środa, 27 lutego 2013


Będąc w Toskanii nauczyliśmy się korzystać z jej naturalnych darów. Kiedy wracamy do Warszawy po dłuższych pobytach, zawsze odczuwamy zmianę menu, przejście na miastowe jedzenie do przyjemnych nie należy. Brak nam słodkich owoców, naturalnych serów, mleka od krów, które wypasają się na naszych wzgórzach, domowej pasty, mięsa swojskiego, wina kupionego z dystrybutora, w domu zabutelkowanego i wody źródlanej w kranie. Nasze ciała w Toskanii przechodzą detoks, potem znów nam miasto brzydko pachnie, żeby nie powiedzieć dobitniej, a na jedzenie patrzymy z podejrzeniem. 

Badia della Valle

Wyobraźcie sobie, że blisko naszego domu jest restauracja, ulokowana w średniowiecznych zabudowaniach na terenie posesji starego kościoła. To, że we Włoszech ktoś otwiera restaurację w miejscu wydawałoby się niepopularnym, niedostępnym, jest czymś zupełnie normalnym. O tych lokalach nie raz wspominałam, ale tak naprawdę powinnam każdemu poświęcić osobny post. Niektóre znajdują się w oddaleniu od głównej drogi, w lesie albo na wzgórzu. Ludzie za dobrym jedzeniem pojadą wszędzie. To co przy pierwszym pobycie urzekło mnie w Badii - tak się nazywa to miejsce, o którym wspomniałam - to menu, gdzie pod każdym daniem jest podane pochodzenie poszczególnych produktów. I tak np. ser od Lucciano, jajka od Camuranich, mięso od Felice itd, itp.... To wzbudza zaufanie!

tak jak mama uczyła....

papryka w naszym ogródku

dzikie czereśnie

ryzykant!

świeżo zabutelkowane

w naszej winnicy

Jak w dawnych czasach - dzieci robią wino:)


Jeżyny...

rozmaryn koło domu

Staramy się wykorzystać jak najwięcej z tego co mamy pod ręką. Chodzimy na jeżyny, które porastają naszą ukochaną polanę, a potem robimy z nich pyszny dżem, są tak słodkie, że niemal nie trzeba dodawać cukru. Koło domu mamy też drzewo figowe, morwę, śliwę, czereśnię i sporo leszczyny. Warzywa dojrzewają nam w ogródku, a zioła właściwie wszędzie gdzie nie spojrzeć, mięta rośnie dziko nawet na trawniku przed domem, do tego wielki krzak rozmarynu. O makaronie, chlebie i pizzy już pisałam nie raz, więc nie będę się powtarzać. W naszej winnicy pod koniec lata wiszą fioletowe grona drobnych owoców, z których chłopcyw tym roku robili sok a' la wino, bawiąc się przy tym setnie:)  Kiedy jeszcze do tego dodamy grzyby, ryby, raki albo zwierzynę, która czasem wpadnie pod koła samochodu, to nagle okazuje się, że do sklepu można jeździć tylko towarzysko, po cukier, sól, mąkę albo proszek do prania. To się nazywa żyć zdrowo, a ja jestem dumna z chłopców, bo sami już to zrozumieli i nauczyli się doceniać.  


zawzięci na orzechy

Słówko na dziś to NATURALNY - NATURALE

5 komentarzy:

  1. Cudne, pamiętam jakby to było wczoraj:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Z takiego miejsca nie miałabym ochoty wyjeżdżać... Jest wszystko co potrzebne do życia.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dlatego też to jeden z powodów naszej tęsknoty i jeden z argumentów za tym, by żyć właśnie tam...

    OdpowiedzUsuń
  4. I te jogurty naturalne od Ohmy:))) I miody od jego brata. I świeża ricotta od Camuranich... Można tak bez końca:))

    OdpowiedzUsuń
  5. Można można... i trufle od Giancarlo, i kasztany...

    OdpowiedzUsuń

Drukuj