wtorek, 30 kwietnia 2013

Nie wiem skąd wzięło się przekonanie, że Włosi to lenie i nieroby. Czy dlatego, że mają sjestę w ciągu dnia? Że inny rytm otwarcia i zamknięcia sklepów, lokali? Dlatego, że nie pędzą, nie gonią? Zachodzę w głowę - skąd ten pogląd?
No dobrze, nie będę wypowiadać się o całej Italii, bo północy przecież dobrze nie znam, południe tyle o ile. Jednak czuję się kompetentna, by wypowiedzieć się o Toskanii. Nigdzie indziej nie widziałam tyle zapracowanych osób co w tym najpiękniejszym rejonie Włoch. Ponieważ złote czasy minęły i obecnie na półwyspie jest rzeczywiście kryzys, w związku z tym wiele osób musiało zmodyfikować swój styl życia, zmienić przyzwyczajenia,  a co za tym idzie - więcej pracować.
To co w Toskańczykach niezmiennie mi imponuje to brak nadęcia. To daje się odczuć zwłaszcza teraz. Mario zdaje mi relację jak radzą sobie ludzie w Marradi, opowiada o właścicielce baru, która po godzinach idzie sprzątać w banku (nie wyobrażam sobie w Polsce podobnej sytuacji), o znajomej, która po kilku godzinach pracy w fabryce, pomaga komuś w pracach domowych. Nawet i sam Mario po nocnej zmianie i kilku godzinach snu wykonuje drobne prace dla gminy. Kelnerka w jednej z naszych ulubionych restauracji, nie musiałaby pracować, bo jej mąż jest jednym z najbogatszych ludzi w okolicy. Ona jednak pracuje, bo lubi. Kelnerka? A dlaczego nie!
Opiekunka do starszej osoby, pomocnik przy cięciu drzewa, barmanka, restaurator, właściciel sklepu, zbieracz trufli - wszyscy żyją w symbiozie, otaczają się szacunkiem. Przejęci oczywiście kryzysem,  jednak spokojni, oddani swojej pracy, inni ...niby podobni, a jednak tak bardzo inni od nas. 
Praca nie hańbi, nikt na nikogo krzywo, z pogardą nie patrzy. Może rzeczywiście Toskania to naprawdę szczególne miejsce na ziemi, jeszcze bardziej szczególne niż można przypuszczać...

Słówko na dziś nie jest zaskoczeniem  LAVORARE - PRACOWAĆ.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013



Rok temu byłam już w podróży... Rok temu odliczałam godziny i mijane kilometry. Niestraszne mi były kaprysy toskańskiej pogody. Radość, że za chwilę otworzę drzwi kamiennego domu wypełniała mnie po końcówki włosów.
Dziś jestem tu... czyli nie tam, gdzie być powinnam. Ile już razy napisałam to zdanie na blogu???
O smutku publicznie opowiadać nie lubię, ale czasem przygniata mnie tak silną falą, że nie umiem tego okiełznać. Wylewa się ze mnie obficie łzami, myślami, słowem. Kiedy milczę, nieme łkanie rozrywa mnie od wewnątrz, powstrzymywane emocje bulgoczą jak lawa w czynnym wulkanie. Tęsknota osiąga apogeum. 
Za nią idzie złość na wszystko i wszystkich. 
I gdyby choć temu warszawskiemu życiu towarzyszyło więcej szczęścia, radości, by życzliwość była bardziej popularna. Kiedyś byłam przekonana, że mam szczęście do ludzi. Dziś już nie mogę tego powiedzieć. Czas zweryfikował moje przekonania. 
Choć oczywiście jest garstka, która cierpliwie mi kibicuje i powtarza - będzie dobrze, uda się, już za chwilę!

MIEĆ SZCZĘŚCIE to po włosku AVERE FORTUNA.
Ukochana dolina na przełomie kwietnia i maja.

niedziela, 28 kwietnia 2013

Pewien wieczór końca lata...

- Popatrz, ktoś go potrącił - Paweł zatrzymał samochód na poboczu drogi - dzwoń do Mario i zapytaj co mamy robić.
- Jak to co mamy robić??- wybałuszyłam oczy.
- No co się dziwisz? Będziemy mieś super jedzenie przez dwa dni.
- Zwariowałeś! 
- Dzwoń!
Dzwonię...
- Cześć, jesteśmy na drodze koło domu Antonelli. Ktoś potrącił jelonka i Paweł chce go zabrać ze sobą.
- Bravo!
- Niech ci będzie, że bravo! - wzdycham - Nie leży tu długo, godzinę temu tędy przejeżdżaliśmy i go nie było. To się musiało stać niedawno.
- Bardzo dobrze! Powiedz Pawłowi, żeby sprawdził gdzie został uderzony. 
- Mario mówi, żebyś sprawdził gdzie dostał - krzyczę do Pawła z samochodu starając się patrzeć w przeciwnym kierunku. 
- W głowę! Wnętrzności ma nienaruszone! To młody okaz. - odkrzykuje tonem eksperta.
Powtarzam do telefonu to co usłyszałam.
- To dobrze. - kwituje Mario i instruuje chłodno, jak na myśliwego przystało - weźcie go do domu, rozwieście za nogi i niech Paweł wyciągnie wnętrzności. Jak wrócę rano, to się nim dalej zajmę. Będziemy mieć przez dwa dni królewskie jedzenie!
Paweł przygotowuje bagażnik, by rozłożyć biedaka.
- Chcesz włożyć zwłoki do samochodu???? - pytam jak dziecko - Proszę, tylko mi go nie pokazuj póki wygląda jak Bambi. - jęczę.
- Nie bądź dziecinna, przecież to nie my go potrąciliśmy - jeśli go weźmiemy, przynajmniej będzie z tego pożytek.
- Wiem! Mario powiedział, że to na pewno ktoś nie stąd. Miejscowy zabrałby go ze sobą. 
- No widzisz! 
- Ale mi smutno, miał pewnie mamę i braci:( - wyobrażam sobie disnejowskiego Bambi, który jeszcze kilka godzin wcześniej biegał po polu. Ech.. życie...
Późnym wieczorem Paweł częściowo sprawił jelonka wg wskazówek Mario. A rano gdy nasz przyjaciel wrócił z nocnej zmiany, dokończył resztę. 
Wybaczcie dziś krwawy wpis, ale to też część Toskanii, już nie raz o tym wspominałam. Lasy są tu pełne zwierzyny i czasem zając, bażant czy koziołek giną pod kołami samochodu. Nie pozostaje potem nic innego jak przygotowanie wykwintnej kolacji.


  ARROSTO - PIECZEŃ - dziś takie jest słówko.
 
  

sobota, 27 kwietnia 2013

Sanatorium pod starym siewnikiem

Lutirano, 16 lipca 2012, z toskańskiego notesu:


Sanatorium Pod Starym Siewnikiem - taka nazwa przyszła mi na myśl, gdy wyszłam z domu i zobaczyłam Pawła i Mario rozłożonych leniwie w naszym hamakowym zaciszu. Mario odsypiał nocną zmianę, Paweł czytał norweski kryminał. 
Sielanka, cisza, spokój...

Co dziś u nas na stole?
Tym razem kurczak z Calabrii, to znaczy nie kurczak pochodzi z Calabrii, a przepis. Kurczak jest swojski, nasz toskański. Natarty oregano, solą i czosnkiem, muśnięty delikatnie rozmarynem, będzie smakował wybornie i pewnie znów zapomnę zrobić zdjęcie.

W takie leniwe dni jak dziś pisanie zupełnie mi nie idzie, mój mózg działa jak rozciągnięta kaseta magnetofonowa, zbyt wiele rzeczy dookoła mnie rozleniwia. Bujanie hamaka, zapachy z kuchni, schłodzone prosecco z przetartymi brzoskwiniami. Kołyszę się więc w moim niebieskim hamaku, wyginam głowę do tyłu i podziwiam jak bajkowy jest świat widziany z tej perspektywy, do góry nogami wygląda jak baśniowy bór...



 Słówko na dziś AMACA - HAMAK:)

   

piątek, 26 kwietnia 2013

Obiecałam dziś wyjaśnić kim był il Passatore, od którego imię wziął słynny bieg na 100 km.


Il Passatore - to wielki rozbójnik Romanii, którego sława bliska była tej, jaka otaczała Robin Hooda czy Janosika. Jednak il Passatore do świętych z pewnością nie należał i z wyżej wymienionymi "legendami - bohaterami", poza sławą nie miał nic wspólnego. Historia il Passatore jest prawdziwa i od lat zajmuje historyków.

To co w połowie XIX wieku działo się na granicy Toskanii i Romanii przypominało dziki zachód, bardzo dziki zachód. Rozlew krwi, bandy zbójów grasujące po lasach na terenie od Florencji po okolice Faenzy. Brutalne napady i rozboje były na porządku dziennym.
Utrzymanie porządku i respektowanie pewnych zasad utrudniał fakt, że w tym miejscu przebiegała granica państwa papieskiego, oznaczało to, że kontrabanda kwitła w najlepsze!

Il Passatore nie dożył późnej starości, co z racji trybu życia, jaki prowadził, jest dość oczywiste. Został zabity w strzelaninie w wieku zaledwie 27 lat.  

Ludzie uwielbiają dramatyczne historie, czasem gloryfikują tych, którzy na to nie zasłużyli. Wokół il Passatore wyrosły mity i dobre i złe, wielokrotnie stał się inspiracją dla literatów i twórców filmowych,  jego imieniem nazwano także stowarzyszenie i bieg, o którym pisałam wczoraj. 

IL BRIGANTE to po włosku ROZBÓJNIK!

czwartek, 25 kwietnia 2013

Biegiem do mety


Biegać zaczęłam kilka lat temu. Początkowo traktowałam to jako odzyskiwanie formy po urodzeniu dwójki dzieci. Jednak szybko okazało się, że bieganie uzależnia. Zaczęłam brać udział w imprezach biegowych typu RUN Warsaw, a w konsekwencji zrodziło się marzenie o wystartowaniu w maratonie. Dwa lata temu zaczęłam więc biegać bardzo intensywnie i na coraz dłuższych dystansach, w tym czasie grałam też w tenisa i chyba to wszystko okazało się zbyt wielkim wyzwaniem dla moich kolan. W czasie jednej z przebieżek po Parku Skaryszewskim noga zaczęła mi sztywnieć a kolano boleć jak szalone, dowlokłam się więc do samochodu ciężko przestraszona. Finał mojej kariery maratończyka miał miejsce na oddziale ortopedycznym szpitala na Szaserów. Tam usłyszałam, że jeśli chcę zachować kolano w dobrym stanie, muszę skończyć ze sportami obciążającymi stawy kolanowe. Pożegnałam więc rakietę tenisową i marzenie o starcie w maratonie. Nie znaczy to oczywiście, że zrezygnowałam ze sportu, są inne formy aktywności, którym jestem wierna.

Pisałam już na blogu o scarpinacie, która organizowana jest w Marradi na przełomie lipca i sierpnia. Jednak scarpinata to dla mnie zwykły spacer, na którym może się popisać nawet dziecko czy staruszek. Prawdziwym wyzwaniem jest bieg 100km del Passatore!    Już od kilkudziesięciu lat organizowany zawsze pod koniec maja. Uczestnicy starują we Florencji a meta jest w Faenzie.





Samo 100 kilometrów brzmi dla mnie absurdalnie, niewyobrażalnie! Ale ja do tego znam doskonale tę trasę, na której nawet samochód zipie jak stary parowóz. Wyobraźcie sobie, że w najwyższym punkcie trasy tj. na Passo della Colla biegacze znajdują się na wysokości 913m! Wielki więc szacunek i czapki z głów dla uczestników, bo to jest prawdziwy wyczyn! W biegu Passatore startuje zwykle nasz przyjaciel Massimo, który nogi ma chyba z żelaza, ale cóż się dziwić! Dla niego przebieżka do Brisighelli i z powrotem (to około 70 km) jest spokojną rozgrzewką. Mnie nawet w szczytowej formie, w połowie znieśliby na noszach! Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się stanąć na trasie biegu w Marradi, kiedy Massimo po raz kolejny będzie udowadniał sobie i innym że jest wielki. Pomacham mu wtedy i sama zrobię pamiątkowe zdjęcie! 



A skąd wzięła się nazwa biegu? Kim był Passatore? O tym opowiem jutro:)

Słówko jest jasne, prawda? CORRERE - BIEGAĆ:)




środa, 24 kwietnia 2013



Minął rok mojego blogowania, 270 postów, ponad 20.000 wizyt, dla jednych mało, dla mnie niewyobrażalnie dużo. Ile godzin spędzonych na pisaniu, notowaniu? Tego nikt nie zliczy! Powinnam dziś otworzyć butelkę czegoś zacnego, aby ten pierwszy nieśmiały rok upubliczniania własnych przeżyć uczcić choć symbolicznie, ale dziś nastrój "taki sobie". 
Przez te dwanaście miesięcy zmieniło się wiele i niewiele zarazem, wciąż jestem nie tu, gdzie być powinnam, choć z ogromną nadzieją, że do celu już bliżej jak dalej.    

Nim odważyłam się wypuścić w świat moje pisanie (choć zdaję sobie sprawę, że blog to taka mało ambitna jego forma), minęło kilka miesięcy. Blog czekał i czekał na upublicznienie. Najpierw pojawiały się nieśmiałe wpisy, bardzo zachowawcze, przemyślane, a potem pozwoliłam się ponieść, przesuwając coraz bardziej granice prywatności, przyzwoitości i intymności. Z każdym miesiącem przybywało wiernych czytelników. 
W tym czasie miałam kilka chwil zwątpienia, ale świadomość tego, że ktoś gdzieś czeka na kolejną porcją toskańskiego słońca dodawała mi skrzydeł nawet w najtrudniejszych momentach. Chciałabym móc już powiedzieć, że to jest ten post, że od tej chwili będę już tylko tam... Ale jeszcze nie mogę, jeszcze nie dziś...

Dziś mówię Wam przede wszystkim DZIĘKUJĘ i do "zobaczenia" jutro, w kolejnym wpisie. 

To jeszcze nie koniec. To dopiero prolog. Mam nadzieję, że za chwilę ta ostatnia największa fala poniesie mnie do przodu i rzuci na właściwy ląd...



Słówko na dziś GRAZIE - DZIĘKUJĘ...
 

wtorek, 23 kwietnia 2013

Nello robi postępy, znów udało mu się wysłać mms! Wiem, że dla niego jest to niezwykle trudne, pewnie tak, jak dla mnie pilotowanie promu kosmicznego.  Domyślam się też, że pojechał do Casaluccio specjalnie dla mnie, żeby pokazać jak drzewo czereśniowe obsypane jest kwiatami, że kamienny dom wciąż stoi i czeka. Rozmawialiśmy kilka dni wcześniej, mówił, że bardzo za nami tęskni, że dziwnie i cicho bez nas, zwłaszcza teraz jak już ciepło, o dzieci pytał, o pracę, o Tomka Komunię. 
Kiedy przyszedł sms, przerzucaliśmy sobie telefon, bo każdy ukwieconą czereśnię chciał zobaczyć. Nie muszę chyba dodawać, że ckliwie się zrobiło, ale twardo przełknęliśmy gorzką pigułkę tęsknoty. 
Tomuś powtarza na każdym kroku - "mamusiu trzeba wierzyć! Ja wierzę!"
Jeśli dziecko to mówi ... to chyba nie mam wyjścia. 

Porządkuję skrzynkę mailową i znajduję inne zdjęcia sprzed kilku lat, które przysyłał mi Mario. Dlaczego trzymam je już kilka lat? Sami popatrzcie... Il mare dei papaveri jak w piosence Riccardo Cocciante... To takie moje kółka ratunkowe, zdjęcie, rozmowa, wiadomość...


 
I PAPAVERI - to po włosku MAKI


poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Piza i jej cuda


Piza...
Na całym świecie to ona jest wizytówką Italii, Krzywa Wieża jest tak sławna, jak wieża Eiffla w Paryżu czy jak Statua Wolności w Nowym Jorku. Nie można odebrać jej tego, że jest jedną z najbardziej charakterystycznych budowli na świecie, a Il Campo dei Miracoli inaczej zwane Piazza dei Mriracoli na wszystkich robi wrażenie. Jednak z drugiej strony trudno wyobrazić sobie bardziej komercyjne miejsce. 



Cały urok tego miejsca psuje dziki tłum turystów wszystkich narodowości świata, z których jedna połowa wyciąga sugestywnie ręce jakby wieżę chciała podeprzeć, a druga połowa tej pierwszej robi zdjęcie. Wygląda to komicznie, ale sama mam takie w swojej kolekcji! A jakże! Pamiątka z pierwszych toskańskich wakacji:)


Szczyt banału:)

Kiedyś jednak zdarzyło nam się przyjechać do Pizy całkiem spontanicznie, wczesnym wieczorem i wtedy miasto nabrało zupełnie innego uroku. Trawnik na placu właściwie opustoszał, biały kamień, z którego zrobiona jest wieża, baptysterium i katedra, zrobił się pomarańczowy od zachodzącego słońca. Sklepikarze już zamykali stragany, ostatni turyści snuli się niespiesznie, a my dopiero przyjechaliśmy. Wtedy było pięknie, nastrojowo i cicho!



Z Pizą jest tak, że wszyscy pędzą na Plac Cudów, robią klasyczne zdjęcia i gnają dalej, a przecież Piza to nie tylko Krzywa Wieża!


Słówko na dziś już padło:
MIRACOLO - CUD.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Jeśli tęsknisz? Gotuj i pisz! 
Gotuję więc i piszę, ale dalej tęsknię, nawet jeszcze bardziej, doprowadza mnie do łez wszystko, nawet program kulinarny dwóch Włochów, nawet czytanie książki kucharskiej.
Dziś ujmuję moją tęsknotę na talerzu - zupa z ciecierzycy z pastą rodem z Florencji. 

Ciecierzycę moczymy całą noc, ja moczyłam nawet trochę dłużej. Potem w tej wodzie (osolonej) gotujemy (gotowałam godzinę).
Na oliwie podsmażamy czosnek (dwa ząbki w całości, jeśli większe, można przekroić na pół) i gałązkę rozmarynu. Dodajemy ugotowaną ciecierzycę chwilę podsmażamy razem, wyciągamy czosnek i rozmaryn ( można później) i zalewamy wodą z gotowania ciecierzycy. Dorzucamy dwa większe lub trzy mniejsze pomidory, bez skórki, pokrojone na kawałki i gotujemy. Jeśli trzeba dolewamy trochę wody. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Potem część miksujemy, żeby zrobiła się bardziej zawiesista, ale niezbyt gęsta. Na koniec dodajemy pastę - ja dodałam jak w oryginale miniaturki penne. Chwilę obgotowane w wodzie, potem dodane do zupy i tu "dogotowane". Na koniec jeszcze kilka kropel oliwy do smaku i natką pietruszki. Tym sposobem w sobotnie południe przynajmniej moje kubki smakowe przeniosły się na chwilę do Florencji.  


Smacznego!

Słówko na dziś - I  CECI - czyli właśnie CIECIERZYCA. 

sobota, 20 kwietnia 2013

Dzieła Emiliano

Emiliano ma odpowiedzialną pracę, jeździ ambulansem, który przewozi krew. Po godzinach jego życie wypełniają liczne pasje. Jest przede wszystkim zapalonym wędkarzem. Jak tylko zaczyna się sezon, pierwszy z całym osprzętem biegnie nad rzekę.

Emiliano mieszka w domu obok Mario, zwykle widać go na tarasie z książką albo słychać w małym warsztaciku, jaki ma pod tarasem. W tym warsztaciku, leżą całe stosy drewna najróżniejszego, od najzwyklejszych do tych najbardziej egzotycznych, które sprowadza z różnych stron stron świata. Kiedy pierwszy raz poszliśmy go odwiedzić i zobaczyć przy pracy, zrobił nam prawdziwy wykład o drzewie, pokazał co zrobił, nad czym pracuje, zaprezentował techniki i swoje niezwykłe umiejętność. Kawałek drewna w rękach Emiliano przybiera najdziwniejsze, najbardziej wyszukane kształty. Widziałam jak szlifował kieliszki, których grubość była taka jak filiżanek z chińskiej porcelany.

Podczas naszej pierwszej wizyty Emiliano poprosił byśmy wybrali sobie coś z jego kolekcji. Byłam onieśmielona, ale po kilku namowach wreszcie coś wybrałam:




I znów powraca to, czym niezmiennie się zachwycam - pasja, miłość do tego co się robi, radość z drobiazgów. Emiliano nie jest wyjątkiem!

LEGNO to po włosku DREWNO.

piątek, 19 kwietnia 2013



Volterra ...
Już kiedyś kilka wspomnień się tu pojawiło, ale o samym mieście właściwie nie pisałam, a przecież bardzo lubię do niego wracać. Volterra jest jednym z bardziej znanych miasteczek Toskanii, położona malowniczo na wzgórzu, już z drogi robi niesamowite wrażenie. 
Pierwszy raz trafiliśmy tam przypadkiem, przejazdem i oczywiście odnotowaliśmy w pamięci, że koniecznie musimy wrócić.

Volterra w sieprniu



Wycieczka do Volterry to idealna propozycja dla tych, którzy lubią zwiedzać. Miasto jest wyjątkowo bogate w zabytki z różnych okresów, z których warto wymienić chociażby łuk triumfalny, teatr rzymski, zamek, pałace czy katedrę. Otoczona jest murami warownymi, skąd można podziwiać bajeczne widoki.

widok z murów obronnych na okolicę


Najlepiej zostawić samochód na jednym z parkingów, które znajdziecie wzdłuż murów i dalej ruszyć pieszo, wąskie, strome uliczki pną się oblepione ciasno średniowiecznymi kamienicami.

Popołudniowe lutowe słońce


Volterra to bardzo żywe miejsce, aktywne, cały czas coś się dzieje, a wielbiciele teatru powinni pokusić się o odwiedzenie miasta w lipcu, kiedy organizowany jest festiwal teatralny.

 

Muszę wspomnieć jeszcze o jednej ważnej rzeczy - miasto już od czasów etruskich znane jest  z wydobywania i przetwarzania alabastru,  sklepiki z pamiątkami, gdzie można kupić rzeźbę, talerzyk, wazonik znajdziecie oczywiście na każdym kroku.


główny plac
Luty
Wiosna w lutym, Volterra


W trakcie pisania tego artykułu dowiedziałam się, że Volterra przeżywa aktualnie szturm nastolatek, a to wszystko za sprawą sagi Zmierzch, której to autorka wybrała Volterrę na jedno z miejsc akcji. No cóż... to oczywiście nie jest dla mnie dobra wiadomość, bo wszelki marketingowy folklor przyprawia mnie o dreszcze. Ale tak czy inaczej Volterra miastem pięknym jest i kropka!

Słówko na dziś: RICCO - BOGATY

czwartek, 18 kwietnia 2013


Dziś dalej bawię się w kulinarnego przewodnika. Widzę, że mówienie o kuchni skutecznie rozwiewa czarne chmury mojego humoru, więc dziś opowiem o restauracji przy wjeździe do Marradi -  IL CAMINO.
To zadziwiające, ale mimo, że to pierwszy lokal, na który zwraca się uwagę, kiedy przyjeżdża się do miasteczka, to jednak jego położenie nie zachęca by tam przysiąść. Blisko stacja, droga, raczej nie jest to ciche, ustronne miejsce. Dlatego też il Camino długo omijaliśmy szerokim łukiem.



Restaurację założył Franco. Franco to człowiek legenda. Był prawdziwym restauratorem i smakoszem, a przy tym niezwykłym oryginałem, nieco ekstrawaganckim i nieprzewidywalnym. O Franco opowiedział nam oczywiście Mario, który się z nim przyjaźnił. Mario w tamtym czasie miał blisko swój bar, często przesiadywali więc razem w restauracji Franco, przy okrągłym stole. Przy stole dla wybrańców! Wyobraźcie sobie, że bohater opowieści potrafił zrobić test przybyłemu gościowi, aby ocenić czy tenże godzien jest przy okrągłym stole zasiąść. Ale cóż tam stół! Franco dobierał sobie gości, to nie on o nich zabiegał, ale oni mieli zabiegać o przywilej zjedzenia u niego posiłku. Zdarzyło mu się odprawić gości z kwitkiem. Taki to był oryginał. 



Kuchnia w Il Camino jest wybitna, ale to ponoć za czasów Franco dania godne były królewskich stołów, Mario jeszcze dziś uśmiecha się na samo wspomnienie niektórych potraw. Kiedy o nich opowiada nie umie dobrać słów by oddać ich wyjątkowość. 
To była wielka strata kiedy Franco zabrakło, a umarł tak jak żył, szaleńczo, wariacko... Zginął na przejeździe kolejowym w Marradi, kilkadziesiąt metrów od swojej restauracji. 
Teraz lokal prowadzą jego córka Simona i zięć Mirko. Jego żona natomiast, niezwykle piękna kobieta, choć już wiekowa, wciąż gotuje racząc gości prawdziwymi rarytasami!
My do il Camino jeździmy na jagnięcinę, bo lepszej nie ma na całym świecie! Jestem tego pewna!


Gdy tylko się pojawiamy, Mirko - nim przyjmie zamówienie - biegnie do kuchni i mówi, żeby szykowano już jagnięcinę. Kiedy byliśmy tam ostatnim razem, odciągnął Mario na stronę i z przejęciem coś szeptał, chwilę się naradzali, po czym zasmuceni podeszli do naszego stolika:
- Paweł nie wiem jak ci to powiedzieć ... nie ma jagnięciny... - Mirko patrzył wyczekująco na Pawła reakcię.
- hahaha, bardzo śmieszne! - Paweł gratulował żartu!
- Ale to nie jest żart! - Mirko był skonsternowany.
- Mówicie serio? - wtrąciłam się, bo sama nie wiedziałam czy to żart czy prawda. Wyszła z kuchni Simona i mama Simony i wszyscy zapewniali, że niestety to prawda. Jagnięciny tego dnia zabrakło! Co się biedny Mirko naprzepraszał, natłumaczył!


Oczywiście kolacja była równie udana jak zawsze. Na przystawkę zamówiliśmy miks crostini z wątróbką, ze szparagami i z grzybami, dzieci jadły tagliatelle al ragu, pyszne domowe, my castrato zamiast jagnięciny, a Mario polędwicę. Kolację podsumowaliśmy wybitnym kremem mascarpone, który doprowadza podniebienie do ekstazy!



Ilekroć jestem w Il Camino, cieszę się, że znam język włoski, bo kiedy Mirko prezentuje menu, kiedy opowiada o daniach - robi to z taką pasją i przejęciem jakby był aktorem na teatralnej scenie. To prawdziwe widowisko i muzyka dla uszu!



Nie jestem osobą, na której sława i renoma robią jakiekolwiek wrażenie, ale muszę jednak zaznaczyć, że Il Camino to jedyna restauracja w okolicy, która ujęta jest w przewodnikach Michelina. To mówi samo za siebie!

Słówko na dziś nie może być inne - AGNELLO - JAGNIĘCINA:)

Drukuj