czwartek, 31 stycznia 2013

Dziś miał być post o Lago di Ponte, ale o tym napiszę jednak jutro. Teraz chciałam podziękować kilku osobom za ciepłe słowa, które pomogły mi przezwyciężyć smutki i na pewne sytuacje spojrzeć z dystansem. Ten blog z założenia miał być optymistyczny, co nie znaczy, że zawsze jest sielankowo - jak to w życiu. Nie mam jednak w zwyczaju narzekać, nie lubię, nie widzę sensu, poza tym mam wrażenie, że narzekanie to trochę tak jak czarnowidztwo - ściąga na nas to, od czego chcemy uciec. Nie zawsze przychodzi mi to łatwo, nie jestem cyborgiem, cierpię wręcz na nadmiar wrażliwości, czasem chciałabym usiąść, załamać ręce i płakać z rozpaczy, tylko co by mi z tego przyszło? Nawet jak jest kiepski moment wolę myśleć o dobrych rzeczach, stwarzać wokół siebie przyjazną aurę, w której łatwiej przyjdzie pokonać życiowe przeciwności. 



Tak jak wspomniałam na początku, ktoś wczoraj napisał mi kilka bardzo ważnych słów, które uświadomiły mi, że może rzeczywiście to, o czym piszę, jest przede wszystkim powodem do zazdrości. Ludzie widzą tylko niczym niezmąconą toskańską sielankę, a ja nie "chwalę się" tym, ile to kosztuje wyrzeczeń, poświęceń, ile pracy, jak trudna jest czasami ta konsekwencja w spełnianiu marzeń.  Chyba jednak większość woli czytać o nieszczęściach, niepowodzeniach, wielkich lub mniejszych dramatach, może nie ma popytu na radość i optymizm, widać to nawet w konkursie na bloga.

Jeszcze raz więc dziękuję za wszystkie ciepłe słowa od znanych mi i nie znanych, przywracają wiarę w sens tego co robię. Nie przestanę pisać, póki choć jedna osoba przy porannej kawie będzie się uśmiechać do moich postów.

IL SENSO DELLA VITA - czyli SENS ŻYCIA, to słówko na dziś.

środa, 30 stycznia 2013


Można powiedzieć, że naprawdę zna się język, kiedy w danym języku człowiek zaczyna myśleć. Ja poszłam o krok dalej i zaczęłam po włosku śnić. Nie wiem jak to możliwe, ale jak widać język włoski tak bardzo leży mi na sercu, że nawet gdy moja świadomość przechodzi w stan uśpienia, ten pozostaje zawsze żywy. Nie raz najadłam się wstydu kiedy przypadkowo zdarzyło mi się wpleść jakieś włoskie słówko w rozmowie ze znajomymi, w sklepie czy w innej sytuacji ("dwa latte poproszę!" co znaczy dwa mleka poproszę nie byłam w kawiarni i nie zamawiałam kawy, tylko kupowałam 2 kartony mleka w osiedlowym spożywczaku). Nie chcę by było to odebrane - "bardziej włoska niż Włosi". Wierzcie mi, że nawet w Polsce mijają dni kiedy więcej jest w mojej głowie włoskiego niż polskiego i wcale mi nie jest przykro z tego powodu. Ta miłość do języka wyparła też mój angielski, którego uczę się od lat i chyba nigdy nie nauczę. Teraz na lekcji z moich ust wyskakują nawet kwiatki typu : "I'm scriving!" (scrivere - po włosku pisać), moja nauczycielka śmieje się przez łzy i patrzy na mnie z pobłażaniem:)  

Przede mną nerwowe dni, lada moment może zadzwonić telefon z Tarnowa, boję się tych wyników, moja pewność siebie nagle się ulotniła, oby nie spełnił się mój ostatni sen, w którym nie zdałam, bo zabrakło mi jednego punktu. Zaczynam ulegać paranoi! Typowe!
Wszyscy mówią "zdałaś, zdałaś!" - chciałabym, żeby spełniły się te życzenia i przepowiednie. Moi toskańscy przyjaciele pytają - po co ci ten egzamin, przecież mówisz lepiej niż my?! Nello przyznaje się, że nim wyśle sms, sprawdza pięć razy czy nie ma błędów, bo kiedy ja piszę - jest zawsze perfekcyjnie. Tylko czemu ja jestem dla siebie zawsze taka surowa i wciąż tak mało pewna siebie:(??

znów Skype:
- Czasem muszę ludzi stopować, żeby nie mówili tak szybko, żeby nie nadużywali lokalnego żargonu, bo ty możesz nie zrozumieć - mówi Mario - ale z drugiej strony to powinno być dla ciebie budujące, bo skoro nikt nie pamięta, że jesteś cudzoziemką, to naprawdę dobrze świadczy o twojej znajomości języka. 
- A jak mnie ludzie słyszą? Czy bardzo wyczuwalny jest mój obcy akcent? - pytam 
- Ty nie masz akcentu. Żadnego. To znaczy, że nikt nie poddaje w wątpliwość tego, że jesteś Włoszką, ale może być kłopotliwe przypisanie cię do konkretnego regionu. Niektóre słówka czy powiedzenia mogą zdradzić, że Toskania odgrywa znaczącą rolę w twoim życiu i tyle. Żeby złapać akcent miejscowy, musiałabyś tu być cały czas.
- To miłe. Wiesz jaka to dla mnie radość!? I wszyscy wiedzą, że duża w tym twoja zasługa, godziny przegadane na skype zaprocentowały. Pamiętam, że kiedy w 2009 zaczęliśmy tak intensywnie rozmawiać, zawsze trzymałam słownik w pogotowiu, było tyle słów, których nie rozumiałam, tak bardzo byłam przestraszona, pilnowałam się, by nie popełnić błędu. 
- A potem?
- A potem... nawet nie zorientowałam się kiedy dokładnie, ale po kilka miesiącach mój słownik zaczął na półce obrastać kurzem. To najlepszy sposób na naukę języka!
- Nawet jeśli nie zdasz - mówi Mario - w co, tak między bogiem a prawdą, ciężko mi uwierzyć, to i tak jestem pełen podziwu dla twojej wytrwałości i zaangażowania. Pamiętaj - to tylko egzamin, nie tym razem to następnym!
I tego staram się trzymać! Ale niech już zadzwoni ten cholerny telefon!

EGZAMIN to po włosku - ESAME

wtorek, 29 stycznia 2013



Zima za oknem nie odpuszcza, dlatego trochę na rozgrzewkę chciałam pokazać Wam zdjęcia z kilku upalnych dni, kiedy to szukaliśmy odrobiny chłodu, kryjąc się w cieniu nad rzeką.


Pisałam już o naszym ulubionym miejscu na piknik, ale czasem zdarza się tak, zwłaszcza w weekendy, że kiedy dojeżdżamy do celu, nasz zakątek jest już zajęty i trzeba szukać alternatywy. Trochę nam szkoda, bo tam jest wygodnie, stół, ławy, gotowe palenisko, a dla dzieci woda po kostki. 



W tym roku często musieliśmy uciekać na inny odcinek rzeki, tam gdzie wybija krystaliczne źródło - tu mówią "fontana".  Miejsce bardzo malownicze z racji ogromnych głazów, które zmuszają rzekę do krętych ewolucji. Zorganizowaliśmy sobie i stolik i krzesła, jesteśmy prawie tak zaradni jak skauci! 





Zbadaliśmy miejsce, gdzie dzieci mogą się bezpiecznie bawić, Mario zrobił idealne palenisko, nawet lepsze niż poprzednie, nie trzeba się było schylać! Powoli urządziliśmy się "na nowym". Zawsze aktualna jest ta sama zasada - dobry humor, doborowe towarzystwo i gdziekolwiek nie pojedziemy może być zabawnie i miło. Pewnego razu, kiedy już mięso ładnie się dopiekało, stwierdziliśmy, że zadzwonimy po Cristinę i Massimo (sąsiedzi Mario i nasi przyjaciele). Nie dali się długo prosić, po 15 minutach podjechali na skuterze i dołączyli do naszej "biesiady". Oczywiście powinnam teraz otworzyć jeden ze starszych postów, zrobić "kopiuj - wklej", bo znów radość tryskała nam uszami, ubawiliśmy się jak dzieciaki, było tak sielsko - anielsko, niby zwyczajnie, a przecież tak wyjątkowo. I nic wielkiego nie robiliśmy, ot zwykły piknik nad rzeką... To życie nasze toskańskie przypomina mi sceny z czarno białych zdjęć rodziców z niebieskiego albumu - lata siedemdziesiąte, gdzie tak niewiele wystarczyło do szczęścia.

eko-lodówka
ścieżki dla wtajemniczonych
jedno z palenisk
nadworny kucharz piknikowy
Często słyszę - nie nudzi wam się tak ciągle w to samo miejsce? Tylko te Włochy i Włochy...
A ja już nie wiem jak mam tłumaczyć i zastanawiam się, czy to my jesteśmy inni, czy ludzie potrzebują do szczęścia bardziej oczywistych rozrywek. Czy to rzeczywiście dziwne, że kolejny raz z rzędu wolimy toskańską wieś, przeplecioną czasem morzem, Florencją, czy innymi włoskimi zakątkami, zamiast wygrzewać się na egipskiej plaży, pływać w tureckim basenie, czy pić ouzo w greckiej tawernie ? Mamy w planach dalekie podróże, przyjdzie czas na wszystko.  Ale dziś kolejny raz napiszę - nie, nie znudziła się nam toskańska wieś, wszyscy nie możemy doczekać się momentu kiedy stanie się ona naszym pierwszym domem, bo wciąż nam jej za mało...

Słówko dzisiejsze to właśnie CAMPAGNA - WIEŚ.  

poniedziałek, 28 stycznia 2013


Był pewien upalny dzień pojechaliśmy na drobne zakupy do Faenzy i zaplanowaliśmy sobie, że jak uporamy się ze swoimi sprawami, to zatrzymamy się na obiad w naszej ulubionej budce (już tu kiedyś o niej wspominałam). Koło południa zmachani i głodni podjeżdżamy pod bar i już każdy się przekrzykuje co będzie jadł, a tam niespodzianka - "La lucciola" zamknięta z powodu urlopu. Natychmiast opuszcza nas dobry humor, bo chcieliśmy jeść właśnie tam, a nie gdzie indziej, bo teraz musimy szukać nowego miejsca, itd. Mario rzuca propozycję, że jakieś 10 km od Faenzy, przed Brisighellą jest chyba fajna restauracja, bo znajomi zachwalali, a on ilekroć jest w patrolu i krąży nocą po okolicy, widzi z daleka rozświetloną wieżę - tak się też miejsce nazywa - La Torre. Jedziemy więc, ale trochę z duszą na ramieniu, skręcamy z głównej drogi tak jak instruuje nas Mario. Jedziemy i jedziemy, a restauracji jak nie było, tak nie ma, Atmosfera zaczyna się zagęszczać, bo robi się późno, zaraz zamkną wszystkie restauracje, a my zostaniemy sami z naszym głodem! Stare powiedzenie mówi Polak głodny polak zły, a nasza rodzinna parafraza wspomnianego - Paweł głodny - Paweł zły (bardzo zły!). - Jesteś pewna, że Mario wie gdzie nas prowadzi? - pyta Paweł przez zaciśnięte zęby.
- Jesteś pewien, że to dobra droga? - pytam Mario lekko przejęta.
- Nie, ale wydawało mi się, że to powinno być tu. - mówi Mario - ale jeśli chcesz to może lepiej zawróćmy, coś długo jedziemy!
- Mario mówi, że może lepiej zawróćmy...
- Zwariowaliście! Jak już tu jesteśmy to jedziemy dalej i tak już nigdzie otwartej restauracji nie znajdziemy! - Pawłowi ciśnienie zaczyna rosnąć!
Jedziemy więc dalej i jedziemy, i nagle za kolejnym zakrętem naszym oczom ukazuje się wieża!
To musi być dobry trop, nadzieja wstępuje w nasze zrezygnowane serca!!! 

 

Podjeżdżamy pod okazały dom, ale nie wygląda na restaurację tętniącą życiem, przynajmniej nie w tej chwili. Wszystko pozamykane, stoły pozsuwane, a przy drzwiach wisi tabliczka "Agriturismo"!
No pięknie!!!! To oznacza, że nawet jeśli jest tu restauracja, to raczej nie funkcjonuje jak normalny lokal. W cieniu przy stoliku siedzą mężczyzna i kobieta, obserwują spokojnie naszą żywą konwersację... W końcu Paweł, któremu już prawie para idzie  z uszu, mówi:
- No to niech teraz Mario coś wymyśli! 
Mario natomiast, nie zastanawiając się długo, rusza do stolika, przy którym siedzi para. My śledzimy z daleka niemą rozmowę, po czym widzimy jak wszyscy wstają, mężczyzna i kobieta znikają w środku, a Mario wraca do nas i mówi: 
- Zrobią nam tagliolini al ragu', fiorentinę, zapiekane ziemniaczki i insalatę, może być? 
Niesamowite!!!
- Ale otwarta jest ta restauracja czy zamknięta? - pytam niewiele rozumiejąc.
-Restauracja otwiera się wieczorem, ale wyjaśniłem jak się tu znaleźliśmy, a oni zaproponowali, że jeżeli nam odpowiada, to mogą nas ugościć i przygotować właśnie to. 
W tym momencie podchodzi do nas mężczyzna, jak się okazuje - właściciel przybytku i zaprasza do stołu, na tył restauracji, na taras widokowy. Wskazuje stolik pomiędzy młodymi drzewkami oliwnymi, podaje wino i pyta czy dania, które zaproponowali nas satysfakcjonują. 




To był jeden z tych momentów kiedy zostaliśmy naprawdę z sercem ugoszczeni i do końca życia będziemy ten obiad pamiętać! Jedzenie było wyśmienite a ilości sprawiły, że z trudem podnosiliśmy się od stołu! Po wielkim półmisku żółciutkiej apetycznej pasty z ragu', wjechała bistecca, nie jedna - DWIE! Patrzyliśmy z przerażeniem i nie wierzyliśmy, że uda nam się z tym uporać. Mario na szczęście nas nie zawiódł i tym razem, jego możliwości w tej dziedzinie, stały się już legendą ale tamtego dnia przeszedł samego siebie!         



Wracaliśmy już spokojnie, w miłych nastrojach, ciesząc się widokami i wspomnieniem tak nieoczekiwanie miłego popołudnia, kiedy wcześniej wszystkie znaki na niebie i ziemi zapowiadały katastrofę:)


Słówko na dziś to OSPITALITÀ - GOŚCINNOŚĆ

I znów słówko o konkursie - niestety Dom z kamienia spadł trochę w wyścigu o pierwszą dziesiątkę, będę Wam wdzięczna za pomoc w przeskoczeniu na wyższe miejsce:) Jeszcze można głosować. 
SMS na nr 7122 o treści A00475 (to jest A zero zero 475), koszt sms to 1,23zł
Dochód z SMS zostanie przekazany na integracyjno - rehabilitacyjne obozy dla dzieci z ubogich rodzin i dzieci niepełnosprawnych.
 Bardzo dziękuję za wszystkie, oddane do tej pory, głosy.   

niedziela, 27 stycznia 2013

Pewnego razu na skype:

ja: - marzy mi się stara drewniana skrzynia.
Mario: - baule?
ja: - baule? to się tak nazywa po włosku?
Mario: - tak, taka jaką mam w cantinie?
ja: - Jak w cantinie? Co masz?  
Mario: - Może nie zwróciłaś uwagi w tym całym bałaganie.
ja: - Masz skrzynię? Starą? Drewnianą? Z okuciami? 
Mario: - Kufer raczej, nie znam się, ale to mógł być kufer morski, na moje oko ma jakieś 100 lat. Poczekaj zrobię zdjęcie i zaraz ci pokażę.

Mario znika na 5 min, kiedy wraca na poczcie zaraz pojawiają mi się zdjęcia:



Mario: - o coś takiego ci chodziło?
ja: - dokładnie...
Mario: - jest twoja, to będzie dla mnie wielka przyjemność móc ją dla ciebie odrestaurować, przynajmniej w miłym nastroju upłynie mi oczekiwanie na wasz przyjazd:)
ja: - ... brak mi słów ...

I takim sposobem weszłam w posiadanie kufra, to moje oczko w głowie, przyjechała w bagażniku do Polski. Teraz stoi w mojej warszawskiej sypialni i wygląda tak:


Zdjęcia zrobione przy kiepskim świetle, więc nie oddają kolorów rzeczywistych.


Inny dzień, znów Skype:

Mario opowiada: - Dzwoniła moja mama, prosiła, żebym przyjechał. Umarła jej najbliższa przyjaciółka, arystokratka, nie miała żadnej rodziny, dzieci, krewnych, nikogo. Jej mieszkanie to istne muzeum. Mam wybrać sobie coś, zanim urzędnicy położą łapę na jej majątku. Wiesz jak ja lubię starocie!!
Ja: przypuszczam, że jest tam też i ciekawa literatura? Wiesz jak kocham książki!
Mario: Wiem, wiem, pamiętam o tobie, gwarantuję, że coś dla ciebie znajdę. 

I w ten sposób weszłam w posiadanie trzeciego wydania La Divina Commedia (Boska Komedia) z 1872 roku, oraz innego, nieco późniejszego, wielkości książeczki do nabożeństwa.Mario przyniósł jeszcze wiele innych, ciekawych pozycji, które w normalny sposób są właściwie nie do zdobycia, a teraz dołączyły do mojego księgozbioru.


  Słówko na dziś: KSIĄŻKI - I  LIBRI
 

sobota, 26 stycznia 2013


Polowanie ... temat rzeka....




Nie wiem jak to możliwe, że jeszcze nie poświęciłam osobnego artykułu na tę jedną z najważniejszych rozrywek Toskańczyków.  Pamiętam jak obudziłam się pewnego letniego dnia i usłyszałam gwar, a gwar na naszym polu to ostatnie czego można się spodziewać. Teren pogrodzony był taśmami, ustawione budki strzelnicze, stoły pod namiotem, mnóstwo samochodów i jeszcze więcej ludzi. 

Kiedy wszyscy poszli czas na zabawę we własnym gronie!
Rodzina Camuranich organizuje każdego roku polowania, a czasem poza sezonem również zawody w strzelaniu do ruchomego celu. W szranki stają myśliwi z różnych drużyn, wśród zebranych znalazłam wielu znajomych i pomyślałam, że chyba każda rodzina ma w tym gronie swojego przedstawiciela, syn, mąż, ojciec, dziadek, zafascynowani jak mali chłopcy! Nello oczywiście przepraszał mnie za zamieszanie i zakłócanie spokoju, ale ja byłam bardzo ciekawa i traktowałam to jako kolejną lekcję toskańskiego życia.

Przez ostatnie lata Nello i Mario opowiadali mi bardzo dużo o polowaniach, w teorii jestem specjalistką, wiem kiedy na co się poluje, jakie są układy drużyn i ich zony, kto z kim rywalizuje, znam tysiąc myśliwskich anegdot, jak to "tu na tej polance jelonek i ja wtedy..." niemniej z całą sympatią dla tej - nazwijmy to - dyscypliny, muszę szczerze przyznać, że nie jest to coś, co kocham, już sam widok broni przyprawia mnie o dreszcze. 


Zupełnie inne spojrzenie na sytuację ma Paweł, on tylko czeka na takie atrakcje. Tamtego dnia, już po zawodach został wyzwany "na pojedynek", tzw. próba możliwości kto ma lepsze oko! Ustawili się w budkach, Mario w swojej, Paweł w swojej, za plecami dopingowała skromna publiczność i w końcu ruszył papierowy dzik, uprzednio już podziurawiony przez Franco i Giuliano. Co ciekawsze Paweł, niedoszły żołnierz, pokonał Wielkich Myśliwych! Śmiechu było przy tym co nie miara, obiektem kpin stał się Franco, syn naszych gospodarzy, który strzelbę w ręku ma od dziecka, a tym razem nie trafił nawet w dzika. Nie zostawili na nim suchej nitki, ale jako że Toskańczycy szczycą się wyjątkowym poczuciem humoru, nikt się oczywiście nie obraził.    
Innym razem Mario zmierzył się z Pawłem w strzelaniu do ruchomej tarczy i tym razem znów udało mu się wygrać, zostawiając Mario zdegustowanego. Aby ratować swój honor, Mario tłumaczył się, że to wszystko przez kiepską strzelbę, którą mu przydzielono, bo gdyby miał swoją, to byłaby zupełnie inna zabawa! No jasne!!! Ta męsko - myśliwska pycha!


Słówko na dziś oczywiście  CACCIA - POLOWANIE.

I jeszcze kilka słów o konkursie Blog Roku 2012, głosowanie trwa do południa 31 stycznia. Bardzo dziękuję Wam za głosy, dziś mój blog jest na 32 miejscu (na ponad 500 zgłoszonych) a to już coś:)
Jeśli ktoś chce jeszcze głosować na Dom z kamienia można to zrobić wysyłając SMS na nr 7122 o treści A00475 (to jest A zero zero 475), koszt sms to 1,23zł
Dochód z SMS zostanie przekazany na integracyjno - rehabilitacyjne obozy dla dzieci z ubogich rodzin i dzieci niepełnosprawnych.  
 Bardzo dziękuję za wszystkie, oddane do tej pory, głosy.   

piątek, 25 stycznia 2013


Kiedyś wspomniałam kilka słów o Monte Lavane, ale szczerze mówiąc, bardzo się nie popisałam, o Monte Lavane można przecież napisać książkę! 


Był piękny zimowy dzień, koniec stycznia, ziąb nieprawdopodobny, takiego nikt by się pewnie w Toskanii nawet nie spodziewał i ten ziąb chyba najbardziej pamiętam, zawsze będzie mi się nierozerwalnie kojarzył z tym miejscem. 

 

Monte Lavane to najwyższy szczyt Apuanów w rejonie Faenzy, ma ponad 1200m. Na końcu szlaku znajduje się odrestaurowany w ostatnich czasach "szałas partyzanta", choć w tym wypadku słowo szałas jest "lekkim" niedomówieniem:) To wszak mały domek z kamienia. W środku są prycze, na których zmęczeni wędrowcy mogą przenocować, a nawet działający kominek. Szałas znajduje się dość daleko od głównej drogi, a samochodem wjechać nie można, bo tereny wokół są prywatne. Mario na szczęście zna kogoś, kto zna kogoś, kto jest rodziną kogoś... w każdym razie dzięki takiemu łańcuszkowi, na jedno popołudnie znaleźliśmy się w posiadaniu kluczy, które otwierały wszystkie blokady na drodze. 


O widokach peanów pisać nie będę, bo ani talentu, ani odwagi by wciąż powtarzać te same zachwyty, dowodem na piękno tego miejsca niech i tym razem będą zdjęcia. 



Podjechaliśmy samochodem pod sam szałas i natychmiast wzięliśmy się za rozpalanie kominka, który pewnie od dawna nie był rozgrzewany, więc wyrzucał na pomieszczenie chmury dymu ale nawet dym nam nie przeszkadzał, byliśmy gotowi na wszystko byle mieć trochę ciepła. Ja "przeprosiłam" kurtkę Mario, którą ten na wszelki wypadek wrzucił do bagażnika, zaciągnęłam zakolanówki tak wysoko jak się dało i biegałam między szałasem a ławeczką na nasłonecznionym stoku. Brawa dla pomysłodawcy, by właśnie w tym miejscu ją postawić! Kiedy u stóp ma się wszystkie szczyty, kiedy jak okiem sięgnąć jest tylko natura, zaczyna się doceniać to co naprawdę ważne i dostrzegać to czego na co dzień się nie zauważa... 

Zjedliśmy prowiant, który oczywiście przytachaliśmy ze sobą, w takie zimno apetyty dopisują, więc "wymietliśmy" wszystko co było, do ostatniego okruszka chleba, popiliśmy domowym winem, a potem już trochę rozgrzani wskoczyliśmy na stół i tańczyliśmy przy ulubionej muzyce! Szaleństwo w prostych rzeczach, radość z drobiazgów, intensywność każdej przeżytej minuty, tak jak już kiedyś napisałam ... tu żyje się naprawdę...

Na koniec posprzątaliśmy, zostawiliśmy wszystko tak jak było. To mnie zawsze zadziwia, widziałam już tyle toskańskich szałasów, w niektórych można znaleźć kawę, nawet alkohol i wszyscy dbają by te małe schroniska były w jak najlepszym stanie i służyły kolejnym pokoleniom wędrowców.

Wpisaliśmy się jeszcze z podziękowaniami do zeszytu, po włosku i po polsku, przejrzeliśmy, kto był przed nami i jakie miał wspomnienia...
 
Na koniec obiecałam chłopcom gonitwę "z górki na pazurki", bo rdzawa o tej porze roku łąka sama zapraszała do zabawy. I gnaliśmy na łeb na szyję oni - jak to dzieci, ja - jakbym to dziecko znów w sobie obudziła, tak szczęśliwi.... tak wolni ....     


 

Słówko na dziś CAPANNO - SZAŁAS.

czwartek, 24 stycznia 2013


Sądzę, iż niektórzy czytając mojego bloga pomyślą sobie, że zawsze demonstracyjnie mówię "nie" typowo turystycznym miejscom, ale to nieprawda. Oczywiście nieznane szlaki, są o wiele bardziej ekscytujące, niemniej i topowe miejsca z przewodnika wiele razy mnie urzekły. Jak mogłabym żyć jedną nogą w Italii i nie znać chociażby Sieny czy Wenecji.


Spośród "znanych" małych miasteczek najbardziej zapadło mi w pamięć  Monteriggioni. Być może ci, co podróżowali z Florencji do Sieny, zwrócili uwagę na mury obronne, które prężą się dumnie na wzgórzu. Twierdza przypominająca kamienną koronę widoczna jest z głównej drogi. My właśnie tak tam trafiliśmy, trochę przez przypadek, trochę z ciekawości!



 Monteriggioni jest maleńkie, może wielkości średniego stadionu, a przynajmniej takie robi wrażenie. Mimo, że niemal w każdym przewodniku znajdziemy o nim choć krótką wzmiankę, to jednak nie ma tam tłumów, jak w innych jemu podobnych. Nie przytłacza "disneyowski" folklor i przepych, który ma zwabiać turystów. Tu jest zdecydowanie skromniej i ciszej. Samo położenie miasteczka jest iście pocztówkowe, przycupnęło na szczycie jednego z toskańskich pagórków, skąd rozciąga się widowiskowa panorama - winnice, gaje oliwne, poprzecinane tu i ówdzie cyprysami. Zamek powstał w latach 1214 - 1229, przez cały czas znajdował się w rękach sieneńczyków. Wzdłuż części murów zrobiony jest podest, warto wspiąć się te kilka schodków, by cieszyć oczy toskańskim pejzażem albo zrobić zdjęcia placu z góry. W barze blisko wejścia, wybaczcie ale nazwy nie pamiętam, możecie przysiąść na kawę i coś słodkiego, właśnie tam jadłam jedno z najlepszych tiramisu.



Podczas naszej pierwszej bytności w Monteriggioni mieliśmy okazję być świadkami niezwykle malowniczego widowiska, jak się później dowiedzieliśmy - typowego dla tego miejsca, gdyż miasteczko często jest wybierane przez młode pary na miejsce zaślubin. A w takiej scenerii, to musi być wyjątkowe wydarzenie. Ślub, który mogliśmy oglądać, zwrócił uwagę wszystkich zebranych na placu nie tylko z powodu promiennego uśmiechu wyjątkowej urody  panny młodej, ale też z racji orszaku starych, legendarnych już fiatów 500. Kiedy młoda para zniknęła w drzwiach kościoła większość obecnych natychmiast rzuciła się do fotografowania tego niezwykłego widowiska. Ja nie byłam wyjątkiem:) 









Do niektórych miejsc wracamy chętnie, inne natomiast odhaczamy na mapie krzyżykiem - "zaliczone - nigdy więcej", ale do Monteriggioni wrócę jeszcze na pewno, nie jeden raz!


Słówko na dziś IL MATRIMONIO - MAŁŻEŃSTWO.


Drukuj