sobota, 26 stycznia 2013


Polowanie ... temat rzeka....




Nie wiem jak to możliwe, że jeszcze nie poświęciłam osobnego artykułu na tę jedną z najważniejszych rozrywek Toskańczyków.  Pamiętam jak obudziłam się pewnego letniego dnia i usłyszałam gwar, a gwar na naszym polu to ostatnie czego można się spodziewać. Teren pogrodzony był taśmami, ustawione budki strzelnicze, stoły pod namiotem, mnóstwo samochodów i jeszcze więcej ludzi. 

Kiedy wszyscy poszli czas na zabawę we własnym gronie!
Rodzina Camuranich organizuje każdego roku polowania, a czasem poza sezonem również zawody w strzelaniu do ruchomego celu. W szranki stają myśliwi z różnych drużyn, wśród zebranych znalazłam wielu znajomych i pomyślałam, że chyba każda rodzina ma w tym gronie swojego przedstawiciela, syn, mąż, ojciec, dziadek, zafascynowani jak mali chłopcy! Nello oczywiście przepraszał mnie za zamieszanie i zakłócanie spokoju, ale ja byłam bardzo ciekawa i traktowałam to jako kolejną lekcję toskańskiego życia.

Przez ostatnie lata Nello i Mario opowiadali mi bardzo dużo o polowaniach, w teorii jestem specjalistką, wiem kiedy na co się poluje, jakie są układy drużyn i ich zony, kto z kim rywalizuje, znam tysiąc myśliwskich anegdot, jak to "tu na tej polance jelonek i ja wtedy..." niemniej z całą sympatią dla tej - nazwijmy to - dyscypliny, muszę szczerze przyznać, że nie jest to coś, co kocham, już sam widok broni przyprawia mnie o dreszcze. 


Zupełnie inne spojrzenie na sytuację ma Paweł, on tylko czeka na takie atrakcje. Tamtego dnia, już po zawodach został wyzwany "na pojedynek", tzw. próba możliwości kto ma lepsze oko! Ustawili się w budkach, Mario w swojej, Paweł w swojej, za plecami dopingowała skromna publiczność i w końcu ruszył papierowy dzik, uprzednio już podziurawiony przez Franco i Giuliano. Co ciekawsze Paweł, niedoszły żołnierz, pokonał Wielkich Myśliwych! Śmiechu było przy tym co nie miara, obiektem kpin stał się Franco, syn naszych gospodarzy, który strzelbę w ręku ma od dziecka, a tym razem nie trafił nawet w dzika. Nie zostawili na nim suchej nitki, ale jako że Toskańczycy szczycą się wyjątkowym poczuciem humoru, nikt się oczywiście nie obraził.    
Innym razem Mario zmierzył się z Pawłem w strzelaniu do ruchomej tarczy i tym razem znów udało mu się wygrać, zostawiając Mario zdegustowanego. Aby ratować swój honor, Mario tłumaczył się, że to wszystko przez kiepską strzelbę, którą mu przydzielono, bo gdyby miał swoją, to byłaby zupełnie inna zabawa! No jasne!!! Ta męsko - myśliwska pycha!


Słówko na dziś oczywiście  CACCIA - POLOWANIE.

I jeszcze kilka słów o konkursie Blog Roku 2012, głosowanie trwa do południa 31 stycznia. Bardzo dziękuję Wam za głosy, dziś mój blog jest na 32 miejscu (na ponad 500 zgłoszonych) a to już coś:)
Jeśli ktoś chce jeszcze głosować na Dom z kamienia można to zrobić wysyłając SMS na nr 7122 o treści A00475 (to jest A zero zero 475), koszt sms to 1,23zł
Dochód z SMS zostanie przekazany na integracyjno - rehabilitacyjne obozy dla dzieci z ubogich rodzin i dzieci niepełnosprawnych.  
 Bardzo dziękuję za wszystkie, oddane do tej pory, głosy.   

6 komentarzy:

  1. co było najpierw? wyjazd do Toskanii czy nauka jezyka? ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zagłosowałam:) Mam pytanie, napisz mi proszę, jak zaczynałaś naukę włoskiego, wszelkie wskazówki mile widziane. Postanowiłam nauczyć się choć trochę włoskiego, mam rok...nie chcę tam jechać jako niemota, chciałabym wysłuchać wielu opowieści i wyłapać sens każdej z nich. Ania-która już pisała, może będę się przedstawiać wizażowym nickiem: AnnaMK

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo dziękuję:)
    Włoskiego zaczęłam się uczyć dla czystej przyjemności, z serca, może intuicja? Lekcje w domu z prywatnym nauczycielem, w międzyczasie była krótka przerwa na drugie dziecko, a potem ruszyło wszystko ze zdwojoną siłą z nową nauczycielką. Ona zdopingowała mnie, zmobilizowała, przygotowała i przekonała do tego by zrobić certyfikat. Będę jej zawsze wdzięczna, bo nigdy bym nawet o tym nie pomyślała, tamten egzamin zdałam, potem kolejny a w tym roku podeszłam do ostatniego i ze ściśniętym sercem czekam na wyniki. Oczywiście w nauce pomógł stały kontakt z językiem, godziny spędzone na skypie zaprocentowały:) Zachęcam do nauki, włoski jest bardzo wdzięcznym językiem, melodyjnym:)

    Opowieści włoskich jest tu dużo, od kilku lat to one wypełniają moje życie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Pierwszy kontakt z włoskim, miałam w szkole muzycznej, arie które śpiewałam były właśnie w tym języku. Potem poszłam do szkoły muzycznej II stopnia na wydział wokalny i trafiłam na nauczyciela, który był wielkim miłośnikiem Italii, pamiętam te arie:)...
    ,,Nessun dorma! Nessun dorma!
    Tu pure, o Principessa,
    nella tua fredda stanza guardi le stelle
    che tremano d'amore e di speranza."
    Jaką okrutnicą była księżniczka Turandot, jak pięknie śpiewał mój kolega, ach wszystkie się w nim kochaliśmy;)
    Potem moje życie potoczyło się inną drogą, ukończyłam psychologię, równolegle zajęłam się renowacją zabytków a włoskie arie, no cóż tych wysłuchiwały kolejno moje córki, bujałam wózek, spiewałam a sąsiedzi od czasu do czasu stukali miotłą w sufit. Teraz pracuję z dziećmi upośledzonymi umysłowo i ruchowo, trwa to już kilkanaście lat, kocham swoją pracę ale czasem chciałabym uciec na koniec świata. Jedynym wytchnieniem są chwile z moimi bliskimi i wędrówki przez las na końskim grzbiecie.
    Wyobraź sobie, że moje ,,miejskie dzieci" ubóstwiają wieś, ja również swoje przyszłe życie wiążę z wsią. Mieszkamy w mieście, ale nie czujemy się tu szczęśliwi.
    Zawsze chciałam odwiedzić Toskanię, czas zrealizować marzenia...AnnaMK

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękna historia...
    Czas zacząć realizować marzenia. Moje dzieci też choć wychowane w wielkim mieście marzą by uciec na toskańską wieś... Tam jesteśmy naprawdę szczęśliwi, a przecież o to w życiu chodzi...
    Przy "Nessun dorma!" mam zawsze gęsią skórkę, wzrusza mnie do łez.

    OdpowiedzUsuń

Drukuj