wtorek, 26 lutego 2013

Mario opowiada: 
Hodowałem wiele ptaków, wykorzystując wiedzę, którą przekazał mi ojciec, dzięki niemu wiele się nauczyłem. Z tą różnicą, że dla niego to była  praca, a dla mnie stało się to pasją. Przede wszystkim na początku chciałbym wyjaśnić jedną kwestię - nigdy nie trzymałem ptaków w klatkach, z wyjątkiem ostatniego merlo, który nie był w stanie latać, i który przez ironię losu kilka dni temu został zaatakowany i zabity przez polującego sokoła. Ale nie o tej smutnej historii chciałem pisać. Postanowiłem opowiedzieć Wam o pewnej sowie, która z czasem okazała się być puchaczem królewskim. Pisklę zostało znalezione w murach opactwa w moim miasteczku, a że moja pasja i zdolności znane były na całą okolicę, więc sówkę przyniesiono oczywiście do mnie. Po pierwszych oględzinach mogłem orzec, że jest zdrowy i nic mu nie dolega, poza tym że był wygłodzony. Jak przypuszczałem - musiał wypaść z gniazda, ale na szczęście dla niego nie odniósł żadnych, fizycznych obrażeń. Szybko udało mi się zdobyć jego zaufanie i chętnie zaczął współpracować przy karmieniu, a już po miesiącu jadł sam. W krótkim czasie  jego wygląd zmienił się nie do poznania. Rósł w oczach i wkrótce  przestał mieścić się w swoim pudełku, krążył za mną po domu, kontrolując każdy mój ruch. Nocą oczywiście był aktywniejszy, wskakiwał na stół, na łóżko, stał się domownikiem i kompanem. 
Nadeszło lato, a więc czas żeby podjąć pierwszą próbę latania. Martwiłem się trochę jego rozmiarami i ciężarem, ale jak się wkrótce okazało - niesłusznie. Wzbijał się do lotu i przysiadał zadowolony na pobliskim drzewie. Byłem smutny, bo wiedziałem, że go tracę, ale przecież takie było moje powołanie, mój cel - pomóc mu dorosnąć i zwrócić wolność. 
- Buon viaggio gufo, buona fortuna!!* - wołałem.       

 

Nie wyobrażacie sobie mojej radości gdy po pierwszym pewnym locie puchacz wylądował znów przed moim domem. Nie umiałbym opisać mojego szczęścia! Od tej pory był wolny ale wciąż mieszkał u mnie. Wylatywał i wracał kiedy chciał, oczywiście zwykle nocą. Dni mijały mu na leniwych drzemkach i robieniu złośliwości:) We wrześniu wiedział już gdzie pracowałem i znał mój grafik, krążył w pobliżu i kiedy tylko usłyszał, że żaluzja witryny opada w dół, natychmiast pojawiał się jak zjawa i towarzyszył mi przez całą drogę do domu. W sąsiedztwie znany był ze swojej pasji - kobiety! Na ich widok kłapał dziobem i kręcił językiem w sposób nieprzyzwoity, wulgarny wręcz. To było dla mnie  krępujące, wyglądało to tak, jakbym ja go tego nauczył. Uwielbiał zniżać lot i muskać ich głowy - możecie sobie wyobrazić ileż te kobiety najadły się strachu. Co jakiś czas niósł się przeraźliwy wrzask po okolicy, bo kto go nie znał, był przerażony. Musiałem się za niego tłumaczyć, że to tylko zabawa i krzywdy nie zrobi. Szczerze mówiąc nie rozumiałem tej jego fascynacji. Aż któregoś dnia przyszła do mnie pewna kobieta - wiele osób przychodziło gnanych ciekawością, chęcią zobaczenia z bliska wielkiego puchacza - jednak tym razem mój przyjaciel pozostał niewzruszony i wtedy zaświtał mi w głowie pewien pomysł! Jak tylko kobieta wyszła, wyciągnąłem końcówkę mopa, założyłem sobie tą sznurkową perukę na głowę i pokazałem się puchaczowi. Kiedy mnie zobaczył, dosłownie oszalał! Może mi nie uwierzycie, ale zachowywał się jak stary zbereźnik, wysuwał język, kręcił nim na wszystkie strony, był w ekstazie. To wszystko wyjaśniało czemu latając czasem zniżał się i muskał głowy niektórych - miał słabość do długich włosów. Kobieta, która wtedy mnie odwiedziła, była krótko ostrzyżona, więc nie wzbudziła w nim żadnych emocji. 



Po jakimś czasie nadeszła prawdziwa jesień, wieczory były chłodniejsze i musiałem zacząć zamykać okna, wiedziałem że robiąc to zamykam się też przed moim puchaczem. W pierwszych dniach zaraz po przebudzeniu biegłem zobaczyć czy przyleciał - znajdywałem go zawsze wciśniętego za okiennicą, jakby chciał się skryć przed dziennym słońcem. Trwało to około tygodnia, a potem pewnego ranka już go nie było... Następnej nocy usłyszałem jak chodzi po dachu, wstałem z łóżka, wyszedłem przed dom i zacząłem go nawoływać, udając jego odgłosy. Odpowiedział mi tym samym typowym głosem. Słyszałem go jeszcze w ciągu kilku kolejnych nocy, jego znajome, bliskie pohukiwanie ... ale niestety już nigdy go nie zobaczyłem....
  


Niestety nie mamy zdjęć słynnego puchacza królewskiego, ponoć był kiedyś na zdjęciu w jakiejś gazecie, ale Mario twierdzi, że musiała zaginąć w czasie licznych przeprowadzek. Dlatego pokazuję Wam "naszą" sowę, którą znaleźliśmy razem w Casaluccio a historię jej już tu publikowałam.
Słówko na dziś powtórzę, bo już w tekście padło - GUFO - czyli SOWA:)
__________________________
*Dobrej podróży sowo, powodzenia!

1 komentarz:

Drukuj