poniedziałek, 25 marca 2013

Wielkie żarcie!

To nie będzie post dla tych co na diecie, czy dla tych co restrykcyjnie przestrzegają zasad zdrowego żywienia. O czym będzie? O jedzeniu, a raczej o porach posiłków.
Włosi jedzą tak jak wszyscy południowcy. Oczywiście drobiazgi mogą zmieniać się w zależności od regionu, ja jednak piszę o Toskanii, bo ten model życia jest mi znajomy. Wcześnie rano śniadanie - klasycznie słodka bułeczka i cappuccino. Obiad mniej więcej o 13.00. Czasem po południu jakiś podwieczorek (czyli merenda) i główny posiłek dnia - kolacja około 20.00! Zupełnie odwrotnie niż w Polsce ale jak wiadomo i klimat jest inny. 
A teraz o drobnych grzeszkach słów kilka - czyli nocne jedzenie! Śmiejemy się z Mario, bo to on jest prowodyrem i kusicielem, cóż szczęściarz (mówię to nie bez zawiści)  może sobie na to pozwolić. Najdalej dwie godziny po kolacji już słychać jak w kuchni szeleści papierami, już chrupie, coś wymyśla, ubaw mamy prawdziwy i czasem specjalnie go podpuszczamy. Gorzej kiedy to podpuszczanie działa jak miecz obosieczny i sami wpadamy w pułapkę. Z całej trójki to ja oczywiście jestem najtwardsza ... ale jednak i mnie można złamać. Pamiętam jak o 23.00 Mario naszła ochota na budyń, buszował więc w kuchni, dzwonił garnkami, co chwila podpytywał kto reflektuje - ale ja twardo zapierałam się, że ja to nie, że absolutnie! Po czym podstawił mi pod nos dymiący garnek pachnący wanilią i przypalanym cukrem, mówiąc:
- Zobacz trochę przypaliłem, ale ty chyba lubisz? Nie chcesz wyskrobać? 
Aaaaa i już moja siła charakteru runęła jak domek z kart!


Innym razem to Paweł znając słabość Mario do ryby szpady, kiedy byliśmy w Polignano, zaczął kusić go jak Ewa Adama.
- Mamy rybkę! Chcesz przygotuję ci z cytrynką, z patelni!?
Mario oczywiście namawiać nie trzeba długo i grubo po północy rozłożeni na kanapach, niemal jak starożytni Rzymianie pałaszowaliśmy pesce spada:) Tzn Mario pałaszował, ja podskubywałam a Paweł się przyglądał i śmiał w najlepsze. 

 Kiedy 31 grudnia emocje pofajerwerkowe sylwestrowej nocy już nieco opadły, żołądki też upomniały się o swój przydział, dumna jestem z siebie, bo tym razem byłam tylko złośliwym fotografem, nie uległam. Kolacja była męska, nic wyszukanego, nożem zamiast widelcem, wśród papierów, prawie jak w koszarach!


Szukając zdjęć do tego artykułu, trafiłam też na nocną kukurydzę, którą panowie sobie  ugotowali o bardzo późnej porze, zasiedli do stołu delektując się złocistymi kolbami muśniętymi masełkiem, oprószonymi solą. MANGIONI - ŻARŁOKI - takie jest słówko na dziś:)   

1 komentarz:

Drukuj