środa, 16 stycznia 2013



Brisighella...
Kiedy jeszcze ziemia nie obeschła po środowych deszczach i wycieczki w góry musieliśmy odłożyć na później, postanowiliśmy kolejny już raz pojechać do Brisighelli. Wybraliśmy nową, nieznaną trasę, nieco dłuższą, ale widoki wynagradzały nadłożone kilometry. Do tego maleńkiego miasteczka mam słabość od zawsze... Kiedy jechaliśmy na pierwsze wakacje, to tu wyrwało mi się pierwsze, głośne och i ach, bo wieża zegarowa i mały zamek zwracają uwagę już z drogi. To tu też, siedząc koło fontanny na dzień przed powrotem z tamtych  wakacji, rozpłakałam się, bo dotarło do mnie, że znalazłam swój dom i za nic wracać nie chciałam.



Brisighella jest we Włoszech dobrze znana wszystkim smakoszom i koneserom dobrego jedzenia, jednak nie sądzę by zwykły polski turysta cokolwiek o niej słyszał. Miasteczko jest malowniczo położone na wzgórzach Romanii, około 30 km od naszego domu. Tak jak wspomniałam, Mario zaproponował nam nową trasę, pełną zakrętów, ale też i bajecznych widoków. Po drodze spotkaliśmy nawet zbieraczy trufli, ale zagadnięci przez nas żartowali, że to był bardziej spacer dla psów, bo znaleźli tylko jeden "okaz" wielkości orzeszka:) 



Najpiękniejszy i najciekawszy zakątek Brisighelli, poza punktami panoramicznymi, to według mnie Via degli Asini. Uliczka powstała prawdopodobnie w XIV wieku, mieszkali tu przewoźnicy, którzy transportowali gips z pobliskich kamieniołomów, wykorzystując do tego oczywiście osiołki - stąd miejsce wzięło swą nazwę. O tym wszystkim dowiedziałam się od Mario i dopiero w czasie tej wycieczki to on pokazał nam, że można przejść się szlakiem osiołków:) Tyle razy fotografowałam te kolorowe kamieniczki, a do głowy mi nie przyszło, że w środku pod arkadami biegnie uliczka. W moim przewodniku nie wspomniano o tym ani słowem. 




Tym razem do Brisighelli przygnała nas nie tylko chęć spaceru i krajobrazowej wycieczki, ale też potrzeba uzupełnienia zapasów oliwy. Właśnie na Via degli Asini mieści się sklep z produktami regionu, w tym ze świeżą oliwą. Podczas gdy pan nalewał nam oliwę do puszek ja również zaskoczyłam Mario, pokazując mu tablicę upamiętniającą przejście polskiej armii kresowej. Jednak mimo dobrych chęci, moje tłumaczenie było dosyć mętne, bowiem historia nigdy nie była moją mocną stroną, na pomoc pospieszył mi sprzedawca oliwy, wyjaśniając, że to głównie Polacy wyzwalali Faenzę i Forli. I tym sposobem wszyscy czegoś nowego się dowiedzieliśmy:)


Zakręciliśmy stromymi schodkami i znaleźliśmy się na tyłach Via degli Asini, tam biegła ścieżka prowadząca na wieżę zegarową. Dzieci ucieszyły się na widok groty, określanej mianem królestwa nietoperzy, jednak napis na tabliczce, umieszczony kilka metrów wcześniej, apelował by nie przeszkadzać nietoperzom będącym w zimowym letargu. Nieco zawiedzeni cofnęliśmy się do centrum, odpuszczając sobie tym razem wspinaczkę na zamek.

 
Po godzinnym spacerze trochę jednak zmarzliśmy, pamiętajmy, że mimo sprzyjającej aury, to wciąż styczeń, reklamy wiszące przed barami ze słodko brzmiącym hasłem - vin brulè - zapędziły nas do jednego z nich. W małym, kameralnym barze rozgrzaliśmy się aromatycznym grzanym winem, a potem wolnym krokiem ruszyliśmy w stronę samochodu, bo w domu czekało nas przygotowanie na kolację zająca :) 



Słówko na dziś: ASINO - czyli OSIOŁ:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj