piątek, 11 stycznia 2013



Kiedy nasz wyjazd stał pod znakiem zapytania, najbardziej przykro mi było z powodu Sylwestra, nie żebym była przesądna, jednak rozpoczęcie Nowego Roku, kolejnego już roku w Italii, było dla mnie szczególnie ważne. Nie interesują mnie wyjścia, bale, przyjęcia, marzyłam tylko o naszym kamiennym domku, ciepłej atmosferze, o dobrej kolacji. Chciałam obejrzeć koncert na raiuno, pośmiać się z głupot, potańczyć, a dzień później wstać wypoczęta i, aby tradycji stało się zadość, pojechać nad morze. 

Wszystko udało nam się tak, jak sobie wymarzyliśmy. Tego dnia już nigdzie się nie ruszaliśmy, tylko ja z Tomaszkiem zaliczyłam obowiązkowy górski spacer, ale poza tym ani na chwilę nie porzuciliśmy naszego wzgórza. W ten ostatni dzień roku w kuchni rządził Paweł, przygotowywał prawdziwie królewską kolację! Daniem popisowym miał być bażant, którego zdobył wcześniej Mario, a Paweł uprzedzony o tym, już w Warszawie teoretycznie się przygotował aby sprostać temu wyzwaniu, obłożył go słoninką, natarł solą i odrobinę ziołami, potem sprawił jeszcze kogucika, bo przecież jeden bażant to mało!  Po południu przyjechał Mario, cały rozpromieniony i przeszczęśliwy, bowiem od tego dnia zaczynał swój urlop. Przywiózł też ze sobą kogoś jeszcze ...



Merlo - to po włosku kos, opiekuje się nim razem z sąsiadami. Ptaszek jest już bardzo stary i nie może latać, nawet nóżki już mu czasem odmawiają posłuszeństwa. Dzieci były uradowane, bo przynajmniej na kilka dni miały swojego pupila.

Mario nie umie siedzieć bezczynnie, musi coś robić, może to jest sekret jego młodego wyglądu. Na początek przygotował przed domem ognisko, które miały rozpalić dzieci zamiast fajerwerków, na szczęście tym razem Paweł kupił u Felice tylko dwa pudełka z czymś, co nawet ciężko nazwać fajerwerkami, ot zwykłe "puf puf". Kiedy stos drwa był już gotowy, wyciągnęliśmy stolnicę i zabraliśmy się do wyrabiania ciasta, chcieliśmy mieć tagliolini do wyśmienitego ragu', które  dzień wcześniej też przygotował Paweł. Kiedy ciasto było już wyrobione Mario zaczął demonstrować nam klasyczne sztuczki pizzaiolo, mnóstwo śmiechu przy tym było, każdy chciał spróbować!


Jest taki przesąd - jak nasz studniówkowy, że w Sylwestra trzeba mieć na sobie coś czerwonego. Ja niestety nic w garderobie nie miałam, bo to zdecydowanie nie mój kolor,  więc na kilka minut przed północą zrobiliśmy wymianę koszulek niczym na meczu siatkówki. Tak przygotowana mogłam wchodzić z nadzieją w Nowy Rok. 






Kolacja była wyśmienita!! Bażant którego jedliśmy pierwszy raz w życiu naprawdę godny był królewskiego stołu. Około 23.00 dzieci się poddały, rozpaliliśmy więc ognisko, tzn. chłopcy przygotowaną pochodnią podłożyli ogień, zatańczyliśmy wokół niego, niczym indiańskie plemię, zabawiliśmy się w teatr cieni, a potem czekaliśmy już tylko na północ, zwarci i gotowi:)




Kiedy wybiła godzina 24.00 Paweł tradycyjnie odkorkował prosecco, korek wylądował na honorowym miejscu, obok tego z zeszłego roku, a my wyściskaliśmy się mocno życząc sobie by w Nowym Roku spotkało nas to co najlepsze. Długo się nie bawiliśmy, bo rankiem dnia następnego wybieraliśmy się do Milano Marittima.    

 
Wyrażenie na dziś to STAPPARE UNA BOTTIGLIA - odkorkować butelkę:)

1 komentarz:

  1. bardzo bym chciala gdzies wyjechac za granice, moim zdaniem masz rewelacyjnie:)

    Zapraszam na wpis na moim blogu o przemocy jakiej ostatnio doświadczyłam, chciałabym żeby po przeczytaniu tego dziewczyny zaczęły bardziej na siebie uważać na imprezach/domówkach, pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Drukuj