środa, 13 lutego 2013


Góry, które nas otaczają można przemierzać na piechotę, z plecakiem, samotnie lub w towarzystwie, ale są wielbiciele innych, mniej tradycyjnych sposobów. Na wielu ścieżkach można spotkać amatorów górskich motorów, którzy na swoich dwóch kółkach pokonują ścieżki, tak strome i wąskie, że czasem miejsca wystarcza ledwie na stopę. Bardziej jednak miłe dla oka i bliższe naturze a przede wszystkim nie rujnujące błogiej ciszy są wycieczki na końskim grzbiecie. To bardzo popularny tu sposób spędzania wolnego czasu.     



Wiele jest stadnin koni w bliskiej okolicy, a ci co je prowadzą to prawdziwi fascynaci. Z racji tego, że i nasz Mikołaj lubi takie atrakcje, zdarzyło nam się klika razy być w toskańskim maneggio. Można tu spędzić nawet krótki urlop, organizowane są kilkudniowe wyprawy z przewodnikiem. Jeźdźcy przemierzają na końskim grzbiecie ścieżki Apeninów, zatrzymując się w szałasach, opactwach, ciesząc się stuprocentowym kontaktem z naturą. Widzieliśmy odciśnięte podkowy w miejscach wydawałoby się niemal niedostępnych, często w dosyć wysokich partiach gór. To musi być niesamowite przeżycie. Obiecaliśmy sobie, że kiedyś musimy spróbować. 



Mówiłam wielokrotnie, że Casaluccio położone jest na takim odludziu, iż niemożliwością jest, by ktoś tam zawitał przypadkiem. Jednak pewnego dnia, kiedy niczym leniwiec bujałam się w hamaku, usłyszałam na podjeździe blisko domu, charakterystyczne stukanie końskich kopyt. Nie wierzyłam własnym uszom! - Słyszycie to co ja? - zapytałam chłopców. Ogarnęłam się szybko i wyszłam na przeciw, gnana ciekawością, któż to do nas się zbliża.
I wtedy zza zakrętu wyłoniło się dwóch jeźdźców na pięknych, kasztanowych koniach. Nie wiem kto zrobił na mnie większe wrażenie: jeźdźcy, którzy wyglądali jak Indiana Jones w szczytowej formie czy konie, cud natury! Panowie przywitali się uprzejmie po czym poprosili o pomoc w odnalezieniu ścieżki. Wskazałam im właściwą drogę, zamieniliśmy kilka słów, po czym się pożegnali i wolno odjechali, a ja długo stałam i śledziłam ich wzrokiem aż całkiem zniknęli mi z oczu...  


 

KOŃ to po włosku CAVALLO

5 komentarzy:

  1. wow cudnie zawsze marzyło mi się pojeździć koniem umieć spędzać z końmi czas ale u nas nie było a teraz jest taka prowizorka gdzie Aruś chodzi na hipoterapię... może jak się z obecnego miejsca wyprowadzę to tam coś ciekawego znajdę... ale to za rok...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja raczej wyobraziłam sobie miny tych jeźdźców, kiedy w takiej głuszy natknęli się na piękną filigranową na dodatek niezwykle miłą blondynkę :).
    Dla nich to DOPIERO musiał być szok :))

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo to miłe:) Nigdy tak o tym nie pomyślałam:) No ale nie przesadzajmy:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pięknie :-) Oj spodobałoby się mojej starszej córci, która akurat ma dzisiaj urodziny i uwielbia konie;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Wszystkiego najlepszego dla córci!

    OdpowiedzUsuń

Drukuj