sobota, 11 maja 2013

Wyjście w góry jest bardziej spektakularne niż pojechanie na krótki spacer i na lody do miasteczka. Jednak i tak banalne "atrakcje" mają swój niezaprzeczalny urok. 


 Lipiec 2012, z toskańskiego notesu

Po południu jedziemy do Felice do Lutirano, innego sklepu przecież tu nie ma. Kupujemy lody, zwykłe w papierku nie prawdziwe nakładane szpatułką, bo żeby zjeść takie, to już trzeba się pofatygować do Marradi. A my dziś jesteśmy leniwi. 



Idziemy z tymi naszymi lodami nad rzekę. Niby tak blisko, ale nigdy tu nie zaglądaliśmy. Dzieci jak to dzieci - dla nich już pełnia szczęścia, bo a to kamyk, a to patyk... siup w wodzie lądują, rzucają do odmętów wszystko co znajdą na ziemi. 

 


Spacerujemy zacienioną ścieżką do pierwszego mini mostku. Lody w małych kosteczkach podjadamy z apetytem. Potem na tym mostku siadamy, bo dalej już nie ma gdzie iść, chyba że do kogoś, do domu. Ściągamy buty, stopy zanurzamy w orzeźwiającym potoku, bo to przecież bardziej potok niż rzeka. Pod nami woda płynie trzema betonowymi tunelami dzieci puszczają statki vel patyki i zakładamy się - którym otworem wypłyną. Głupota taka, a uciechy przy tym co niemiara. 



Wracamy i na zakończenie udanego spaceru przystajemy przy fontannie. Nie ma to jak chłodny prysznic w upalne popołudnie. I znów dzieci szaleją przy wodzie, ja trzymam się z daleka i obserwuję mój rodzinny teatr przez obiektyw aparatu. 
Ot scena z toskańskiego życia, kolejny wyrywek, jeszcze jedna chwilka...

POTOK to po włosku CORRENTE




 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj