czwartek, 7 marca 2013



Już wiele razy pisałam o jedzeniu i o naszych ulubionych lokalach, obiecałam kiedyś poświęcić każdemu z nich osobny post. Lista miejsc, do których wracamy tak często, jak to możliwe, nie jest znowu aż taka długa, zwykle jesteśmy monotematyczni. Żeby być sprawiedliwą powinnam zacząć od Polignano, bo ze wszystkich miejsc, gdzie dane nam było ucztować, temu właśnie powinnam dać palmę pierwszeństwa, choć generalnie kłóci się ono z naszą filozofią - stołowania się w jak najbardziej swojskich miejscach. 



Zwiedziliśmy wiele państw Europy, jadaliśmy w różnych lokalach, od wytwornych restauracji, po zwykłe bary. Jednak to restauracja w hotelu Covo dei Saraceni w Polignano, okazała się być tym numerem jeden. 
Usytuowanie restauracji jest bajeczne, hotel leży na samym klifie z widokiem na pełne morze i na mikroskopijną zatoczkę, latem stoliki wystawione są na tarasie widokowym, można zatem cieszyć się nie tylko dobrą kuchnią, ale i rajskimi widokami. Zimą taras oczywiście jest nieczynny, jednak w sali restauracyjnej jest duże okno, przez które mogliśmy obserwować wzburzone morze, a wieczorem światła statków w oddali.
Kolejną rzeczą, która zwróciła naszą uwagę już od pierwszej chwili był serwis. Dyskretny, wszechobecny personel, klasa, zaangażowanie, uprzejmość, brak mi epitetów, żeby oddać tamtejszą atmosferę. Kiedy usiedliśmy przy stole i wymieniliśmy się szeptem wrażeniami, Mario zażartował - upadnie ci widelec i zaraz schyli się po niego dwunastu kelnerów. Rzeczywiście chwilę później widelec wylądował na ziemi i było prawie tak jak Mario przewidział, chyba 4 osoby rzuciły się, by po niego sięgnąć. Do tej pory wspominamy ze śmiechem kolację, kiedy Mario rozłupując krewetkę poplamił mi bluzkę i wierzcie mi nim plama zdążyła rozlać się po tkaninie, nagle jak zjawa wyrósł spod ziemi kelner z płynem odplamiającym i szczoteczką. Nasze miny w tym momencie - bezcenne! Chwilę potem serwetka, która zsunęła mi się z kolan, została dyskretnie zabrana spod stołu, a w zamian podana nowa na porcelanowym talerzyku.


Poziom poziomem, ale nikt na szaleństwa dzieci krzywo nie patrzy:)


Możecie sobie teraz wyobrażać, że to jakieś nadęte miejsce, ale zapewniam Was, że tak nie jest. To jest właśnie niezwykłe, goście traktowani są z najwyższymi honorami, jednak bez sztuczności, tak jakby byli znajomymi czy przyjaciółmi, z którymi można porozmawiać, pożartować opowiadając nawet nieprzyzwoite dowcipy. To ujmujące!


Przejdźmy do meritum - kuchnia! I co ja mam teraz napisać o kuchni?? Jak zacząć? 
Główną rolę grają w karcie oczywiście owoce morza, próbowaliśmy tam wielu dań, tak wybitnych, że nawet trudno mi o tym opowiedzieć. 


Tylko jeden raz byliśmy nieusatysfakcjonowani, z resztą na własne życzenie, bo prawie wszystko co zamówiliśmy tamtego wieczora było surową rybą, surową krewetką, ostrygą itd. Lubimy ryby i owoce morza, ale niekoniecznie, w aż tak "świeżym" wydaniu. Do tej pory - natomiast - z rozrzewnieniem wspominamy zapiekane vongole, rybę, którą sprawiał kelner na naszych oczach i podał z plasterkami ziemniaków w aromatycznym sosie, langusty, wszystko tak doskonałe!










Właściciel bed & breakfast w Polignano, w którym zatrzymaliśmy się zimą, potwierdził naszą opinię - ta restauracja rządzi się swoimi prawami, nie zadowala się poziomem zwykłej hotelowej restauracji.  To miejsce jest doskonałe i wyjątkowe pod każdym względem! 

Restauracja w hotelu Covo dei Saraceni w Polignano ma tylko jedną wadę, ale tego już się pewnie domyśliliście sami:) 

CARO - to po włosku znaczy DROGI:) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj