czwartek, 25 kwietnia 2013

Biegiem do mety


Biegać zaczęłam kilka lat temu. Początkowo traktowałam to jako odzyskiwanie formy po urodzeniu dwójki dzieci. Jednak szybko okazało się, że bieganie uzależnia. Zaczęłam brać udział w imprezach biegowych typu RUN Warsaw, a w konsekwencji zrodziło się marzenie o wystartowaniu w maratonie. Dwa lata temu zaczęłam więc biegać bardzo intensywnie i na coraz dłuższych dystansach, w tym czasie grałam też w tenisa i chyba to wszystko okazało się zbyt wielkim wyzwaniem dla moich kolan. W czasie jednej z przebieżek po Parku Skaryszewskim noga zaczęła mi sztywnieć a kolano boleć jak szalone, dowlokłam się więc do samochodu ciężko przestraszona. Finał mojej kariery maratończyka miał miejsce na oddziale ortopedycznym szpitala na Szaserów. Tam usłyszałam, że jeśli chcę zachować kolano w dobrym stanie, muszę skończyć ze sportami obciążającymi stawy kolanowe. Pożegnałam więc rakietę tenisową i marzenie o starcie w maratonie. Nie znaczy to oczywiście, że zrezygnowałam ze sportu, są inne formy aktywności, którym jestem wierna.

Pisałam już na blogu o scarpinacie, która organizowana jest w Marradi na przełomie lipca i sierpnia. Jednak scarpinata to dla mnie zwykły spacer, na którym może się popisać nawet dziecko czy staruszek. Prawdziwym wyzwaniem jest bieg 100km del Passatore!    Już od kilkudziesięciu lat organizowany zawsze pod koniec maja. Uczestnicy starują we Florencji a meta jest w Faenzie.





Samo 100 kilometrów brzmi dla mnie absurdalnie, niewyobrażalnie! Ale ja do tego znam doskonale tę trasę, na której nawet samochód zipie jak stary parowóz. Wyobraźcie sobie, że w najwyższym punkcie trasy tj. na Passo della Colla biegacze znajdują się na wysokości 913m! Wielki więc szacunek i czapki z głów dla uczestników, bo to jest prawdziwy wyczyn! W biegu Passatore startuje zwykle nasz przyjaciel Massimo, który nogi ma chyba z żelaza, ale cóż się dziwić! Dla niego przebieżka do Brisighelli i z powrotem (to około 70 km) jest spokojną rozgrzewką. Mnie nawet w szczytowej formie, w połowie znieśliby na noszach! Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się stanąć na trasie biegu w Marradi, kiedy Massimo po raz kolejny będzie udowadniał sobie i innym że jest wielki. Pomacham mu wtedy i sama zrobię pamiątkowe zdjęcie! 



A skąd wzięła się nazwa biegu? Kim był Passatore? O tym opowiem jutro:)

Słówko jest jasne, prawda? CORRERE - BIEGAĆ:)




4 komentarze:

  1. Patrzyłam i patrzyłam na pierwsze zdjęcie i cały czas mi wychodziło, że masz nogi na supeł zawiązane. AKuracik do obecnej serii GW pasuje o iluzjach optycznych na zdjęciach. Widzisz, że wygląda, jakby Ci się nogi w kolanach miejscami zamieniły?

    OdpowiedzUsuń
  2. Nigdy tak tego nie widzialam, ale teraz jak mi powiedzialaś to rzeczywiście:) Wszystko przez ten bialy pasek!

    OdpowiedzUsuń
  3. ja tam się zraziłam do biegania w szkole podstawowej, kiedy to po biegu na 50m trafiłam do szpitala z powodu bólu w lewym boku. Potem przestałam miałam zwolnienie od lekarza z biegania. Kiedy zaczynam dłużej biegać lub biegnę bo się gdzieś spieszę boli mnie albo prawe albo lewe dolne puco i nie wiem dlaczego...

    OdpowiedzUsuń

Drukuj