środa, 20 lutego 2013


Chciałabym dziś opowiedzieć o pewnym sierpniowym dniu, który - jak teraz na to patrzę - stał się dniem przełomowym. Od tego czasu minęło kilka lat, wiele się zmieniło, coś nowego się wtedy zaczęło, a ja wciąż pamiętam, wszystko... minuta po minucie, kilometr po kilometrze, krok po kroku, słowo po słowie... Czas mija a pewne wspomnienia nie blakną, są zawsze wyraziste, intensywne. 
Tamten dzień też ma swoją muzykę, tak nam został w pamięci, letni, gorący, pachnący łąką i lasem, z Archive w tle ...   


Za kilka dni mieliśmy wracać do Polski, nasza przyjaźń z Mario dopiero nieśmiało raczkowała. To był czas, kiedy spragniony był naszego towarzystwa, ale z drugiej strony ostrożny, żeby się nie wygłupić, nie ośmieszyć, nie urazić. Z wielką dozą niepewności (jak mówiła kiedyś pani w telewizji) zaproponował nam spacer i wycieczkę po toskańskich wzgórzach. Nie trzeba było nas dwa razy namawiać. Pojechaliśmy na Sambucę, szliśmy ścieżkami przez bukowe lasy, przez łąki brzęczące pszczołami, zrywając maliny, chłonąc zapachy, ciesząc się sierpniowym słońcem. Nie doszliśmy wtedy do szczytu, skąd jak kiedyś wspomniałam, widać dwa morza, dzieci były za małe, nie byliśmy przygotowani do wielkiej wyprawy. Jednak ten spacer wystarczył, by te ścieżki pokochać ....


Po spacerze zgłodniali i spragnieni zjechaliśmy do bottegi do Palazzuolo. Wcześniej Francesco był dla nas tylko aroganckim restauratorem, jednak kiedy przyjechaliśmy z Mario i zostaliśmy przedstawieni, okazało się, że Francesco to przemiły człowiek, trochę zwariowany, po włosku spontaniczny, ale w tym właśnie tkwił jego urok. Teraz już to wiem...
Siedzieliśmy przy stoliku przed bottegą pod arkadami, popijaliśmy wyborne wino, przegryzając serem i rozmawialiśmy o polskim chlebie.

Na Palazzuolo wycieczka się nie skończyła, kiedy Mario zobaczył szczery zachwyt w naszych oczach, zabrał nas jeszcze w inne miejsce, do obserwatorium astronomicznego, usytuowanego na jednym ze szczytów w okolicach San Martino in Gattara. To doskonały punkt widokowy, w tle migotała linia Adriatyku i Faenza, położona kilkadziesiąt kilometrów dalej... 
Bele słomy porozrzucane po falujących polach były dopełnieniem doskonałości...


Kiedy wróciliśmy wieczorem z tych wojaży, usiedliśmy w ogrodzie nad misą pasty, emocje, zachwyt, upojenie nieznaną Toskanią wypełniały mnie po końcówki włosów. 
- Dlaczego wcześniej nie pokazałeś nam tych miejsc? - zapytałam, siląc się na poprawność językową, szukając odpowiednich słów i walcząc z tremą.
- Myślałem, że jesteście jak wszyscy turyści, zainteresowani Florencją, Pizą, San Gimignano, plażą w Viareggio, outletem w Barberino. 
- Nie, nie jesteśmy, jeździliśmy znanymi szlakami, bo nie znaliśmy tego oblicza Toskanii, które dziś nam pokazałeś. Szkoda, że tak późno. 


I tak to się zaczęło...Od tamtego dnia Mario zaczął spędzać z nami większość swojego czasu, prowadząc nas przez lasy, ścieżki mało uczęszczane, a każde z tych miejsc, każda poznana osoba utwierdzały mnie w przekonaniu, że to tu..., że to jest właśnie mój dom, mój świat ....


AGOSTO - to po włosku SIERPIEŃ

5 komentarzy:

  1. hmmm... góry jak ja za nimi tęsknie

    OdpowiedzUsuń
  2. Pięknie! I chociaż nie znam Mario bardzo bardzo go lubię:) Jakie to miłe mieć takiego cudownego przewodnika i przyjaciela zarazem....

    OdpowiedzUsuń
  3. Takie miejsca bez turystów, tylko my, piękne widoki i przyjaciele obok to coś i dla mnie, dla nas... Pięknie to wszystko opisałaś, pokazałaś. Cudnie mi się czyta Twój blog, Twoje wspomnienia. Dzięki temu choć na chwilę mogę się przenieść w inny świat. Dziękuję :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. To ja bardzo dziękuję, że mam komu o tym opowiedzieć...

    OdpowiedzUsuń
  5. opowiadaj bo fajnie piszesz:)wiola w

    OdpowiedzUsuń

Drukuj