wtorek, 8 stycznia 2013

A to było tak ... powinnam chyba rozpocząć słowami, którymi zwykle rozpoczyna się bajki, bo każdy pobyt w Toskanii, ma w sobie wiele "baśniowości":) 
Planowaliśmy wyjechać o 5.00 rano zaraz po Bożym Narodzeniu, jednak Paweł zarządził, że nie ma co tracić czasu i wstajemy o 2.00! Jak widać - to nie zawsze ja jestem prowodyrem, Paweł też nie trzyma ciśnienia:) Podróże w okresie świąteczno noworocznym są nieprzewidywalne, ale tym razem mieliśmy wyjątkowe szczęście, bowiem udało nam się pokonać dystans w rekordowym czasie 15 godzin, ruch był niewielki, a pogoda doskonała. O 10.00 mijaliśmy Wiedeń i zaczęliśmy rozważać zjedzenie obiado - kolacji w Marradi zamiast na stacji benzynowej. 

Italiaaaaa!!!!
 

Mieliśmy zapas kanapek ze świątecznym pasztetem, pudełko pierniczków i mandarynki. Udało nam się wszystko tak jak zaplanowaliśmy! O 17.00 zatrzymaliśmy samochód przed maradyjskim supermarketem, aby zrobić podstawowe zakupy na śniadanie i już tam spotkało nas pierwsze serdeczne powitanie. Uwierzcie, to jest naprawdę niesamowite, to jest właśnie to, co sprawia, że tak tam dobrze, tak ciepło. Potwierdzają to wszyscy, którzy tam przyjechali i zostali na zawsze. Po zakupach z wielką radością wyściskaliśmy się z Mario i zasiedliśmy razem za stołem w Il camino. Zjawiliśmy się godzinę przed otwarciem restauracji, ale obsługa na wieść o tym, że my prosto z drogi, wpuściła nas do środka, podali wino, grissini i crostini abyśmy spokojnie poczekali na główne danie, na jedno z naszych ukochanych - jagnięcinę po śródziemnomorsku! Tak doskonały smak, że gdyby spróbował jej Dino Campana, na pewno nie pożałowałby choć skromnego poematu!

Po kolacji przyjemnie najedzeni, zaczęliśmy odczuwać senność i zmęczenie podróżą, emocje zaczęły opadać. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę z Mirko (właścicielem restauracji) o naszych świętach, o tym jak obchodzimy je w Polsce, wszyscy są zawsze tak bardzo nas ciekawi, potem podziękowaliśmy za serdeczne przyjęcie i ruszyliśmy do domu. Walizki wypakowywaliśmy w towarzystwie ciepłego wiatru i deszczu (o ironio! piosenka z tymi słowami - dzięki dzieciom - stała się ścieżką dźwiękową tego pobytu), scirocco hulało po moich wzgórzach! Rozpaliliśmy w kominku, żeby zrobiło się przytulnie, otworzyliśmy butelkę wina, jednak zmęczenie zrobiło swoje i szybko zagoniło nas do łóżek.


A potem nastał nowy piękny dzień, gdybym nie widziała kalendarza pomyślałabym, że to marzec, ale o tym napiszę już jutro. Nie mam ładnych zdjęć z drogi i naszej kolacji, bo plecak z aparatem był zakopany w bagażniku i nikomu nie chciało się go wyciągać.  Jedynie kilka z telefonu, wątpliwej jakości. Jutro wynagrodzę Wam ten brak, bo dużo fotografowaliśmy, postaram się w następnych dniach większość z nich tu opublikować. 
Będzie mnóstwo zieleni, trochę jedzenia, widoków a przede wszystkim dużo radości, bo to ona towarzyszyła nam przez cały czas.         

A słówko na dziś to:  STRADA - czyli droga.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj