środa, 9 stycznia 2013


Rankiem 28 grudnia rozpakowuję walizki, a w międzyczasie toczę nierówną walkę z kominkiem. Rozpalenie go mając do dyspozycji tylko grube szczapy drewna i żadnej rozpałki graniczy niemal z cudem. Kiedy w końcu mi się udaje, rozpiera mnie prawdziwa duma, czuję się jak Prometeusz! Dzieci wstają z łóżek, ciepło kominka działa na wszystkich jak magnes. 

Kręcę się w kółko po domu zaglądając we wszystkie kąty, znajduję ślady naszych poprzednich bytności, korek od prosecco z ostatniego Sylwestra, wetknięty gdzieś dla pamięci, rysunki dzieci, słoiki z przecierem pomidorowym, kapelusz słoneczny mojego brata. Wszystko mnie wzrusza i rozczula. Wyglądam przez okno, niebo jest tak "niezimowo" niebieskie, widać szałas na Gamogni i już mi wszystko w środku dygocze, już czuję moje motyle! Rozpoznaję każdy kamień w murze, każdą belkę na suficie... kamień, drewno, ogień... 

W południe jedziemy na większe zakupy do Modigliany a po drodze wstępujemy przywitać się z rodziną Camuranich, jest tylko Katia i Franco, Nello czuwa przy Ermini, która w drugi dzień świąt zasłabła i trafiła do szpitala. Mario i Graziella zajęci są świniobiciem.


Przez całą drogę do Modigliany trzymam aparat w gotowości, to już nasza trzecia zima tu, a jeszcze nie zdarzyło się aby było aż tak ciepło, wiosennie, tyle dookoła zieleni, tyle słońca! Wszystko ma jedyny i niepowtarzalny urok, uśpione winnice, cyprysy wzdłuż drogi w Lutirano, stare kamienne domy i wiecznie żywe gaje oliwne...



Kiedy wracamymy z zakupów wyciągam ze schowka stół i krzesła, bo pogoda zaprasza na dwór i w ten sposób pierwszy raz udaje nam się zjeść zimowy obiad przed domem. Co było na stole ? Prawdziwa kuchnia fusion! :)) Sery, finocchiona, chleb puglieski, wino i nasz polski bigos!


Po obiedzie chwila relaksu, czas na zapiski, lekturę, czułości. Ludzie czasem nie wierzą mi, że dzieci są w Toskanii zakochane tak jak ja, większość podejrzewa, że są przeze mnie zmanipulowane. Oczywiście to ja tą miłością ich zaraziłam, ale teraz żyje sobie ona swoim życiem i nie muszę jej w żaden sposób podsycać. Wystarczy popatrzeć na chłopców, jak ganiają po zielonych polach, jak się tulą do naszych znajomych, jak naprawdę im tam dobrze, ale o tym już pisałam i jeszcze napiszę przy innej okazji.


W Mikołaju drzemią ogromne pokłady energii i sportowy duch, przyznać muszę z dumą, że coraz bardziej mnie zadziwia. Niedługo będę miała równego sobie partnera do gry w badmintona!! 

Po południu przyjeżdża Mario i dzieci zaraz na wejściu zarządzają mecz towarzyski z komentatorem, tak jak bywało latem. Bierze więc Mario wiaderko i znów niesie się po wzgórzach: "... gentili telespettatori! Dallo stadio Casaluccio...."
To są chwile bezcenne... niby nic wielkiego a dla mnie prawdziwa bajka... 

a bajka to po włosku FAVOLA:)












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj