wtorek, 22 stycznia 2013


Żeby już zamknąć temat ostatniego pobytu, powinnam napisać kilka słów o samej podróży. Już wspominałam, że droga w tamtą stronę była idealna, pogoda jak z bajki, autostrady puste, sama radość! Została ona zakłócona tylko przez jeden, drobny incydent - spotkanie z policją - klasyka!
Kto jeździ do Włoch, Chorwacji, czy w austriackie Alpy, wie zapewne, co to znaczy austriacka policja. Do najuprzejmiejszych jeśli chodzi o obcokrajowców z pewnością nie należą. Za byle przewinienie zatrzymują prawie każdy samochód na zagranicznej rejestracji. Perfidnie ustawiają kamery kilkadziesiąt kilometrów przed granicą a potem ciach! Mamy cię! No i właśnie 27 grudnia, jak pisałam, Paweł się nie oszczędza, poza tym w głowie mamy kolację w Marradi i chcemy szybko, szybko już tam być, ale jak wiadomo, jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy. Zerka Paweł w lusterko wsteczne i widzi, że na ogonie mamy skodę, nie przejmuje się zbytnio, bo w środku jedzie kobieta i mężczyzna, więc przecież nie policja! Ha! I chwilę potem szara skoda, co to miała być nie policyjna, wyprzedza nas (to nie łatwe!) i mruga nam przed nosem niebieskimi światłami. Cholera no! Już widzę jak nasza kolacja zasila austriacki budżet, oby tylko jedna! Jedziemy długo za policją, bo do kolejnego zjazdu jest kawałek. Zatrzymujemy się w końcu na parkingu przed stacją benzynową, ze skody wysiada pan i pani (pan miły, pani jakby mniej), i zaczyna się klasyczna kontrola policyjna po angielsku, gdzie żadna ze stron dobrze tym językiem nie włada. Pani prosi o dokumenty (sic!) całej rodziny, nawet dzieci, więc ja już czuję się jak bandyta (chyba każdy tak się czuje przed policją - jak na cenzurowanym!). Nigdy przez te wszystkie lata, nikt nawet nie oglądał dzieci paszportów, poza lotniskami oczywiście. Pan żąda by otworzyć maskę, bagażnik, sprawdzają numery samochodu we wszystkich możliwych miejscach. Aż zaczynam wątpić w to co pewne, czy on na pewno z salonu, oby nie było tak jak z naszym Nikonem (kiedyś opowiem).  
Oczy mi wychodzą z orbit kiedy pani przynosi komputer i zbliża go chyba do silnika (albo nie wiem do czego  - nie znam się, ale wygląda to groźnie - profesjonalnie). Zabierają nasze dokumenty i wsiadają do swojego samochodu, kontrola trwa już niezłą chwilę, widzę jak on-line sprawdzają wszystkie dane. Zaczynamy z Pawłem obstawiać wysokość mandatu i już mi się ręce trzęsą! Wykroczenie tym razem jest poważne, nie ma co nawet dyskutować i się obrażać. W końcu podchodzi do Pawła pan policjant i wręczając mu wszystkie dokumenty mówi: 
- Wiedział pan, że w Austrii na autostradzie jest ograniczenie do 130km/h?
- Tak wiedziałem - odpowiada Paweł pokornie, jak uczniak. 
- Nie! Nie wiedział pan - przerywa policjant - bo gdyby pan wiedział, tak szybko by pan przecież nie jechał! Szczęśliwej podróży - oddaje dokumenty i wraca do swojej skody. 
Nasze miny - bezcenne! Cóż pozostaje mi cofnąć wszystko to, co o austriackiej policji napisałam czy powiedziałam!    :))



Powrót...
Wyjeżdżamy zgodnie z planem, a nawet ciut wcześniej, jesteśmy wyjątkowo dobrze zorganizowani, ktoś kiedyś powiedział - u was jak w wojsku. Tym razem jeszcze bardziej zależy nam na czasie, bo jutro poniedziałek i dzieci na 8.00 do szkoły. Przed 6.00 już jesteśmy na autostradzie, pustej i szerokiej jak pas startowy. Jednak już po 50 kilometrach nasza radość gaśnie wjeżdżamy w taką mgłę, że widać maksymalnie dwa paski przed samochodem, dzielące drogę. Pawłowi ze zmęczenia aż łzawią oczy. Na wysokości Ferrary poddajemy się, bo podróż zaczyna przypominać rosyjską ruletkę, nie widać nic! Zjeżdżamy na stację benzynową i Paweł zasypia. Po pół godzinie próbujemy znów swych sił na drodze, ale jest wciąż tak samo. Zmieniamy się - jeśli i tak szybko nie można jechać, jedź ty, a ja odpocznę - mówi Paweł. I tak jadę ja do końca Italii, do samego prawie Triestu. Wraz z nastaniem dnia widoczność się poprawia. Słowenię udaje nam się przelecieć szybko i bez komplikacji, ale jak tylko wjeżdżamy do Austrii zaczyna delikatnie siąpić. Aj! Znów trzeba zwolnić, podróż zaczyna przypominać drogę przez mękę, im dalej na północ tym bardziej deszcz się rozkręca, a w Czechach zaczyna zmieniać się w śnieg! No tak zbliżamy się do Bieguna Północnego! Za Ołomuńcem sypie już tak, że droga jest biała, samochody jadą wolno prawym pasem, od czasu do czasu lewym przemyka tylko jakiś kamikadze. Paweł jest zmęczony i prosi by go zmienić. No to jadę, ale jestem tak spięta, że aż bolą mnie ramiona. - Oby do Polski mówi Paweł - tam na pewno będzie odśnieżone. W międzyczasie dzwonimy po znajomych i rodzinie - aby dowiedzieć się jaka pogoda w Warszawie.  Kiedy mijamy Cieszyn sytuacja jeszcze się pogarsza! Rozwiewają się nasze płonne nadzieje na odśnieżone drogi! I tak prawie do Częstochowy, potem wszystko nagle się urywa, droga znów jest czarna, śnieg przestaje padać. Paweł wciska gaz, o 22.30 zajeżdżamy przed nasz warszawski blok, jesteśmy wyczerpani!

Okolice Ferrary 7.00 rano. Paweł śpi, widoczność jest całkiem niezła bo stoimy pod latarnią.
 Słówko na dziś - NEBBIA czyli MGŁA.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj