czwartek, 28 lutego 2013

Sardynia w obiektywie Tiny


- Pamiętaj Sardyńczycy zostają przyjaciółmi na całe życie, podobnie jak Sycylijczycy - powtarza mi zawsze Mario. - Zdobyć ich przyjaźń to jak znaleźć skarb! 

Mario o sycylijskich przyjaźniach dużo mi opowiadał, ale to są historie z jego dawnych czasów. Natomiast teraz ma w pracy kolegę, który pochodzi z Sardynii. Kolegi Sarda jeszcze nie poznałam osobiście, ale z opowieści Mario znam go doskonale, znam go też z głosu, bo jego bajania mogliśmy posłuchać do woli latem, kiedy dzwonił do Mario. Musicie wiedzieć, że na naszym pustkowiu sygnał telefoniczny często kaprysi, nauczyliśmy się już precyzyjnie niemal co do centymetra, wyłapywać miejsca skąd można wysłać wiadomość albo nawet zadzwonić. Budka telefoniczna nr 1 znajduje się w wejściu do domu. Ponieważ nawet delikatne poruszenie telefonu zrywa połączenie, więc Mario zrobił z plastikowego korka mały balkonik na drzwiach, gdzie można włożyć telefon i rozmawiać do woli, jednak tylko w opcji głośnomówiącej:) Dlaczego o tym dziś piszę? bo właśnie dzięki naszej telefonicznej budce mogłam posłuchać opowieści kolegi Sarda:) to co mnie zadziwia, to czas jaki spędzają przy telefonie! Gadają i gadają o tym i o tamtym, nikt nie mówi, "muszę kończyć", "oddzwonię", "jestem zarobiony". Mario tkwi więc czasem "w naszej budce" przez długie minuty, Sard opowiada o zniewalająco pięknej Sardynii, o swojej rodzinie, ja słucham (nie mylić z podsłuchuję) i na bieżąco staram się tłumaczyć Pawłowi. Ojciec Sarda jest starym pasterzem, mieszka w górach w głębi wyspy i prawdopodobnie nigdy nie był poza nią. Wypasa swoje owce, z dala od ludzi, spokojny, żyje sobie wiejskim życiem, z mleka owiec wytwarza wspaniałe pecorino, które dzięki uprzejmości kolegi Sarda, mogliśmy zabrać ze sobą nawet do Polski. Na kilka dni przed końcem wakacji przywiózł nam dwa piękne krążki tego sardyńskiego przysmaku. Rozdzieliliśmy najbliższym a resztę zachowaliśmy dla siebie i mały kawałeczek jeszcze do niedawna leżał w lodówce. Pecorino jest pyszne, słodkawe, kruche. Kawałek tego sera, kieliszek wina i więcej moje podniebienie nie żąda!



W końcu Mario kończy rozmowę, śmieje się, z gadulstwa swojego przyjaciela i przekazuje raz jeszcze to, co już Pawłowi podszeptywałam.
- Zapraszają nas na Sardynię! Chcą pokazać nam prawdziwą wyspę, nie tylko kurorty. Brat Sarda - tłumaczy dalej Mario - zajmuje się przewożeniem turystów, jeździ po wyspie swoim busikiem i zabiera ich tam gdzie sobie życzą, tym sposobem wie o wyspie chyba wszystko, więcej niż niejeden przewodnik.

Już widzę w myślach, te surowe skały, fichi d'india, wodę pstrokato - niebieską... Mam nadzieję, że długo na realizację tego planu nie będziemy musieli czekać.

OWCE to po włosku LE PECORE

środa, 27 lutego 2013


Będąc w Toskanii nauczyliśmy się korzystać z jej naturalnych darów. Kiedy wracamy do Warszawy po dłuższych pobytach, zawsze odczuwamy zmianę menu, przejście na miastowe jedzenie do przyjemnych nie należy. Brak nam słodkich owoców, naturalnych serów, mleka od krów, które wypasają się na naszych wzgórzach, domowej pasty, mięsa swojskiego, wina kupionego z dystrybutora, w domu zabutelkowanego i wody źródlanej w kranie. Nasze ciała w Toskanii przechodzą detoks, potem znów nam miasto brzydko pachnie, żeby nie powiedzieć dobitniej, a na jedzenie patrzymy z podejrzeniem. 

Badia della Valle

Wyobraźcie sobie, że blisko naszego domu jest restauracja, ulokowana w średniowiecznych zabudowaniach na terenie posesji starego kościoła. To, że we Włoszech ktoś otwiera restaurację w miejscu wydawałoby się niepopularnym, niedostępnym, jest czymś zupełnie normalnym. O tych lokalach nie raz wspominałam, ale tak naprawdę powinnam każdemu poświęcić osobny post. Niektóre znajdują się w oddaleniu od głównej drogi, w lesie albo na wzgórzu. Ludzie za dobrym jedzeniem pojadą wszędzie. To co przy pierwszym pobycie urzekło mnie w Badii - tak się nazywa to miejsce, o którym wspomniałam - to menu, gdzie pod każdym daniem jest podane pochodzenie poszczególnych produktów. I tak np. ser od Lucciano, jajka od Camuranich, mięso od Felice itd, itp.... To wzbudza zaufanie!

tak jak mama uczyła....

papryka w naszym ogródku

dzikie czereśnie

ryzykant!

świeżo zabutelkowane

w naszej winnicy

Jak w dawnych czasach - dzieci robią wino:)


Jeżyny...

rozmaryn koło domu

Staramy się wykorzystać jak najwięcej z tego co mamy pod ręką. Chodzimy na jeżyny, które porastają naszą ukochaną polanę, a potem robimy z nich pyszny dżem, są tak słodkie, że niemal nie trzeba dodawać cukru. Koło domu mamy też drzewo figowe, morwę, śliwę, czereśnię i sporo leszczyny. Warzywa dojrzewają nam w ogródku, a zioła właściwie wszędzie gdzie nie spojrzeć, mięta rośnie dziko nawet na trawniku przed domem, do tego wielki krzak rozmarynu. O makaronie, chlebie i pizzy już pisałam nie raz, więc nie będę się powtarzać. W naszej winnicy pod koniec lata wiszą fioletowe grona drobnych owoców, z których chłopcyw tym roku robili sok a' la wino, bawiąc się przy tym setnie:)  Kiedy jeszcze do tego dodamy grzyby, ryby, raki albo zwierzynę, która czasem wpadnie pod koła samochodu, to nagle okazuje się, że do sklepu można jeździć tylko towarzysko, po cukier, sól, mąkę albo proszek do prania. To się nazywa żyć zdrowo, a ja jestem dumna z chłopców, bo sami już to zrozumieli i nauczyli się doceniać.  


zawzięci na orzechy

Słówko na dziś to NATURALNY - NATURALE

wtorek, 26 lutego 2013

Mario opowiada: 
Hodowałem wiele ptaków, wykorzystując wiedzę, którą przekazał mi ojciec, dzięki niemu wiele się nauczyłem. Z tą różnicą, że dla niego to była  praca, a dla mnie stało się to pasją. Przede wszystkim na początku chciałbym wyjaśnić jedną kwestię - nigdy nie trzymałem ptaków w klatkach, z wyjątkiem ostatniego merlo, który nie był w stanie latać, i który przez ironię losu kilka dni temu został zaatakowany i zabity przez polującego sokoła. Ale nie o tej smutnej historii chciałem pisać. Postanowiłem opowiedzieć Wam o pewnej sowie, która z czasem okazała się być puchaczem królewskim. Pisklę zostało znalezione w murach opactwa w moim miasteczku, a że moja pasja i zdolności znane były na całą okolicę, więc sówkę przyniesiono oczywiście do mnie. Po pierwszych oględzinach mogłem orzec, że jest zdrowy i nic mu nie dolega, poza tym że był wygłodzony. Jak przypuszczałem - musiał wypaść z gniazda, ale na szczęście dla niego nie odniósł żadnych, fizycznych obrażeń. Szybko udało mi się zdobyć jego zaufanie i chętnie zaczął współpracować przy karmieniu, a już po miesiącu jadł sam. W krótkim czasie  jego wygląd zmienił się nie do poznania. Rósł w oczach i wkrótce  przestał mieścić się w swoim pudełku, krążył za mną po domu, kontrolując każdy mój ruch. Nocą oczywiście był aktywniejszy, wskakiwał na stół, na łóżko, stał się domownikiem i kompanem. 
Nadeszło lato, a więc czas żeby podjąć pierwszą próbę latania. Martwiłem się trochę jego rozmiarami i ciężarem, ale jak się wkrótce okazało - niesłusznie. Wzbijał się do lotu i przysiadał zadowolony na pobliskim drzewie. Byłem smutny, bo wiedziałem, że go tracę, ale przecież takie było moje powołanie, mój cel - pomóc mu dorosnąć i zwrócić wolność. 
- Buon viaggio gufo, buona fortuna!!* - wołałem.       

 

Nie wyobrażacie sobie mojej radości gdy po pierwszym pewnym locie puchacz wylądował znów przed moim domem. Nie umiałbym opisać mojego szczęścia! Od tej pory był wolny ale wciąż mieszkał u mnie. Wylatywał i wracał kiedy chciał, oczywiście zwykle nocą. Dni mijały mu na leniwych drzemkach i robieniu złośliwości:) We wrześniu wiedział już gdzie pracowałem i znał mój grafik, krążył w pobliżu i kiedy tylko usłyszał, że żaluzja witryny opada w dół, natychmiast pojawiał się jak zjawa i towarzyszył mi przez całą drogę do domu. W sąsiedztwie znany był ze swojej pasji - kobiety! Na ich widok kłapał dziobem i kręcił językiem w sposób nieprzyzwoity, wulgarny wręcz. To było dla mnie  krępujące, wyglądało to tak, jakbym ja go tego nauczył. Uwielbiał zniżać lot i muskać ich głowy - możecie sobie wyobrazić ileż te kobiety najadły się strachu. Co jakiś czas niósł się przeraźliwy wrzask po okolicy, bo kto go nie znał, był przerażony. Musiałem się za niego tłumaczyć, że to tylko zabawa i krzywdy nie zrobi. Szczerze mówiąc nie rozumiałem tej jego fascynacji. Aż któregoś dnia przyszła do mnie pewna kobieta - wiele osób przychodziło gnanych ciekawością, chęcią zobaczenia z bliska wielkiego puchacza - jednak tym razem mój przyjaciel pozostał niewzruszony i wtedy zaświtał mi w głowie pewien pomysł! Jak tylko kobieta wyszła, wyciągnąłem końcówkę mopa, założyłem sobie tą sznurkową perukę na głowę i pokazałem się puchaczowi. Kiedy mnie zobaczył, dosłownie oszalał! Może mi nie uwierzycie, ale zachowywał się jak stary zbereźnik, wysuwał język, kręcił nim na wszystkie strony, był w ekstazie. To wszystko wyjaśniało czemu latając czasem zniżał się i muskał głowy niektórych - miał słabość do długich włosów. Kobieta, która wtedy mnie odwiedziła, była krótko ostrzyżona, więc nie wzbudziła w nim żadnych emocji. 



Po jakimś czasie nadeszła prawdziwa jesień, wieczory były chłodniejsze i musiałem zacząć zamykać okna, wiedziałem że robiąc to zamykam się też przed moim puchaczem. W pierwszych dniach zaraz po przebudzeniu biegłem zobaczyć czy przyleciał - znajdywałem go zawsze wciśniętego za okiennicą, jakby chciał się skryć przed dziennym słońcem. Trwało to około tygodnia, a potem pewnego ranka już go nie było... Następnej nocy usłyszałem jak chodzi po dachu, wstałem z łóżka, wyszedłem przed dom i zacząłem go nawoływać, udając jego odgłosy. Odpowiedział mi tym samym typowym głosem. Słyszałem go jeszcze w ciągu kilku kolejnych nocy, jego znajome, bliskie pohukiwanie ... ale niestety już nigdy go nie zobaczyłem....
  


Niestety nie mamy zdjęć słynnego puchacza królewskiego, ponoć był kiedyś na zdjęciu w jakiejś gazecie, ale Mario twierdzi, że musiała zaginąć w czasie licznych przeprowadzek. Dlatego pokazuję Wam "naszą" sowę, którą znaleźliśmy razem w Casaluccio a historię jej już tu publikowałam.
Słówko na dziś powtórzę, bo już w tekście padło - GUFO - czyli SOWA:)
__________________________
*Dobrej podróży sowo, powodzenia!

poniedziałek, 25 lutego 2013


Włosi są estetami, lubią otaczać się pięknem, nie rujnują krajobrazu pokracznymi wymysłami architektów, natura, kompozycja, jednolity styl są zawsze bardzo ważne. Nawet blokowiska w dużych miastach są arcydziełem w porównaniu do naszych gierkowskich mrówkowców. Ten kult piękna, dbałość o szczegóły widać na każdym kroku. Kiedyś pojechaliśmy na ryby nad sztuczny zbiornik. Cóż za atrakcja! - pomyślałaby większość! Jednak popatrzcie na zdjęcia i zrozumiecie o czym mówię. 


