czwartek, 10 stycznia 2013


Ostatnie dni grudnia 2012, Lutirano

Jedziemy do Marradi przywitać się przede wszystkim z Tiną i Franco a przy okazji dokupić kilka drobiazgów przed Sylwestrem. Na początek wstępujemy do Silvano - rzeźnika, potrzebna nam słonina - nie zdradzę jeszcze do czego, bierzemy też pancettę, kilka plasterków mortadelli i toskańskiego kogucika. Zakupy u Silvano nigdy nie trwają 5 minut, tu nikt się nie spieszy, każdy ma czas na rozmowę i nikomu nie przyjdzie nawet do głowy pieklić się w kolejce, że musi czekać. Ponieważ nie widzieliśmy się kilka miesięcy zarówno macellaio jak i jego żona witają nas serdecznie i wypytują jak wszyscy o nasze święta. Przyjęcie z jakim się tu spotykamy naprawdę nie należy do zwyczajnych. Po kilku minutach do sklepu wchodzi Marta - starsza pani, którą poznaliśmy jeszcze w Pianorosso, robiła tam świeżą pastę i pomagała przy drobnych porządkach. Marta wita nas ze szczerą, niepowstrzymywaną radością, jakbyśmy byli jej dziećmi, składa noworoczne życzenia, a w jej oczach widać entuzjazm! Jest tak swojsko, rodzinnie, sielankowo i tak sobie znowu myślę - jakie mnie szczęście spotkało, że ci ludzie stanęli na mojej drodze. Muszę ich wszystkich kiedyś sfotografować, aby przybrali dla Was realne formy i kształty...
Po zakupach idziemy w końcu do baru, gdzie jak zawsze panuje poranny gwar. Po naszym radosnym „buongiorno”, Tina obrzuca nas wystudiowanym, obojętnym spojrzeniem, po czym oświadcza wszem i wobec, że nas nie zna! Jednak, kto zna Tinę, zna też jej zamiłowanie do żartów. Po chwili śmiejemy się wszyscy, a ona tłumaczy zebranym, że zawsze musi na powitanie zrobić coś głupiego, żebyśmy nie byli zawiedzeni:) Potem witamy się już jak na normalnych ludzi przystało, jednak Tiny dusza żartownisia nigdy nie śpi i po mocnym uścisku bierze w palce pasemko moich włosów i mówi:
- końcówki ci się rozdwajają!
Nie mogę powstrzymać się od śmiechu - za to Ty jesteś wiecznie piękna i młoda - odcinam się:) Żartom nie ma końca, to już rytuał. Zawsze to samo:)
Potem przychodzi Franco ale on w porównaniu do swojej żony wita się z nami tradycyjnie i daje w prezencie dwie butelki zacnego wina.
Umawiamy się na wspólną kolację i wracamy do domu, już nam się chce znów zasiąść przed domem przy zastawionym stole. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze u Lucciano, bo dzieci mają ochotę na świeży jogurt, a i my stęskniliśmy się za serami, które wytwarza Pan Jogurt. Kupujemy soloną ricottę i kawałek sera, który w smaku przypomina fontinę, jest wyśmienity! W prezencie dostajemy pół kilo kasztanowego miodu. Brak mi słów! Już daruję Wam relację z powitania jakie i tu nam zgotowano, bo w końcu przestaniecie mnie czytać, ciągle słodko, sielsko, anielsko:) Ale jak nie kochać tego miejsca - no sami powiedzcie - jak?



Na obiad znów zasiadamy przed domem, jesteśmy głodni i na szybko przygotowujemy klasyczne spaghetti aglio, oglio, peperoncino! Po południu, nim cień okryje wzgórza idę jeszcze na krótką wspinaczkę z chłopcami, jesteśmy na powietrzu do ostatniego promienia słońca, a potem przyjeżdża Mario, który niecierpliwie odlicza już dni do urlopu. Kiedy słońce znika za wzgórzami, spragnieni ciepła, przyjemnie zmęczeni zalegamy wszyscy przed kominkiem, racząc podniebienia swojskim winem.



Słówko na dziś to IL CAMINO  -  KOMINEK:)

Wybaczcie lekkie opóźnienie, ale awaria internetu, niestety nie pozwoliła mi na opublikowanie posta o zwykłej porze. Mam nadzieję, że jutro już nie będę musiała gnać do baru w poszukiwaniu "wifi".

1 komentarz:

  1. Ja na pewno nie przestanę czytać. Potrzeba mi tylu "pozytywów" :-) Zwłaszcza teraz...

    OdpowiedzUsuń

Drukuj