dziękują i piszą, że to ja przypomniałam im o tym, że trzeba marzyć, że trzeba odnaleźć w sobie odwagę i mieć dużo konsekwencji, że trzeba mieć jakąś pasję, która będzie nas napędzać, która będzie takim wiatrem w żagle. Bez tego życie jest płaskie... 

FORTE to po włosku SILNY/A

niedziela, 23 czerwca 2013

Córeczka Tatusia



Dzień Ojca....
Jedyne co mogę zrobić to znów pojechać na cmentarz, przełknąć gorycz i tęsknotę, ale ta tęsknota tak naprawdę nigdy nie mija i na pewno nie minie ... Zazdrość wzbudza we mnie widok córki i ojca - nie ważne czy małej dziewczynki, którą tata niesie na ramionach, czy córki znajomych którą ojciec zabiera na zakupy, czy dorosłej kobiety, która mówi, że choć "stara" wciąż jest córeczką tatusia. Żal i pustka.... Chciałabym choć przez chwilę znów być małą dziewczynką, której tata kupuje książki i srebrny pierścionek z niebieskim oczkiem. 
Ostatnio rozmawiałam długo z kimś, kto go ciepło wspominał. 
"Byłaś córeczką tatusia, wszędzie cię ze sobą ciągnął, wpatrzony był w ciebie jak w obrazek, z resztą tak jak i ty w niego. Gdzie on tam i ty..."   

Wszystkim TATUSIOM w dniu Waszego święta - SZCZĘŚCIA PONAD MIARĘ!

Dzień Ojca po włosku to  Festa del Papà, ale tam obchodzony jest 19 marca.

sobota, 22 czerwca 2013

Ulotne chwile


Szukając pewnych zdjęć przed końcem roku szkolnego natrafiłam przypadkiem na zdjęcia z naszych pierwszych toskańskich wakacji. Rozczuliłam się, a łzy strzeliły jak wstrząśnięte spumante z odkorkowanej butelki. To wszystko wydaje się tak niedawno, jednak po dzieciach widać, że to już szmat czasu. Ileż momentów utrwalają fotografie ...
Pierwsze kroki Mikołaja, pierwsze w ogóle i pierwsze na toskańskiej ziemi...


Pierwsze prawdziwe włoskie lody Tomaszka ...


Wycieczka do słynnego Greve, o którym już kiedyś niepochlebnie pisałam:


I Mikołaś krążący między barowymi stolikami ...


I ja ... czy już wiedziałam? Raczej nie, jeszcze chyba byłam nieświadoma zmian jakie we mnie zachodziły ...

 

Chwilę po tym jak zostało zrobione to zdjęcie, jacyś chłopcy krzyknęli z samochodu - Ciao bella! - Paweł nie był jeszcze znieczulony i obojętny na takie komentarze, nastroszył się groźnie jak indor, tylko moja mama siedząca obok śmiała się w najlepsze:) Dziwne, że pamięta się takie drobiazgi, ale rzeczywiście, toskański czas zapisuje się w mojej głowie z najdrobniejszymi detalami, które wciąż, mimo mijających lat, pozostają żywe w pamięci.


Muszę zwolnić trochę miejsca na komputerowym dysku - na nowe wrażenia i widoki, po prostu na nowe, które nadejdzie... 

piątek, 21 czerwca 2013

Grappa!

Co to jest grappa - wie pewnie każdy, ale jednak słów kilka napiszę. Grappa to wysokoprocentowy alkohol, który wytwarza się z tego co zostało z winogron przy produkcji wina. Dobrą grappę powinno się pić w temperaturze pokojowej, w ten sposób można docenić w pełni jej smak i bukiet. Tak mówią specjaliści. Grappę pije się po obiedzie, "na trawienie" ale popularne jest też dolewanie jej do kawy - szczególnie na północy kraju - tak podana kawa to caffe corretto. Mario mówi, że w niektórych miejscach jest to tak naturalne, że gdy zamawia się kawę, trzeba szybko zakryć filiżankę dłonią na znak, że wysokich procentów w niej nie chcemy.
 










Sfotografowałam mój pierwszy kieliszek grappy, który okazał się też być ostatnim. Chyba nawet go nie dopiłam. Zdecydowanie nie jest to trunek w moim guście, pozostanę przy winie, a na deser zadowolę się jednym z likierów, których w Italii jest pod dostatkiem. Słodkie, kolorowe i kremowe, bananowe, orzechowe, cytrynowe - cała paleta smaków! Dla koneserów i miłośników grappy jeszcze jedno zdjęcie:


Słówko na dziś to BERE - czyli PIĆ.

czwartek, 20 czerwca 2013

Znajomości

Kiedy moja mama przyjechała do Toskanii wybrałyśmy się pewnego wieczoru na spacer po Marradi. Odbywał się wtedy jeden z dziecięcych targów. Niemal co druga mijająca nas osoba zagadywała mnie lub przynajmniej rzucała przelotne "ciao!". Mama była pod wrażeniem, że rzeczywiście jestem wśród swoich, że tyle osób znam. Chyba wtedy po raz pierwszy sama zwróciłam na to uwagę. 


Teraz te osoby wciąż dopytują się kiedy przyjadę, ale o tym pisałam już nie raz i przyznam, że już się trochę przyzwyczaiłam. Co nie zmienia faktu, że cieszy mnie to ogromnie. 
Zaskoczeniem był dla mnie jednak pewien telefon, którego się nie spodziewałam.
Zadzwoniła do Mario Paula z naszego ulubionego kąpieliska w Milano Marittima, chciała wiedzieć co u nas słychać i oczywiście kiedy zawitamy nad morze. To niesamowite, że wśród tylu klientów, którzy przewijają się przez plażę właśnie nas tak zapamiętała i polubiła. Mam nadzieję, że niedługo znów się zobaczymy.   


CONOSCERE to po włosku ZNAĆ

środa, 19 czerwca 2013


Uderzyło w Italię gorące, afrykańskie powietrze! Po kapryśnej wiośnie nadeszło lato. 

- Popatrz jak pięknie! Jak się żółcą ginestre na łąkach! - mówi Mario i szybko wysyła zdjęcie. 
- Ach! - wyrywa mi się mimowolnie i aż ściska mnie w gardle z zazdrości, bo jeszcze nie mogę tego  zobaczyć na żywo! 
- Zapach jest taki silny, że czuć go nawet przed moim domem.
- Myślisz, że jeszcze przez tydzień kwiaty się utrzymają? - pytam niepewnie.
- Certo! Przecież dopiero zaczęły kwitnąć!
- Kiedy wakacje w Polsce dzieci zaczynały około 20 czerwca mogłam się zapachem  ginestre nacieszyć do woli. Ale gdy przyjechaliśmy w zeszłym roku, kwiaty już opadały, bałam się, że w tym roku będzie podobnie.
- Możesz być spokojna, przez kapryśny maj wszystko jest opóźnione.
- To dobrze! Pokaż mi jeszcze swój ogródek - proszę tęsknie!  
Po chwili na skrzynkę mailową przychodzą kolejne zdjęcia. 









Jeśli więc w naszym ogródku w Casaluccio skończą się warzywa, mamy mocne wsparcie ze strony Mario. Pomidorów, ogórków i sałaty z pewnością nam w tym roku nie zabraknie!

Ogródek warzywny - to po włosku ORTO.

wtorek, 18 czerwca 2013

- Mamusiu, ale jak przyjedziemy do Lutirano, to od razu po wypakowaniu walizek jedziemy do Lorenzo? - pyta Tomuś. 
- Od razu ... od razu ... - odpowiadam.
- To dobrze ...



Spragnione są dzieci toskańskiego świata nie mniej niż ja. Temat Italii przewija się co chwilę: przy obiedzie, na spacerze, przed snem i po otwarciu oczu o poranku, a ilekroć siadamy wszyscy razem do stołu, natychmiast improwizuję intensywny kurs włoskiego. 

stanowisko uniwersytetu w Gruzji
Weekend minął w wyjątkowo miłej atmosferze, aktywnie, dedykowany głównie dzieciom. Zaczęliśmy z pompą już w piątek - wspólną imprezą urodzinową chłopców, która była nadzwyczaj udana, dzieci dziękowały mi kilkakrotnie. Sobota upłynęła pod znakiem pikniku naukowego na stadionie narodowym, a niedziela już rodzinnie, spokojnie, spacerowo. Cokolwiek jednak by się nie działo wokół nas, myśli są już 1600 km stąd. Jeszcze cicho, jeszcze nieśmiało, rodzą się nowe pomysły, plany, marzenia. Mówimy szeptem, półsłówkami, jakby brakowało odwagi, jakby słowa mogły zdmuchnąć, to co mimo dystansu jest już tak blisko.  



Płonąca ręka Tomka
Kawałek murawy na płycie stadionu i głupie złudzenie optyczne;)
"Odpoczynek" w cieniu:)
 DESIDERARE - to znaczy PRAGNĄĆ

poniedziałek, 17 czerwca 2013


Nello dzwoni raz na tydzień. Dopytuje nieśmiało kiedy będziemy. Zasypuje mnie miłymi słowami, że czasem odbiera mi mowę. Wiem jak bardzo czeka na nasz przyjazd, a może nie wiem ... może sobie nawet nie wyobrażam jak ubarwia to jego życie. 
Już go widzę jak podjeżdża swoim quadem, zwykle w porze kolacji. Przystaje nieśmiało. Po czym schodek po schodku, zachęcany przez nasze ciepłe słowa i kuchenne zapachy, przybliża się zawstydzony, przepraszając i tłumacząc, że on tylko na chwilkę, że nie chce przeszkadzać, że zaraz sobie pójdzie, bo w domu czekają na niego z jedzeniem.
A potem siada z nami przy stole. Dostawiamy nakrycie. Za wino dziękuje, bo mu szkodzi, ale tym co na talerzu chętnie się częstuje. Widać jak mu dobrze... A nam miła jest świadomość, że w tak prosty sposób możemy kogoś uszczęśliwić. Opowiada nam o rodzinie i  jej koligacjach, o życiu na wsi toskańskiej, o ciężkiej pracy, o swojej młodości. Ja odwdzięczam się opowieściami o Polsce, o moim dzieciństwie, o wszystkim co przyjdzie do głowy. Mało kto słucha z taką uwagą jak Nello. Jest autentycznie ciekawy, jakby chłonął całym sobą każde słowo, które do niego dociera. 
W końcu, kiedy wieczór robi się późny, niechętnie podnosi się od stołu.
- W domu będą się gniewać - mówi przestraszony.      


Kiedy wyjeżdżamy, mówi, że robi się pusto w jego życiu. Czy można usłyszeć coś piękniejszego? 

Za kilka dni pewnie znów zadzwoni.
FARE FELICE - to znaczy po włosku USZCZĘŚLIWIAĆ

niedziela, 16 czerwca 2013

Wzruszenia końca czerwca

Zaczynam się rozczulać i wzruszać, koniec roku szkolnego ma chyba to do siebie. Nagromadzenie wrażeń z ostatnich miesięcy, robi swoje. Wspomnienie wydarzeń tych miłych i tych, o których chciałoby się zapomnieć wywołuje we mnie wewnętrzne dygotanie. 
- Co będziemy robić? - pyta Paweł - opowiedz mi! - prosi i zamyka oczy...

A ja zaczynam swoją litanię, daję się ponieść fantazji, wspominam zeszły rok, naszą podróż, minutę po minucie, kilometr po kilometrze. Krawaty ściągane w pośpiechu, obiad na trasie i nocleg w Austrii i cudownie letni poranek w pensjonacie pośród winnic,  i uścisk Nello na powitanie, i Mario, i Lorenzo i pierwszy kieliszek wina i zapach lip delikatny, powoli gasnący.  Już bym chciała... już... już ściska mnie w gardle... 


VOLERE - to znaczy CHCIEĆ!

sobota, 15 czerwca 2013

W naszej rodzinie mężczyźni są tak samo kreatywni i aktywni w kuchni jak kobiety. Nic więc dziwnego, że ta pasja udzieliła się też Mikołajowi i Tomkowi. W zeszłym roku chłopcy zażyczyli sobie w prezencie od babci komplet garnków. Babcia otworzyla oczy ze zdumienia, ale życzenie spełniła. Zabawa była przednia!

Są przeszczęśliwi, kiedy mogą przygotować coś "na serio", nawet zwykłe wymieszanie ciasta naleśnikowego sprawia im przyjemność. Wiadomo że, w Toskanii mogą się wyżywać kulinarnie do woli. Tam jest łatwiej. Po pierwsze z racji dostępności darmowych produktów, a dwa - teren przed domem, jest alternatywą dla kuchni. Czasem wymyślają autorskie dania, a czasem tworzą coś na konkretne zamówienie. My - dorośli degustujemy, smakujemy, ale zdarza się nam też i słono zapłacić, gdy dzieci  bawią się akurat w restaurację. Wszystko na poważnie:)


Chłopcy uwielbiają kulinarne programy, książki i prasę. Dużo się uczą i sami mają już wyrobione smaki, na szczęście są otwarci na to co nowe i nie straszne im nawet najbardziej wymyślne potrawy.


Gotowanie jest prawdziwą sztuką, wspaniale jest się w tym rozkochać, cieszę się, że chłopcy radość z gotowania już powoli w sobie odkrywają! Oby kwitła w nich jak najdłużej!



KUCHARZ to po włosku CUOCO!

Drukuj