Zalew wygląda jak piękne, naturalne jezioro, woda jest szmaragdowa, skalisty i stromy miejscami brzeg porastają sosny piniowe, tak charakterystyczne dla włoskiego wybrzeża. Na kilku odcinkach urządzono kąpieliska z leżakami, barami a nawet wypożyczalniami łódek. Bardziej leniwi mają do dyspozycji wygodne plaże, a nieopodal jest kilka miejsc gdzie można rozstawić się z camperem. To wszystko wystarczy, by poczuć się jak w prawdziwym, nadmorskim kurorcie. Największym powodzeniem jednak cieszą się ustronne fragmenty, które często zajęte są przez wędkarzy lub wtajemniczonych bywalców tych stron.


Kiedy zjawiliśmy się nad Lago di Bilancino - tak zwie się ów zalew - z naszym wędkarskim ekwipunkiem i prowiantem, kierowani intuicją znaleźliśmy natychmiast idealne zacisze. Nim zdążyliśmy się dobrze rozlokować, pojawiła się pierwsza osoba poszukująca swojego kawałka wybrzeża! Co za szczęście, że wyjechaliśmy z domu tak wcześnie - uradowani wymienialiśmy porozumiewawcze spojrzenia. Jednak, ku naszemu niezadowoleniu byli i tacy, którym nasze towarzystwo nie przeszkadzało. Nie ma się co dziwić nie byliśmy jedyni, zachwyceni tym miejscem! Gdybyśmy mieszkali bliżej z pewnością bywalibyśmy tu częściej.  


Dzień był bardzo udany, czego nie można powiedzieć o połowach, ale jak mówili moi dzielni wędkarze, tylko wariaci siedzą z wędką w południowym słońcu:) Tak czy inaczej informacje o "taaaaakich: rybach, które rzekomo zamieszkują wody Bilancino, są potwierdzone przez niezależne źródła.


Wracając z tego wędkarskiego pikniku zatrzymaliśmy się przy polu słoneczników i zrobiliśmy zdjęcia, o jakich zawsze marzyłam, ale te już tu w innym poście publikowałam, więc tylko dwa dla tych, którzy nie zagłębiali się w archiwum:


Nawet nieznane zakątki Toskanii potrafią zadziwić, a piękno, które jest dookoła uskrzydla, pobudza zmysły, zniewala...
Słówko na dziś to LAGO - czyli JEZIORO.


niedziela, 24 lutego 2013


Jestem takim politycznym ignorantem, że Paweł czasem załamuje ręce i dziwi się: jak można nie wiedzieć? jak można się nie interesować? Jak widać na moim przykładzie - można! Właściwie nie oglądam telewizji, gazet - tych informacyjnych też nie czytam, ograniczam się jedynie do prześledzenia jednym okiem newsów z portali internetowych. Czemu tak jest? bo kiedy już czasem dochodzi do mnie to, co się wyprawia "na górze", kto i jak za nas decyduje, co się nam proponuje, to zalewa mnie wściekłość, wstyd, a czasem po prostu robi mi się niedobrze od tej, tzw polityki.

              Jednak nawet taki ignorant jak ja, nie może nie zaznaczyć na swoim blogu, że dziś ważny dzień w Italii - wybory! Ciekawa jestem co się wydarzy, czy ludzie zagłosują na stare - złe, już raz "niesprawdzone" ale znajome, czy na nowe, nieznane ale jednak pełne nadziei. Mam nadzieję, że Włosi mądrze wybiorą, naprawdę zależy mi na tym, by kraj, w którym chcę żyć był przyjazny dla ludzi, żeby odzyskał swój splendor sprzed kilkudziesięciu lat. 

            
    A my wciąż sobie tęsknimy... Robiłam wczoraj porządki, tym razem w zdjęciach i znalazłam oto te dwa. Pierwszy rysunek jest autorstwa Mikołaja, narysowany chyba rok temu, jest tam wszystko to, co kojarzy mu się z Italią:) Jest las, morze, wulkan, włoska flaga, nasz dom i sklep Felice. Dziecięca szczerość i prostota w widzeniu świata jest niezwykła. 
        Drugie zdjęcie to nasz dom, nasze wspólne marzenie, które Tomuś narysował na placu zabaw między jedną huśtawką a drugą. To pozwala zrozumieć, że myśli o emigracji są wiecznie żywe, towarzyszą nie tylko mi, ale i dzieciom, każdego dnia, niemal w każdej chwili. Przynajmniej między sobą możemy rozmawiać otwarcie, bez obaw, dzielić się tęsknotą, snuć plany, demonstrować naszą miłość do tego kraju, zawsze wtedy, kiedy czujemy taką potrzebę. Mam nadzieję, że to nasze pragnienie wkrótce się urzeczywistni i przestanie być tylko nietrwałym rysunkiem na piasku...

sobota, 23 lutego 2013

Książki to moja miłość, mój nałóg, moja ucieczka, mój świat... od zawsze. Książki są ze mną w każdym momencie, w każdej sytuacji. Nawet w torebce do wieczorowej sukienki mam zawsze wepchnięte jakieś kieszonkowe wydanie, "na wypadek gdyby było nudno". Kiedyś Czytelnik wydawał serię taką maluśką, która mieści się wszędzie. Większość książek Moravii mam właśnie w tym wydaniu, uwielbiam je!
Książki gromadzę z zachłannością, gdziekolwiek jadę są zawsze ze mną, rzecz jasna także w Toskanii. Już na tamtejszych półkach zebrała mi się skromna biblioteczka. Ostatnio przed wyjazdem, kiedy Nello wpadł do nas na kolację, wysłuchał cierpliwie moich życzeń odnośnie nowych półek, bo te, które są już się zapełniły. Przy okazji nie mógł się nadziwić, że czytam po włosku. Mario stał  z boku i komentował, że czasem wyszukuję mu słowa do przetłumaczenia, których znaczenia nie zna on sam i musi posiłkować się słownikami.   



Kilka dni temu odwiedził mnie ktoś bardzo miły, kto podziela moją pasję, a to w dzisiejszych czasach rzadkość niestety, najpierw wzrokiem oniemiałym z wrażenia wodził po grzbietach książek, z euforią wypatrując tytuły i autorów, a potem .... Hmmm a potem zostałam zbesztana ze nieład, za nielogiczne ustawienie, za chaos i Bóg wie co jeszcze. Posypałam głowę popiołem, przyznałam rację w pełnej rozciągłości i postanowiłam coś z tym zrobić. Teraz po dwóch dniach trzepania z kurzu, przestawiania, dobierania w grupy, nadgarstki mam mocno nadwyrężone ale serce się raduje patrząc na efekt. Moja biblioteczka jest odświeżona, odkurzona i usystematyzowana. A jej drobne fragmenty z radością Wam prezentuję, wreszcie włoskie książki stoją w swoim gronie:)   

Słówko na dziś: CZYTAĆ - LEGGERE:)

Post i zdjęcia dedykowane są wymagającej Pani M:)

piątek, 22 lutego 2013



W Marradi musi być dobry klimat, tzn. w tych wszystkich, małych włoskich miasteczkach, położonych na uboczach, otoczonych lasami. Nigdzie w Polsce nie widziałam tylu starszych ludzi w tak świetnej formie. Nie wiem czego to zasługa .... świeżego powietrza? klimatu? genów? aktywniejszego życia? pracy? ruchu? bardziej naturalnego jedzenia? Pogodniejszej mentalności? Pewnie wszystkiego po trochu. Ktokolwiek był we Włoszech na pewno zapamiętał taki widok - stoliczek przed barem a przy stoliczku starsi panowie czytają gazety, grają w karty, piją wino lub grappę, niektórzy są naprawdę wiekowi, co czasem trudno zauważyć, bo wielu z nich nie przedstawia swojego prawdziwego wieku. Nie raz otwierałam buzię ze zdziwienia, kiedy jakiś staruszek chwalił się latami. Starsi ludzie we Włoszech póki mają siłę wyjść z domu, nie siedzą i nie poddają się wiekowi, kpią sobie ze swoich lat! Kiedy będziecie na włoskim wybrzeżu - popatrzcie na starsze panie! Babcie w kapeluszach, okularach i biżuterii, nie tracą nic ze swej elegancji, nie zapominają, że mimo upływu lat  są wciąż kobietami, to piękne, godne naśladowania!



Dlaczego dziś taki post? 

Dlatego, że na wszystkich przychodzi czas i tak się smutno złożyło, że w rodzinie Mario w tym tygodniu były dwa pogrzeby, w ciągu kilku dni zmarli dwaj jego wujkowie. Lat mieli dużo ... Dla mnie abstrakcyjnie dużo, bo w mojej rodzinie chyba nikt takiego wieku nie dożył. W Marradi to nic nadzwyczajnego. Zawsze zadziwia mnie fakt, że Mario ma jeszcze mamę i powtarzam mu, że to piękne mieć 60kilka lat i móc cieszyć się rozmowami z nią. Anna jest przemiłą staruszką, szanowaną, lubianą, niestety już teraz jest schorowana i w kiepskiej formie, a to dlatego że kilkanaście lat temu uległa poważnemu wypadkowi. Mario opowiadał, że wcześniej nigdy się nie zatrzymywała, zawsze w ruchu, pełna energii, a po tym wypadku niestety już nigdy nie odzyskała pełnego zdrowia. Wiem, że ilekroć się widzą, pyta o mnie i pozdrawia, bardzo mnie polubiła, z wzajemnością. Szkoda, że poznałam ją tak późno. Mogła i mnie nauczyć robienia pasty, tak jak nauczyła większość kobiet młodego pokolenia w Marradi. Była bohaterką nawet jednego programu, realizowanego przez RAI.
Mam nadzieję, że jeszcze nie raz będę mogła z nią rozmawiać, częstować naszą pastą i czekać z napięciem na ocenę mistrzyni tej sztuki. Oby żyła sto lat!
Niestety nie mam zdjęć mamy Mario, muszę to nadrobić, jedynie to przy stole, podczas wspólnej kolacji. Wybaczcie powtórkę zdjęć już publikowanych, ale tylko na tych uchwyciłam starsze osoby. Nawet te dają skromne wyobrażenie o tym, jak żyją, pokazują, że się bawią wesoło podczas wspólnych imprez, spacerują, mają swoje pasje, pracują, tak jak chociażby ojciec Felice, który niezmordowany wypasa swoje owieczki.
Starsi ludzie mają wiele do opowiedzenia, czasem warto się zatrzymać i chwilę ich posłuchać.


ASCOLTARE - to po włosku SŁUCHAĆ.

czwartek, 21 lutego 2013



Może zmieńmy dziś krajobraz... Niektórzy już rezerwują miejsca na wakacje, a mnie przypomina się morze z końca lata...


Z toskańskiego notesu:

29 sierpnia 2012 roku

Jedziemy nad morze ostatni raz w te wakacje, pakuję kąpielówki, kremy, ręczniki. Składam z czułością dziecięce szlafroczki, które kupiliśmy na pierwszych toskańskich wakacjach. Wtedy sięgały chłopcom do kostek, teraz są jak kardynalskie pelerynki. 
             Parzę świeżą kawę a z okna w kuchni obserwuję jak wczesne słońce rozlewa się po wzgórzach....



Kiedy przyjeżdżamy do Milano Marittima, znów jesteśmy przyjęci z fanfarami, nawet nie wiem czemu. Znów zadaję sobie to samo pytanie: czy to tylko tu? czy taka mentalność? Ja chyba naprawdę mam szczęście. Enrico prowadzi nas do parasola przy samej wodzie. Dzieci mogą bawić się w morzu a ja mam ich na wyciągnięcie ręki leniąc się na leżaku. 



Dzień w Milano Marittima ma zawsze ten sam schemat - około pierwszej przenosimy się do stołu na obiad, obsługuje nas ta sama Polka co w zeszłym roku - Kamila, ale Andrea, jeden z właścicieli, z charakterystyczną dla siebie elegancją i uprzejmością żartuje, że gdyby jednak Kamila sobie nie radziła, to on jest blisko, w pełnej gotowości. 
Obiad jak zawsze doprowadza nasze podniebienia do ekstazy! O tych daniach można napisać elaborat! 



Po kawie i słodkościach znów przenosimy się pod parasol, a po krótkiej sjeście idziemy na leniwy spacer wzdłuż morza. Jest z nami mój brat fotograf, więc bawimy się świetnie przy robieniu zdjęć. Dzień mija nam miło, radośnie i tym bardziej nam żal, gdy przychodzi w końcu moment pożegnania. Musimy zostawić plażę i jej gospodarzy na długie miesiące. Andrea patrzy na moją zrozpaczoną twarz i mówi - o nie!! tak to się nie żegnamy. Ale kiedy widzi, że ten mój smutek wcale nie jest udawany i łzy zaczynają zbierać mi się w kącikach oczu, ściska mnie mocno, całym sercem...
Tak czule nas żegnają i tak wylewnie zawsze witają ... Tak ... to chyba jednak jest szczęście...

"Klasyczny skręt szyjny" - natura nie śpi:)



MARE - to po włosku MORZE ...

środa, 20 lutego 2013


Chciałabym dziś opowiedzieć o pewnym sierpniowym dniu, który - jak teraz na to patrzę - stał się dniem przełomowym. Od tego czasu minęło kilka lat, wiele się zmieniło, coś nowego się wtedy zaczęło, a ja wciąż pamiętam, wszystko... minuta po minucie, kilometr po kilometrze, krok po kroku, słowo po słowie... Czas mija a pewne wspomnienia nie blakną, są zawsze wyraziste, intensywne. 
Tamten dzień też ma swoją muzykę, tak nam został w pamięci, letni, gorący, pachnący łąką i lasem, z Archive w tle ...   


Za kilka dni mieliśmy wracać do Polski, nasza przyjaźń z Mario dopiero nieśmiało raczkowała. To był czas, kiedy spragniony był naszego towarzystwa, ale z drugiej strony ostrożny, żeby się nie wygłupić, nie ośmieszyć, nie urazić. Z wielką dozą niepewności (jak mówiła kiedyś pani w telewizji) zaproponował nam spacer i wycieczkę po toskańskich wzgórzach. Nie trzeba było nas dwa razy namawiać. Pojechaliśmy na Sambucę, szliśmy ścieżkami przez bukowe lasy, przez łąki brzęczące pszczołami, zrywając maliny, chłonąc zapachy, ciesząc się sierpniowym słońcem. Nie doszliśmy wtedy do szczytu, skąd jak kiedyś wspomniałam, widać dwa morza, dzieci były za małe, nie byliśmy przygotowani do wielkiej wyprawy. Jednak ten spacer wystarczył, by te ścieżki pokochać ....


Po spacerze zgłodniali i spragnieni zjechaliśmy do bottegi do Palazzuolo. Wcześniej Francesco był dla nas tylko aroganckim restauratorem, jednak kiedy przyjechaliśmy z Mario i zostaliśmy przedstawieni, okazało się, że Francesco to przemiły człowiek, trochę zwariowany, po włosku spontaniczny, ale w tym właśnie tkwił jego urok. Teraz już to wiem...
Siedzieliśmy przy stoliku przed bottegą pod arkadami, popijaliśmy wyborne wino, przegryzając serem i rozmawialiśmy o polskim chlebie.

Na Palazzuolo wycieczka się nie skończyła, kiedy Mario zobaczył szczery zachwyt w naszych oczach, zabrał nas jeszcze w inne miejsce, do obserwatorium astronomicznego, usytuowanego na jednym ze szczytów w okolicach San Martino in Gattara. To doskonały punkt widokowy, w tle migotała linia Adriatyku i Faenza, położona kilkadziesiąt kilometrów dalej... 
Bele słomy porozrzucane po falujących polach były dopełnieniem doskonałości...


Kiedy wróciliśmy wieczorem z tych wojaży, usiedliśmy w ogrodzie nad misą pasty, emocje, zachwyt, upojenie nieznaną Toskanią wypełniały mnie po końcówki włosów. 
- Dlaczego wcześniej nie pokazałeś nam tych miejsc? - zapytałam, siląc się na poprawność językową, szukając odpowiednich słów i walcząc z tremą.
- Myślałem, że jesteście jak wszyscy turyści, zainteresowani Florencją, Pizą, San Gimignano, plażą w Viareggio, outletem w Barberino. 
- Nie, nie jesteśmy, jeździliśmy znanymi szlakami, bo nie znaliśmy tego oblicza Toskanii, które dziś nam pokazałeś. Szkoda, że tak późno. 


I tak to się zaczęło...Od tamtego dnia Mario zaczął spędzać z nami większość swojego czasu, prowadząc nas przez lasy, ścieżki mało uczęszczane, a każde z tych miejsc, każda poznana osoba utwierdzały mnie w przekonaniu, że to tu..., że to jest właśnie mój dom, mój świat ....


AGOSTO - to po włosku SIERPIEŃ

Drukuj